Wypada się przedstawić.... :) Najdłuższy post?

19.11.05, 00:07
Witam,
Na wstępie chciałabym podziękować właścicielce forum za dostęp nie tylko do
czytania - ale i za możliwość wyrażania własnych opinii i szukania wsparcia.

Bo w zasadzie po to tu jestem - trochę po wsparcie a chyba bardziej po
wylanie na "papier" :) swoich wątpliwości.

Otóż dostałam propozycję pracy w Londynie - z londyńskiego oddziału firmy, w
której obecnie pracuję w Polsce. Nie znam jeszcze dokładnie szczegółów
kontraktu ale "mniej więcej" wiem, co mi zostanie zaproponowane. I tak
naprawdę to czuję się szczęśliwa, że z kilkunastu krajów w których działa
firma i które miały dostęp do rekrutacji grupowej wybrali właśnie mnie a z
drugiej tak naprawdę się nie cieszę, bo to jest najtrudniejsza decyzja w moim
życiu. Nie powinnam Was pewnie pytać, jak się żyje w Anglii bo to sobie mogę
złożyć czytając Wasze wątki. Problem w tym, że teraz żyje mi się tu w Polsce
dobrze a tam owe warunki pracy są moim zdaniem naprawdę dobre - ale dla
jednej osoby - a ja mam męża i małe dziecko (2 lata). I niestety mąż jest z
profesji, w której tu ma dobrą pracę, a tam byłoby mu ciężko znaleźć
cokolwiek sensownego.
To co firma oferuje to pomoc przy realokacji, nienajgorsze wynagrodzenie,
jakiś car allowance, pension scheme i prywatną opiekę medyczną i rozesłanie
CV męża po znajomych agencjach. Ale nie na tyle, żebym dała radę utrzymać 4
osoby - założyłam najbardziej pesymistycznę wersję, że mąż nie dostanie
pracy w zawodzie a na przedszkole czy nianię to w ogóle nie będzie mnie stać
i zabiorę nianię z Polski. Nie chcę wyjeżdżać, jeśli mój mąż miałby zostać w
domu z dzieckiem albo iść do pracy fizycznej - ma tu dobrą pracę na którą
ciężko pracował i nie powinien się jej pozbywać z powodu mojej "szansy na
rozwój". Stanowisko jest z tych "permanent". Miałby być to 2 latni kontrakt.
Przekonałam się też, że na wsparcie macierzystej firmy nie mam co liczyć. To
akurat jest "typowo polskie" ;)

Plusy i Minusy?

Plusy? Na pewno szansa na popracowanie w innej kulturze, niewiele innej ale
na pewno innej: mniej nadgodzin, więcej szacunku do pracownika, miła
atmosfera. Na pewno szansa na naukę i doświadczenie - na zobaczenie jak takie
same procesy mogą być różnie organizowane i zarządzane w tej samej spółce w
różnych krajach. Na pewno okazja do doskonalenia języka. Na pewno piękne
miasto, które ma mnóstwo możliwości i tylko od człowieka zależy na ile je
wykorzysta. Na pewno szansa na wyjazd z kraju, gdzie ekipa rządząca nigdy nie
była mi tak daleka ideologicznie jak teraz. Na pewno szansa dla dziecka na
złapanie klimatu i języka....może na lepsze warunki, życia, gdyby nam się
udało. Na pewno kraj w pełni kapitalistyczny, co jest zgodne z moim poczuciem
sprawiedliwości. Na pewno jakaś szansa na rozwój zawodowy w przyszłości -
pewnie szybszy i lepszy niż tu w Polsce.

Ale to ciągle kontrastuje z ogromnym lękiem przed całkowitym wykorzenieniem
męża z kariery i ciężko wypracowanej pozycji, na pewno strach przed
terroryzmem (szczególnie strach o dziecko), na pewno lęk, że będę za krótko
aby dziecko na tym skorzystało a odczuje tylko lęk, że nagle przestało
rozumieć odgłosy otoczenia (to musi być ogromny stres)... i poczucie, że nie
rozumiem i nigdy nie rozumiałam skąd w Polakach ten "zachwyt" zagranicą. Ja
mam ogromny szacunek do naszego kraju i dorobku i "cywilizacji" i wciąż
uważam, że Anglii, Ameryce, Niemcom, Francji i innym "super-krajom" pod
wieloma względami daleko do Polski.

"kasa i metro" - czy jestem przyziemna? :))Kasa jest dla mnie "ważna" - bo to
wybór między: Zyję teraz dobrze, stać mnie na spokój, pomoc starym, chorym
rodzicom a przede wszystkim na wychowanie dziecka we względym dostatku - a -
cofam się do poziomu zastanawiania się, czy stać mnie na zdrowe jedzenie dla
dziecka i mieszkanie, do którego będę chciała wrócić nie jak do hotelu, tylko
jak do "domu". I I poczucie, że wszystko co mamy zawdzięczamy sobie, włąsnej
pracy, nikt nam nic nie dał i nie pomagał - i jakoś się udało a teraz możemy
to stracić dla przygody. "Metro" to oczywiście przenośnia - zwłaszcza, jak
wiemy o tym, co w tym metrze może moje dziecko spotkać....

Czego oczekuję od tego wątku? Nie wiem. Może jednynie podzielenia się Waszymi
odczuciami sprzed decyzji o wyjeżdzie. każdy głos i każda opinia kogoś, kto
był poza Polską jest dla mnie ważna. Choć wiem, że nikt nigdy nie podejmie
tej decyzji za mnie.

