lee.loo
28.08.05, 00:42
Własnie jestem po rozmowie telefonicznej z bojfrendem.Miała byc miła rozmowa
na dobranoc,cos w stylu "i miss u, can't wait when u'r with me". Zrobiła się
niestety awatura i szlag mnie trafił na miejscu.Już nawet nie chodzi o co
poszło tylko o to jak my reagujemy.Najpierw podniesiony to, potem na siebie
wrzeszczymy (ja głośniej + odpowiednia gestykulacja,mam to po Dziadku, Włochu
z południa) ,następnie ja pakuje walizki i się wyprowadzam (ta opcja
występuje,jeżeli jestem w Londynie) ewentualnie zalewam się rzewnymi łzami i
stwierdzam,że to koniec.Bo za duze różnice kulturowe,że się nie rozumiemy etc.
Chwilę potem juz się obściskujemy lub dzwonimy z przeprosinami i jest dobrze.
Jak u Was ze sztuką rozmawiania w zaognionych sytuacjach?
działacie pod wpływem chwili i emocji czy potraficie ze sobą
prowadzić "kultularną wymianę poglądów"?