jaga_22
27.08.12, 16:54
Osiem miesięcy więzienia za kradzież żyletek z importu i cztery miesiące aresztu za "podprowadzenie" z zakładów mięsnych trzech kilogramów słoniny. Niemożliwe? A jednak... Tak surowe prawo karne obowiązywało w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Z przymrużeniem oka postanowiliśmy przyjrzeć się zapiskom z kronik policyjnych.
Żyletki, słonina, spirytus i drób... często znikały w tajemniczych okolicznościach... /East News
W PRL-u kradło się na potęgę. Dlaczego? Bo nic w sklepach nie było, a wszystko w państwowych zakładach było "wspólne", czyli w mentalności wielu Polaków - niczyje. Żyletki, słonina, spirytus i drób... często znikały w tajemniczych okolicznościach.
Na miesiąc aresztu skazano w lipcu 1957 osobę, która przez kilka dni z fabryki cukierków Rywal w Lesznie wynosiła w kieszeniach po kilka cukierków dziennie i gromadziła je w domu. Pewna leszczynianka, dziś emerytka, która w latach sześćdziesiątych podjęła pracę w Rywalu tłumaczy, że to była norma.
- To były czasy kartek. Wszystkiego brakowało. Drążyłyśmy w bułkach dziury, do których upychałyśmy zakładowe masło i wynosiłyśmy je do domu. Podobnie z cukierkami. Nikt nie kradł na sprzedaż: brało się słodkości dla dzieci, rodzeństwa czy rodziców. Wszyscy byli spragnieni słodyczy. Na dropsy, zamiast wałków, zawijałam koleżankom papiloty - wspomina leszczynianka.
polskalokalna.pl/wiadomosci/wielkopolskie/leszno/news/co-sie-kradlo-w-prl-u,1835015,4728