I to tak....się wyprodukowałam.
    • u25 Re: Wypada się przedstawić.... :) Najdłuższy post 19.11.05, 00:32
      Ale to ciągle kontrastuje z ogromnym lękiem przed całkowitym wykorzenieniem
      męża z kariery i ciężko wypracowanej pozycji, na pewno strach przed
      terroryzmem (szczególnie strach o dziecko), na pewno lęk, że będę za krótko
      aby dziecko na tym skorzystało a odczuje tylko lęk, że nagle przestało
      rozumieć odgłosy otoczenia (to musi być ogromny stres)... i poczucie, że nie
      rozumiem i nigdy nie rozumiałam skąd w Polakach ten "zachwyt" zagranicą. Ja
      mam ogromny szacunek do naszego kraju i dorobku i "cywilizacji" i wciąż
      uważam, że Anglii, Ameryce, Niemcom, Francji i innym "super-krajom" pod
      wieloma względami daleko do Polski.

      --------------------
      Jest bardzo duze prawdopodobienstwo (i musisz sie z tym liczyc), ze twoj maz na
      poczatku nie znajdzie pracy w zawodzie. Szkoda, ze nie piszesz jakie ma
      kwalifikacje i na jakim poziomie zna jezyk. Jezeli ten wyjazd mialby byc na dwa
      lata, to moim zdaniem w waszym wypadku to nie ma sensu. Przeprowadzki sa
      kosztowne, szukanie pracy czaso- i kosztochlonne, pierwsze lata trudne..
      • malwes Re: Wypada się przedstawić.... :) Najdłuższy post 19.11.05, 00:45
        U2 - to miałyby być 2 lata, z których się może zrobić 10 jeśli zechcę. Dwa i
        do domku byłyby, gdybym się zgodziła na pomysł "secondmentu" firmowego. Potem
        musiałabym 2 lata odprawcować w Polsce. Jeśli nie będzie to ten rodzaj
        przenosin - to mam tę pracę na dowolny okres czasu - mogę zostać "na zawsze".
        Tak jak pisałam, jeszcze nie znam szczegółów bo nie zdecydowano - czy kontrakt
        pójdzie na zasadzie zewnętrznej (mój pracodawca i ja) czy wewnętrznej (spółki w
        grupie dogadują się miedzy sobą).
        Mąż jest po studiach, ma stabilną, dobrą pracę - doświadczenie z przedziału 5-
        7lat W branżę nie chciałabym wchodzić ale jest to praca "biurowo-myśląca" :))))
        • u25 Re: Wypada się przedstawić.... :) Najdłuższy post 19.11.05, 00:51
          Problem w tym, ze ty nie wiesz czy sie po prostu nadajesz na emigrantke (a ja
          mam bardzo mieszane odczucia po przeczytaniu twojego postu). No i jeszcze maz.
          Praca to nie wszystko, wczesniej czy pozniej obydwoje jezeli tylko bedziecie
          chcieli bedziecie pracowali w zawodzie, ale....
    • hanula Re: Wypada się przedstawić.... :) Najdłuższy post 19.11.05, 00:42
      > dobrze a tam owe warunki pracy są moim zdaniem naprawdę dobre - ale dla
      > jednej osoby - a ja mam męża i małe dziecko (2 lata). I niestety mąż jest z
      > profesji, w której tu ma dobrą pracę, a tam byłoby mu ciężko znaleźć
      > cokolwiek sensownego.

      A co na to wszystko mąż?

      > Ale nie na tyle, żebym dała radę utrzymać 4
      > osoby - założyłam najbardziej pesymistycznę wersję, że mąż nie dostanie
      > pracy w zawodzie a na przedszkole czy nianię to w ogóle nie będzie mnie stać
      > i zabiorę nianię z Polski.

      Zaraz, zaraz. Albo mąż dostanie pracę i wtedy będziecie zarabiać oboje; albo mąż
      nie dostanie pracy, zaopiekuje się dzieckiem i nie będziesz wydawać na nianię.
      Nie będzie chyba konieczności utrzymywania 4 osób?

      > Nie chcę wyjeżdżać, jeśli mój mąż miałby zostać w
      > domu z dzieckiem albo iść do pracy fizycznej - ma tu dobrą pracę na którą
      > ciężko pracował i nie powinien się jej pozbywać z powodu mojej "szansy na
      > rozwój".

      Z drugiej strony wiele kobiet przerywa karierę na parę lat, żeby odchować
      dziecko, a potem wraca do pracy.
      A może jednak udałoby mu się znaleźć pracę w zawodzie? O pracę w Anglii można
      się starać zdalnie, na pewno warto spróbować.

      > Stanowisko jest z tych "permanent". Miałby być to 2 latni kontrakt.

      A co potem?
      Chyba nie chciałoby mi się robić takiej rewolucji w rodzinie, żeby po dwóch
      latach wracać do punktu wyjścia.

      > Plusy? Na pewno szansa na popracowanie w innej kulturze, niewiele innej ale
      > na pewno innej: mniej nadgodzin, więcej szacunku do pracownika, miła
      > atmosfera.

      Oj, żebyś się nie przeliczyła. Nie wiem, może twoja firma jest wyjątkowa, ale
      nie licz na to, że w przeciętnej angielskiej firmie jest mało nadgodzin. Wszyscy
      moi znajomi pracują więcej niż umowa przewiduje, choć nikt im za to nie płaci, a
      mój mąż jak ma weekend wolny, to uważa, że powinnam skakać do góry z radości
      (choć w tygodniu codziennie pracuje po 10 godzin co najmniej).
      O atmosferze w pracy się nie wypowiadam, bo to już chyba kwestia szczęścia, ale
      też nie jestem przekonana, że - statystycznie rzecz biorąc - w Anglii jest w tym
      względzie lepiej niż w Polsce.

      > na pewno strach przed
      > terroryzmem (szczególnie strach o dziecko)

      Ja tego na północy nie czuję, ale to fakt, że po wybuchach w metrze cieszyłam
      się, że nie mieszkam w Londynie.

      > na pewno lęk, że będę za krótko
      > aby dziecko na tym skorzystało a odczuje tylko lęk, że nagle przestało
      > rozumieć odgłosy otoczenia (to musi być ogromny stres)

      To akurat trudno przewidzieć. Niektóre dzieci rzeczywiście się stresują, inne
      błyskawicznie uczą się obcego języka i nic im nie jest. Natomiast jeśli chcesz
      być tutaj tylko dwa lata, a po powrocie do Polski nie masz zamiaru mówić do
      dziecka po angielsku, to nie liczyłabym na to, że na dłuższą metę dużo skorzysta
      językowo.

