sekwana2005
28.07.06, 07:28
Przed paru dni mignęły mi w tv scenki, gdy izraelskie dzieci malują napisy na
bombach przeznaczonych dla Libanu. Ale wczoraj mailem dostałem kolekcję
zdjeć. Miłe, śliczne dziewczynki piszące na bombach "pozdrowienia" dla swych
kolegów z Libanu. I zdjęcia z tego kraju. Nie tylko ruiny, jakaś zakrwawiona
kobieta, jakiś uciekający mężczyzna...
Przede wszystkim dzieci. Bladosiny trupek niemowlęcia, cały pokaleczony, z
jakąś dziurą gdzie kiedyś były nerki... Na tle ruin, obok flagi ONZ ktoś
podtrzymuje jakieś strzępy. Zaraz - przeież to nie owca obdarta ze skóry,
chyba widać ręce, nóźki, Głowy już nie. Szereg spalonych ciałek wyciągniętych
z ruin...
Brutalne zdjęcia - czy brutalna wojna? Uciekinierki opowiadają, iż bomby
trafiają równo, w domy szyitów, chrześcijan i sunnitów. Jakiś szalony generał
izraelski mówiący że za każdą rakietę wystrzeloną w stronę Izraela,
zniszczonych zostanie po 10 wielopietrowych bloków. Koszar Hesbollachu? Nie -
zwykłych domów ze zwykłymi ludźmi, dziećmi.
Pomyślałem, iż obok tych poszarpanych, popalonych ciałek okaleczane są tez
inne dzieci. Psychicznie. Te śliczne dziewczynki radośnie podpisujące się na
bombach. A potem idące na lekcje, by uczyć się dziesięciorga przykazań
Starego i Nowego Testamentu. I Koranu.
Nie zabijaj...