ira.mak
20.10.06, 16:45
Darczyńcy przestraszyli się fiskusa
Agnieszka Domanowska
2006-10-20, ostatnia aktualizacja 2006-10-19 18:34
Domy dziecka są w fatalnej sytuacji, bo z miesiąca na miesiąc tracą sponsorów.
Przedsiębiorcy, którzy do tej pory je wspomagali, teraz boją się fiskusa. -
Podatki od darowizn są tak wysokie, że wolę zniszczyć niesprzedany towar, niż
zbankrutować - przyznaje jeden z hurtowników.
Zobacz powiekszenie
Fot. Grzegorz Dabrowski/AG
Wszyscy wycofują się po doniesieniach naszej "Gazety" o piekarzu z Legnicy,
który rozdawał chleb bezdomnym i domom dziecka. Zbankrutował, kiedy skarbówka
zgłosiła się do niego po podatek.
- Straciliśmy 80 procent ludzi dobrej woli - mówi Wojciech Kucerow,
wicedyrektor domu małego dziecka w Białymstoku. - Sytuacja jest naprawdę
dramatyczna. Ludzie wolą wyrzucić jedzenie, niż narazić się fiskusowi.
W latach ubiegłych domy dziecka dostawały nawet telewizory, radia czy
magnetowidy. Dziś takie rarytasy się nie zdarzają.
Przepisy są do przestrzegania
Urzędnicy z białostockiej skarbówki nieoficjalnie przyznają, że przepisy
nakazujące odprowadzeniu wysokich podatków od darowizn są totalnym absurdem.
Oficjalnie mówią co innego.
- Nie możemy dyskutować z przepisami, nie jesteśmy także władni ich zmieniać.
Jesteśmy po to, aby je egzekwować - mówi Radosław Hancewicz, rzecznik prasowy
Izby Skarbowej w Białymstoku.
Małgorzata Sokół-Kreczko, szefowa I Urzędu Skarbowego, przypomina, że każdy
może odliczyć sześć procent dochodu rocznie.
- To daje nam około trzech tysięcy rocznie od jednego darczyńcy. W rocznym
utrzymaniu siedemdziesiątki dzieci to naprawdę kropla w morzu potrzeb - mówi
dyrektorka domu dziecka w Krasnem Anna Zieniewicz.
Sprawa się komplikuje, kiedy właściciel sklepu czy hurtowni chce przekazać
żywność, ubrania.
- Darczyńca musi zapłacić podatek VAT, tak jakby żywność sprzedał - tłumaczy
Małgorzata Sokół-Kreczko. - Trzeba zapłacić jeszcze podatek dochodowy. Całość
musi być dokładnie rozliczona. 10 procent tej darowizny przedsiębiorca może
odliczyć od dochodu. Nie trzeba rozliczać żywności wyrzuconej lub spalonej -
zaznacza.
Muszę łamać prawo
Dom dziecka w Krasnem. 70 dzieci w różnym wieku, a wszystkie trzeba nakarmić,
ubrać, wysłać na wakacje, kupić lekarstwa.
- Za co? - rozkłada ręce dyrektor Anna Zieniewicz. - Jeszcze w ubiegłym roku
utrzymywaliśmy się dzięki darczyńcom. Teraz ludzie nie chcą nam pomagać.
Przeraża ich wysokość podatku.
Dyrektorka przyznaje, że nieraz musiała nagiąć przepisy lub wręcz złamać prawo.
- Sprzedawca, któremu nie schodzi towar, na przykład buty, mówi mi, że je
spali. Umawiamy się, że przed spaleniem wpadnę do niego i zabiorę kilka par.
Nie mam na to kwitów, rachunków i ktoś w każdej chwili może mi zarzucić, że
kradnę - mówi Zieniewicz. - Ale co mam zrobić, jeśli dzieciom brakuje butów?
- Kiedyś trafiały do nas produkty spożywcze, którym kończył się termin
przydatności do spożycia. Teraz transporty jogurtów, soków nas omijają. Wpłat
pieniędzy na konto też jest niewiele - twierdzi Anatol Goroszkiewicz,
wicedyrektor białostockiego domu dziecka.
Jego podopieczni po raz pierwszy w tym roku nie wyjechali na wakacje.
Z kolei szefowie domu małego dziecka liczyli, że za pieniądze sponsorów
dokończą budowę boiska.
- Już wiemy, że tego nie zrobimy - stwierdza Kucerow. - Nie mamy za co.
Domy dziecka utrzymują się z budżetu państwa. W powiecie białostockim na
utrzymanie jednego dziecka dostają miesięcznie od 1700 do 3000 złotych brutto.
- Z tego trzeba opłacić wszystko: prąd, gaz, wodę, pensje pracowników,
wyżywienie, lekarstwa, ubrania - mówi Anna Zieniewicz z Krasnego (tam
miesięczna kwota brutto na jedno dziecko w tym roku nie przekracza 1900 złotych).
Nie damy, bo zbankrutujemy
- Chciałbym pomagać ludziom, ale jeżeli przez to mam zbankrutować, dziękuję
bardzo - mówi otwarcie Romuald Poszwa, szef hurtowni spożywczej Alfa. - To
państwo powinno pomagać wychowankom tych placówek. Skoro parlamentarzyści nie
chcą, ja jeden świata nie zbawię.
Inny hurtownik (imię i nazwisko do wiadomości redakcji) przyznaje, że po
legnickiej aferze przestał oddawać produkty z kończącym się terminem ważności
biednym i domom dziecka.
- Wyrzucam je na śmietnik - mówi.