      > ... i poczucie, że nie
      > rozumiem i nigdy nie rozumiałam skąd w Polakach ten "zachwyt" zagranicą. Ja
      > mam ogromny szacunek do naszego kraju i dorobku i "cywilizacji" i wciąż
      > uważam, że Anglii, Ameryce, Niemcom, Francji i innym "super-krajom" pod
      > wieloma względami daleko do Polski.

      Ja nie rozumiem ani przesadnego zachwytu zagranicą, ani przesadnego zachwytu
      Polską. Uważam, że każdy kraj ma swoje dobre i złe strony, i że suma wychodzi
      mniej więcej na zero...

      > Czego oczekuję od tego wątku? Nie wiem. Może jednynie podzielenia się Waszymi
      > odczuciami sprzed decyzji o wyjeżdzie. każdy głos i każda opinia kogoś, kto
      > był poza Polską jest dla mnie ważna. Choć wiem, że nikt nigdy nie podejmie
      > tej decyzji za mnie.

      Rzeczywiście trudna decyzja i nie wiem, co bym zrobiła na twoim miejscu.
      Doskonale rozumiem pragnienie poszerzenia horyzontów i doświadczenia czegoś
      nowego, ale też doskonale rozumiem twoje obiekcje. Życzę udanego wyboru!
      • u25 Re: Wypada się przedstawić.... :) Najdłuższy post 19.11.05, 00:44
        "Ja nie rozumiem ani przesadnego zachwytu zagranicą, ani przesadnego zachwytu
        Polską. "

        bardzo dobre
      • malwes Re: Wypada się przedstawić.... :) Najdłuższy post 19.11.05, 01:03
        hanula napisała:

        > A co na to wszystko mąż?

        Ma takie same wątpliwości jak ja - tak samo rozważa "za" i "przeciw"


        >
        > Zaraz, zaraz. Albo mąż dostanie pracę i wtedy będziecie zarabiać oboje; albo
        mąż nie dostanie pracy, zaopiekuje się dzieckiem i nie będziesz wydawać na
        nianię. Nie będzie chyba konieczności utrzymywania 4 osób?

        Nie chcemy oboje, żeby był w domu. Nie chce rzucać dobrej pracy. Nie oczekuje,
        że znajdzie tam coś bardziej atrakcyjnego niż tu - chce znaleźć coś adekwatnego
        a to nie będzie łatwe.

        > Z drugiej strony wiele kobiet przerywa karierę na parę lat, żeby odchować
        > dziecko, a potem wraca do pracy.

        Jasne - ale to już mam za sobą i na razie drugiego bobasa nie planuję :)
        Zresztą co innego być na wychowawczym a co innego wyjechać za pracą do innego
        kraju :)

        > A może jednak udałoby mu się znaleźć pracę w zawodzie? O pracę w Anglii można
        > się starać zdalnie, na pewno warto spróbować.

        Próbujemy.

        A co potem?
        > Chyba nie chciałoby mi się robić takiej rewolucji w rodzinie, żeby po dwóch
        > latach wracać do punktu wyjścia.

        No właśnie - najchętniej wzięłabym urlop bezpłatny na dwa lata i potem dwa
        wyjścia - albo mi się podoba, składam tu wymówienie i tam zostaję albo mi się
        nie podoba i wracam bo mam gdzie. Jednak większość firm, jak trzyma dla ciebie
        miejsce, to każe Ci podpisać lojalkę, że wrócisz po tych latach i tyleż samo
        odpracujesz w Polsce, mimo, że do Twojego pobytu za granicą nie dokładają ani
        grosza.

        > Oj, żebyś się nie przeliczyła. Nie wiem, może twoja firma jest wyjątkowa, ale
        > nie licz na to, że w przeciętnej angielskiej firmie jest mało nadgodzin.

        Gorzej niż tu w Polsce w tej pracy raczej nie będzie ;) Ci co wracają z
        secondmentów po kilku latach zgodnie twierdzą, że nie jest jakoś bardzo inaczej
        ale na pewno nie aż tak jak w Polsce i że tam za nadgodziny nie płacą, ale
        chociaż doceniają ;) Ale to faktycznie typowe dla mojej profesji - w której się
        generalnie siedzi non-stop.
        Natomiast jeśli chcesz
        > być tutaj tylko dwa lata, a po powrocie do Polski nie masz zamiaru mówić do
        > dziecka po angielsku, to nie liczyłabym na to, że na dłuższą metę dużo
        skorzyst a językowo.

        To na pewno - w każdym razie nie zakładam, że na pewno wrócę po dwóch latach.


        > Ja nie rozumiem ani przesadnego zachwytu zagranicą, ani przesadnego zachwytu
        > Polską. Uważam, że każdy kraj ma swoje dobre i złe strony, i że suma wychodzi
        > mniej więcej na zero...

        Zgadzam się z tym w 100%. To była taka myśl o tych, którzy mi mówią, że "Ja bym
        do Londynu pojechał za wszelką cenę. Nawet nie wiesz jaką szansę możesz
        stracić. Anglia to wspaniały kraj a zresztą wszędzie dobrze poza Polską".


        Dziękuję za wszystkie słowa...
        • hanula Re: Wypada się przedstawić.... :) Najdłuższy post 19.11.05, 01:29
          > > Zaraz, zaraz. Albo mąż dostanie pracę i wtedy będziecie zarabiać oboje;
          > > albo mąż nie dostanie pracy, zaopiekuje się dzieckiem i nie będziesz
          > > wydawać na nianię. Nie będzie chyba konieczności utrzymywania 4 osób?
          >
          > Nie chcemy oboje, żeby był w domu. Nie chce rzucać dobrej pracy. Nie
          > oczekuje, że znajdzie tam coś bardziej atrakcyjnego niż tu - chce
          > znaleźć coś adekwatnego a to nie będzie łatwe.

          Nie zakładaj konieczności utrzymywania 4 osób. Jeśli mąż chce pracować, to
          załóż, że pracę znajdzie, może nie do końca spełniającą jego oczekiwania (ale to
          tylko na 2 lata) i może nie od razu, ale znajdzie.
          Mam wrażenie, że w Anglii jest dużo lepszy niż w Polsce system pośrednictwa
          pracy. Jest tu mnóstwo recruitment agencies i headhunters. Jeśli mąż ma
          kwalifikacje i zna angielski, to myślę, że znalazłby jakąś co najmniej znośną pracę.

          > > Z drugiej strony wiele kobiet przerywa karierę na parę lat, żeby odchować
          > > dziecko, a potem wraca do pracy.
          >
          > Jasne - ale to już mam za sobą i na razie drugiego bobasa nie planuję :)
          > Zresztą co innego być na wychowawczym a co innego wyjechać za pracą do innego
          > kraju :)

          Ale ja nie mówię o tobie, tylko o twoim mężu. Rozumiem, że on się nie spełnia w
          roli kury domowej, ale za parę lat (w Anglii od 5, czasem 4 roku życia) dziecko
          idzie do szkoły, a on może wrócić do pracy. Skoro wiele kobiet na te parę lat
          może przerwać karierę, to może to samo zrobić mężczyzna.
          Oczywiście to jest takie gdybanie na wypadek, gdyby jednak nie udało mu się
          znaleźć pracy.

          > Zgadzam się z tym w 100%. To była taka myśl o tych, którzy mi mówią, że "Ja
          > bym do Londynu pojechał za wszelką cenę. Nawet nie wiesz jaką szansę możesz
          > stracić. Anglia to wspaniały kraj a zresztą wszędzie dobrze poza Polską".

          To i tak nic. Mnie najbardziej irytują ci, którzy tu przyjeżdżają, a potem nic
          im się w Anglii nie podoba. Zawsze mam ochotę powiedzieć: "Skoro ci tu tak źle,
          to na co czekasz, wracaj do Polski".
          (Na wszelki wypadek zaznaczam, że nie mam na myśli nikogo na tym forum. :-)))
    • jennifer_e Re: Wypada się przedstawić.... :) Najdłuższy post 19.11.05, 02:15
      Nie wiem, czy akurat mój głos będzie pomocny, bo ja po sześciu latach w Londynie szukam gdzie by się stąd wynieść.
      Gdy wyjeżdżałam z Polski właśnie skończyłam studia, pisałam w swoim języku dla wymarzonej gazety, miałam znajomych w światku fotografów, galerii i ośrodków kultury i w tej dziedzinie również się realizowałam. Moje życie w PL było jak najbardziej szczęśliwe i zapowiadające się ciekawie. Wyjechałam z miłości, to po pierwsze, mój Nowozelandczyk nie mógł się odnaleźć w PL. A po drugie ciągnęła mnie przygoda, nieznane, ekscytujące nowe.
      Londyn na początku mnie fascynował, pokochałam to miasto, po początkowych trudnościach znalazłam dobrą, satysfakcjonującą pracę. Więc od tej strony nie narzekam. Ale po kilku latach mieszkania tutaj wiem na pewno kilka rzeczy:
      - to świetne miasto na bycie wolnym, młodym, na robienie kariery, zarabianie pieniędzy, podróże, rozrywkę
      - ale nie wyobrażam sobie starzenia się tutaj, nie chcę aby tutaj urodziły się i wychowywały się moje dzieci.

      Odniosę się do kilku rzeczy, które wymieniłaś w swoim poście:

      >mniej nadgodzin, więcej szacunku do pracownika, miła atmosfera.
      z tym bym się nie zgodziła, nie mam oczywiście porównania do PL, ale co do nadgodzin i miłej atmosfery to zależy od firmy, nie od kraju. W mojej firmie ci, którzy wychodzą punkt szósta do domu i biorą pełną godzinę na lunch są traktowani jako ci, którzy nie są wystarczająco oddani firmie, czyli omijają ich podwyżki i awanse. Biurowa polityka i układy są potęgowane przez to, że tutaj każdy jest dla siebie miły i każdy pyta jak ci minął weekend, ale za plecami zrobi swoje.
      >Na pewno szansa na naukę i doświadczenie - na zobaczenie jak takie
      same procesy mogą być różnie organizowane i zarządzane w tej samej spółce w
      różnych krajach.
      to napewno, bardzo cenne
      >Na pewno okazja do doskonalenia języka.
      oczywiście, z tym się zgadzam, kontakt z żywym językiem jest nieoceniony. Chociaż na sobie widzę, że mój angielski bardzo się "spowszednił" odkąd tu jestem. Na początku używałam czasów zaprzeszłych i trzecich okresów warunkowych,mówiłam z poprawną oksfordzką gramatyką i byłam z tego dumna :). Teraz słyszę w swojej mowie slang południowo wschodniego Londynu :( (mój ostatni asystent był stamtąd i dziób mu się w ciągu dnia nie zamykał) i mieszankę akcentów taką, że już nikt nie potrafi rozpoznac skąd pochodzę (trochę czasu w Ameryce, ex z Nowej Zelandii, jego kumple Australijczycy, współlokator Irlandczyk i Węgierka, najlepszy przyjaciel Francuz, w pracy sami Angole, prawie teściowa Holenderka...)
      >Na pewno piękne miasto, które ma mnóstwo możliwości i tylko od człowieka zależy na ile je wykorzysta.
      hmm... owszem, są piękne zakątki, ciekawe miejsca, niestety na codzień jest jednak przeważnie brudno, głośno i tłoczno. Zgadzam się, że są możliwości niesamowite, tu po prostu jest wszystko i fascynujące jest tego odkrywanie.
      >Na pewno szansa na wyjazd z kraju, gdzie ekipa rządząca nigdy nie
      była mi tak daleka ideologicznie jak teraz.
      zgadzam się w stu procentach!!!
      >Na pewno szansa dla dziecka na złapanie klimatu i języka....może na lepsze warunki, życia, gdyby nam się udało.
      Jak już wspomniałam wcześniej nigdy nie chciałabym aby moje dziecko wychowywało się w Londynie. Napatrzyłam się na dzieciaki tutaj i ciągle nie mogę wyjść ze zdumienia. Pisałam już kiedyś o 11 letnim synu mojej koleżanki, który w szkole dostaje ulotki antynarkotykowe, o 10 letniej dziewczynce zgwałconej na szkolnym podwórku przez 14 letnich kolegów, o nauczycielce zgwałconej przez ucznia w szkolnej klasie, o dziewczynie, której koleżanka pocięła twarz bo tamta stanęła w obronie dzieciaka, któremu dokuczano... Wiem, wiem, powiecie, że to się zdarza wszędzie, że to wypadki nagłaśniane przez media... być może. Ale trudno mi się oprzeć wrażeniu, że tutejsze dzieciaki i młodzież noszą w sobie jakąś taką agresję, zresztą, był o tym niedawno wątek.
      >Na pewno jakaś szansa na rozwój zawodowy w przyszłości - pewnie szybszy i lepszy niż tu w Polsce.
      Być może, chociaż mam w PL przyjaciół, którym świetnie się potoczyło w sprawach zawodowych i znam tutaj ludzi, którzy przez lata nie wybili się ponad sekretarkę czy recepcjonistkę. Kwestia osobowości przede wszystkim, chociaż tutaj mniej patrzy się na to skąd jesteś i jakie studia skończyłaś. Jeśli jesteś zdolna i chcesz pracować to dojdziesz do czegoś napewno.
      >na pewno strach przed terroryzmem (szczególnie strach o dziecko),
      mit! Już kiedyś o tym pisałam, strach przed terroryzmem to wytwór mediów. Setki, tysiące ludzi dziennie ginie w wypadkach samochodowych, zostaje zamordowanych, zgwałconych, okradzionych, pobitych. Jednak to już nie robi na nikim wrażenia, a tym bardziej nie sprzedaje gazet. Niedawno opublikowano najnowsze statystyki, z których wynika, że co SEKUNDĘ w Anglii popełniane jest przestępstwo. Terroryści musieliby się nieźle uwijać, żeby takie tempo nadrobić. Dla mnie o wiele bardziej realny jest strach przed grupą znudzonych nastolatków wałęsających się po okolicy. I jeśli mówimy o bezpieczeństwie to to jest coś co moim zdaniem należy wziąść pod uwagę. Londyn nie jest bezpiecznym miastem. Oczywiście, można z tym żyć, można się przyzwyczaić, znieczulić. Można nauczyć się przechodzić obojętnie obok żółtych tablic policyjnych szukających świadków zbrodni popełnianych w biały dzień w centrum miasta. Oczywiście nie jest to jakaś typowa przypadłość Londynu. Jest to raczej przypadłość wielomilionowego, anonimowego miasta.
      >i poczucie, że nie rozumiem i nigdy nie rozumiałam skąd w Polakach ten "zachwyt" zagranicą. Ja mam ogromny szacunek do naszego kraju i dorobku i "cywilizacji" i wciąż uważam, że Anglii, Ameryce, Niemcom, Francji i innym "super-krajom" pod wieloma względami daleko do Polski.
      zgadzam się z tym zupełnie. Myślę, że w Polsce bardzo silnie żywy jest jeszcze mit o Zachodzie, jako o ziemi obiecanej. Nie ważne, że w Londynie garki szorujesz czy w Ameryce na czarno zasuwasz na budowie. Dla sąsiadów w PL jesteś szczęściarzem. A w polskich bezdomnych na Victorii nikt chyba tak naprawdę nie wierzył.
      Dla tych, którzy tu przyjeżdżają myślę, że ten zachwyt może po prostu wynikać z nowości, zmiany, zauroczenia, zafascynowania nowym miejscem. Bo jest czym. Londyn to naprawdę niesamowite miejsce i mimo całego tego mojego marudzenia cieszę się, że tutaj mieszkałam przez ten czas. Przez jakiś czas miałam nawet przeczucie, że to jest moje miejsce. Ale to było moje miejsce na pewnym etapie. Teraz jestem ze swoim życiem już gdzieś indziej, inne rzeczy są dla mnie najważniejsze i wiem, że Londyn nie jest już tym gdzie chcę być i wić swoje gniazdo. Kwestia osobistych potrzeb.

      To tyle, takich dosyć osobistych refleksji. Od razu uprzedzam, że jak ktoś ma zamiar się czepiać i polemizowac ;) to są to moje jak najbardziej osobiste odczucia, refleksje i przemyślenia i nie będę się z nich tłumaczyć :PP

      Może dobrym pomysłem byłoby przyjechać tutaj na trochę przed podjęciem ostatecznej decyzji? Zobaczyć jak to miasto wygląda na codzień.
      Nie piszę nic o mężu bo w sumie nie wiemy jakie on ma w tym wszystkim zdanie. Jeśli ma możliwości i perspektywy na dobrą i satysfakcjonującą pracę to czemu nie. Jeśli byłby szczęśliwy siedząc w domu z dzieckiem i zajmując się domem to super. (piszę to bez sarkazmu, są mężczyźni, którzy wolą wychowanie swojego dziecka od kariery zawodowej i uważam, że nie ma w tym nic złego)
      Ale jeśli on będzie musiał pracować poniżej swoich kwalifikacji i patrzeć jak Ty się realizujesz to na dłuższą metę może to wywołać napięcia. Oczywiście MOŻE, ale nie musi, wszystko zależy od Waszej relacji i życiowych celów.
      Jest jeszcze opcja "na próbę", tzn Ty pojedziesz a on zostanie. No ale wtedy powstaje mnóstwo pytań typu "co z dzieckiem", "ile czasu ma trwać to próbowanie abyś Ty się zdecydowała a związek na tym nie ucierpiał". Osobiście nie jestem zwolenniczką związków na odległość.

      Decyzja należy do Ciebie....
      Życzę powodzenia ;)

      ps a post nie jest wcale najdł
      • jennifer_e Re: Wypada się przedstawić.... :) Najdłuższy post 19.11.05, 02:24
        zjadło mi post scriptum!
        Miało być:

        ps a post nie jest wcale najdłuższy ;) póki co to ja jeszcze oficjalnie jestem autorką najdłuższych postów (zapytajcie effatę i asice!) , chodziaż ostatnio nieco się zaniedbuję i widzę, że latarnik czyha na ten zaszczytny tytuł ;)
        • effata Re: Wypada się przedstawić.... :) Najdłuższy post 19.11.05, 03:21
          ps a post nie jest wcale najdłuższy ;) póki co to ja jeszcze oficjalnie jestem
          autorką najdłuższych postów (zapytajcie effatę i
          asice!) , chodziaż ostatnio nieco się zaniedbuję i widzę, że latarnik czyha na
          ten zaszczytny tytuł ;)
          ---------------
          Potwierdzam, potwierdzam, właśnie zrobiłam aluzję do długości twoich postów
          (która mi oczywiście odpowiada), nie widząc tego co tu napisałaś :)))
          --
          Don't guess.
      • effata Re: Wypada się przedstawić.... :) Najdłuższy post 19.11.05, 03:19
        Jennifer, no kobieto ... widać, że dawno nie pisałaś (przynajmniej na tym
        forum). Jak ja lubię te twoje posty :) Jeśli znajdzie się ktoś, kto będzie z
        tobą polemizował, to raczej będzie to ktoś z poza Londynu (czyli nie znający
        londyńskich realiów (mylę się?).
        Ja się podpisuję pod wszystkim.
        Londyn to nie jest dobre miejsce do wychowywania dzieci. Może to śmiesznie
        brzmi, bo podobno w Greater London mieszka ok. 10 mln. osób, więc pewnie trochę
        tych rodzin i dzieci by sie znalazło, ale ... każdy ma jakieś swoje priorytety.
        Moim marzeniem jest uciec stąd.

        Malwes, witaj na forum, tak poza tym :)
        Trudno mi jest doradzać, bo po pierwsze nie znam dokładnie twojej sytuacji
        życiowej, rodzinnej (i oczywiście nie o to chodzi), bo mimo że post długi :) to
        piszesz głównie o zaletach przeprowadzki, jakby przekonując samą siebie.
        Po drugie Jennifer rozwiała chyba trochę twoje wyidealizowane nieco spojrzenie
        na pracę za granicą.

        Dodam jednak parę słów od siebie (choć to właściwie jest sumą różnych wątków na
        różnych forach) - wyjazd za granicę z rodziną jest naprawdę trudny. Co innego,
        jak wyprowadzasz się, bo twój mąż jest 'stamtąd' i chyba też inaczej, jak już
        definitywnie decydujesz się na emigrację. Wtedy bardziej skupiasz się na
        zasymilowaniu się, na głębszym poznaniu tamtejszej kultury, sposobu myślenia
        (choć zaraz ktoś mi pewnie zarzuci, że ludzie to ludzie, z gatunku homo
        sapiens, więc myślą tak samo, czy tu czy tam). Kontrakt na 2 lata, to moim
        zdaniem życie trochę w zawieszeniu, jedną nogą tu drugą tam, szczególnie że jak
        piszesz może być ciężko z pracą dla męża.
        Ja mam niewielkie jeszcze doświadczenia z szukaniem pracy, ale coraz mniej
        optymistycznie odnoszę się do mitu (?) że znalezienie pracy w Anglii to tylko
        kwestia czasu. Owszem, jak jest się upartym, zaciętym, wytrwałym to wszystko
        jest możliwe. Ale trzeba brać pod uwagę jeszcze szereg niepowodzeń,
        przeciwności, formalności, które spotyka się na drodze. A one zniechęcają. I co
        innego jak się szuka pracy będą matką malutkich dzieci, która ewentualnie może
        jeszcze posiedzieć chwilę w domu, miesiąc, pół roku, rok (?) a co innego być
        facetem, który (jak sama piszesz) włożył dużo wysiłku w osiągnięcie takiej a
        nie innej pozycji w Polsce, tę pracę porzucił i siedzi w domu z dzieckiem i
        najprawdopodobniej czuje się zawiedziony i bezużyteczny.
        A poza tym moim zdaniem, choć oczywiście nigdy nie jest za późno na zmiany,
        przychodzi taki czas, że niektóre ruchy, mogą być zbyt kosztowne a ich
        konsekwencje trudne do odwrócenia.
        Domyślam się, że kusi cię perspektywa zmian, doświadczenia czegoś nowego.
        Rozumiem to.
        Jednak ja, w odróżnieniu od wielu osób jestem jednak rozczarowana właśnie tym
        krajem 'sprawiedliwości', 'sprawnego funkcjonowania', 'łatwej kariery'. Choć
        może powinnam napisać 'tym miastem', bo Londyn to zupełnie inna para kaloszy...
        Owszem, jest tu wiele fajnych rzeczy, są możliwości rozwoju, niektóre sprawy
        załatwia się bajecznie łatwo, ale ... ja tu nigdy nie będę u siebie. Nigdy nie
        zrozumiem Anglików i choćbym nie wiem ile energii włożyła w zasymilowanie się,
        nie będę się tu czuła dobrze.
        Gdybym miała (finansową) możliwość zostania w Polsce, to na pewno bym została.
        Jesteśmy tu, bo mój mąż niestety pracował w takiej branży która sukcesywnie, z
        roku na rok podupadała, a rzeczy które sprzedawał stawały się towarem
        luksusowym. Jakbyśmy oboje mieli dobre prace (ja miałam dobrą pod względem
        finansowym, ale dużo pracowałam wieczorami, co nie było zbyt dobre), to na
        pewno nie ryzykowałabym przeprowadzki ...
        Ale to moje zdanie, jedno z wielu w dyskusji.
        Nie chcę cię zniechęcać (a raczej nie chciałabym przerzucać na ciebie mojego
        zniechęcenia). Życzę mądrych decyzji.
        Ps. dzieckiem bym się nie przejmowała :))) Jeśli było by z wami, to raczej
        byłoby mu wszystko jedno gdzie, tak myślę. Bardziej bym się przejęła mężem.
        A gdyby mu się udało znaleźć tu coś ciekawego, to ... dlaczego by nie spróbować?

        --
        Don't guess.
        • malwes Re: Wypada się przedstawić.... :) Najdłuższy post 19.11.05, 10:57
          effata napisała:


          > Trudno mi jest doradzać, bo po pierwsze nie znam dokładnie twojej sytuacji
          > życiowej, rodzinnej (i oczywiście nie o to chodzi), bo mimo że post długi :)
          to piszesz głównie o zaletach przeprowadzki, jakby przekonując samą siebie.
          > Po drugie Jennifer rozwiała chyba trochę twoje wyidealizowane nieco
          spojrzenie
          > na pracę za granicą.
          >

          Hi, hi...to właśnie chyba jest zupełnie na odwrót bo ja mam głównie argumenty
          na "nie" - tylko tak jakoś ostanio wszyscy mi mówią, że widzę wszystko w
          czarnych kolorach i czy w ogóle dostrzegam jakieś plusy tej sytuacji więc
          pewnie zaczęłam od tych plusów - i to naprawdę tylko po to, żeby je jakoś dla
          samej siebie określić. A wyidealizowanego obrazu Anglii nie mam w ogóle - wręcz
          odwrotnie - właśnie nie bardzo widzę tam cokolwiek lepszego niż tu w Polsce a
          nie mówię tylko z teorii bo mieszkałam kiedyś już w UK, w Swansea, więc
          zdążyłam już zobaczyć swoje. Tylko wtedy byłam na studiach i nie miałam
          rodziny - a i tak stwierdziłam, że Anglia jest daleka od "raju na ziemi".

          Co do pracodawców, to wiem, że to wszystko zależy od pracodawcy, nie od kraju.
          I z tym siedzeniem w nadgodzinach to wszędzie jest problem. Ale tu w Polsce
          jesteśmy chyba "o mały kroczek ZA Anglią" w temacie odchodzenia od godzenia się
          na poniżanie. W Polsce jeszcze ciągle ludzie boją się walczyć o swoje, choć
          młode pokolenie (to zaraz po studiach) jest już bardziej asertywne. A Anglii
          część firm odchodzi od "amerykanizmów"....ale w sumie to temat na osobny wątek.

          Tylko tak z drugiej strony...Czytam Wasze posty, które utwierdzają mnie w
          przekonaniu, że nie warto ale...:
          - w takim razie dlaczego ciągle tak wiele osób wyjeżdża i zostaje? Coś musi
          ich jednak trzymać w Londynie? Czy tylko brak perspektyw w Polsce? Moi znajomi,
          którzy tu wyjechali z dużych dobrych firm, do dużych, dobrych w Londynie - nie
          chcą wracać...Co Was trzyma w Anglii w takim razie (to może pytanie właśnie do
          tych, którzy mają już rodzinę)?
          - Warszawa jest już bardzo podobna do Londynu w kwestii braku bezpieczeństwa -
          11 reklamówek w atrapami bomb, ten sam lęk przed agresywną młodzieżą, te same
          rozboje w biały dzień. Z tego co czytałam - jednak są dwie zasadnicze różnice:
          w Polsce nie masz dodatkowo co liczyć na skuteczność policji i pomoc ze strony
          prawa no i statystycznie w W-wie jest większa przestępczość niż w Londynie.

          Reasumując - ja od samego początku miałam więcej zastrzeżeń i argumentów za. I
          jestem daleka od jakiego wyidelizowanego obrazu życia w Anglii - zupełnie
          odwrotnie. To właśnie moi znajomi przekonują mnie, że przesadzam z "atakami" na
          warunki życia w Londynie. A ja tak naprawdę czuję się zagubiona bo z drugiej
          strony jak obserwuję niektórych w mojej firmie "globalnie" to śrenio co rok,
          dwa, widzę jak zmienia im się końcówka adresu mailowego świadcząca o tym, że są
          w kolejnym kraju - Anglia, Francja, Dominikana, Madagaskar, z powrotem Anglia,
          potem Szwajcaria, Stany i tak w kółko. I mają rodziny, dzieci (niektórzy
          trójkę :)))...i uważają, że to jest normalne, że świat jest "jeden i taki sam
          wszędzie", że to im daje naukę, doświadczenie, poznawanie różnych kultur.
          Pytam, czy to nie męczy - oni mówią, że nie. Więc może nie jest tak źle? Z
          drugiej strony znam Polaków z tej firmy, na bardzo wysokich stanowiskach,
          którzy podjęli te probę bycia "cosmo..." i piszą, że ich rodziny nie są w
          stanie się przystosować. Może to po prostu kwestia jakiejś naszej kultury i
          przemian społeczno-gospodarczych, które sprawiły, że nasze pokolenia żyły w
          granicach jednego ustroju i zachodzące zmiany wytrąciły nas z jakiej takiej
          (choćby fałszywej) stabilizacji i po prostu nam się wydaje
          wszystko "trudniejsze" i bardziej "wywrotowe" i do wszystkiego podchodzimy
          przesadzajć - albo idealizując, albo demonizując? Może w tym tkwi problem?
          • latarnik Re: Wypada się przedstawić.... :) Najdłuższy post 20.11.05, 11:00
            To ja napisze troche przewrotnie: cokolwiek zrobisz, nie bedziesz zalowac :)

            Zgadzam sie z innymi postami o warunkach w Londynie - to nie jest miasto na
            zycie rodzinne. Owszem, ma odlegle dzielnice, a wlasciwie osobne miasteczka,
            gdzie mozna zyc spokojnie, ale wtedy dojazdy do pracy kradna Ci wiele czasu z
            dnia. Za to mieszkajac blisko centrum, ladujesz w miejscach gdzie nawet jesli
            dookola Twojego domu jest gdzie wyjsc z dzieckiem, to juz po drugiej stronie
            ulicy naprawde az strach spacerowac. Poza tym nie wiem czy tylko ja mam takie
            wrazenie, ale wydaje mi sie, ze jedynym sposobem spedzania wolnego czasu w
            Londynie jest... wydawanie pieniedzy. Wszystko tu jest pod to przygotowane.
            Brakuje mi mojej kochanej Gdyni, ogolnie Trojmiasta, gdzie bylo inaczej. Moze
            troche przerysowywuje, bo jestem tu na razie sam, z moja Pania moze byloby
            latwiej, przyjemniej, ale...

            No nic, wracajac do pierwszego zdania, uwazam ze nie masz co sie tak glowic nad
            decyzja. Ja sie jej bardzo balem, ale jak juz sie zdecydowalem po kilku
            tygodniach wahania, to juz poszlo szybko. Wyjchalem w sumie glownie ze wzgledu
            na ciekawsze doswiadczenia w pracy i chociaz tesknie okrutnie, to nie zaluje
            wyjazdu. Za to caly czas mam oczy szeroko otwarte i czekam tylko na mozliwosc
            powrotu, ktory nie bylby bezsensowny, tylko jakos wpisywalby sie w moja
            historie zawodowa. Z jednym nastawieniem: nic na sile.
            Kilka miesiecy po przyjezdzie tutaj stwierdzilem, ze dobrze iz przyjechalem.
            Wydawalo mi sie, ze tyle rzeczy mnie w Polsce trzyma, ale okazalo sie ze jednak
            dobrze jest byc kowalem wlasnego losu i miec to poczucie, ze to od Ciebie
            zalezy, co zrobisz dalej.
            Angila oferuje inne perspektywy niz Polska. Nie oceniam czy lepsze, czy gorsze,
            ale na pewno inne. I mowie tu o wszystkim - inna kultura, inne rozumienie
            swiata i dnia codziennego, itd. To poszerza horyzonty. I nie dlatego, ze to
            akurat Anglia - ale dlatego ze to inny kraj. Nie slyszalem o wielu przypadkach,
            zeby ludzie zalowali wyjazdow. Jako dziecko bylem z rodzicami na kontrakcie za
            granica (moj ojciec byl przedstawicielem pewnej firmy) i wiem ze to
            doswiadczenie bardzo mi w zyciu pomoglo, tak jak pomoglo tez moim rodzicom.
            Kraj, w ktorym bylismy (Libia) z zewnatrz ani nie wyglada na sielankowy, ani na
            bezpieczny, a nam dal ten wyjazd tyle, jakbysmy na kilka lat pojechali do raju.
            Przy czym mam wrazenie ze nie mailo tu znaczenia jaki to kraj, ale to ze nasza
            rodzina jeszcze sie do siebie zblizyla, ze sie lepiej poznalismy.

            A z drugiej strony, jesli postanowisz zostac w Polsce, to przeciez nic zlego
            sie nie stanie. Sama mowisz, ze zyje Wam sie dosc przyjemnie, co w naszym kraju
            nie jest az takie czeste. Nie kazdy ma w sobie tego niespokojnego ducha, ktory
            go ciagle gna do czegos nowego. Poza tym ten duch z wiekiem i rodzina tez
            slabnie, cichnie. No i na pewno, majac pozytywne wspomnienia z Polski, bedac w
            Anglii tesknilibyscie za tym co znane i za jakis czas chcieli wrocic. Zostajac
            oszczedzicie sobie tego poczucia 'wygnania'.

            Wlasnie zdalem sobie sprawe, ze nie potrafie Ci obiektywnie poradzic. Bo ja bym
            na Twoim miejscu wyjechal. Nie dlatego, zeby na sile wyjechac, ale zeby jednak
            jakos sie rozwinac (i to nie tylko w kwestii zawodowej). Ale to moje
            nastawienie, na podstawie moich doswiadczen, ja w Polsce nie mialem zony ani
            dziecka, tylko mieszkalem sam. Moze gdybym zalozyl rodzine, to myslalbym
            inaczej?
            • eballieu LAtarnik:-) 20.11.05, 11:23
              To brzmi jak ogloszenie matrymonialne:-)
              Moze cos "Polki w Anglii" pomoga:-)
              Z pozdrowieniami, i mrugnieciem oka, bo taki ten post moj zartobliwy.
              • latarnik Re: LAtarnik:-) 20.11.05, 18:42
                Ty mi to nie mrugaj, bo jeszcze ktos to na powaznie wezmie, a moja lepsza
                polowka tez czyta to forum i mi potem natrze uszu ;)

                A w ogole to sie pochwale, ze za trzy dni bede juz w kraju, co prawda na
                tydzien, ale zawsze :) Mam nadzieje ze sobie psychicznie odpoczne porzadnie :)
          • west69 Re: Wypada się przedstawić.... :) Najdłuższy post 23.11.05, 23:42
            . A ja tak naprawdę czuję się zagubiona bo z drugiej
            > strony jak obserwuję niektórych w mojej firmie "globalnie" to śrenio co rok,
            > dwa, widzę jak zmienia im się końcówka adresu mailowego świadcząca o tym, że

            >
            > w kolejnym kraju - Anglia, Francja, Dominikana, Madagaskar, z powrotem
            Anglia,
            > potem Szwajcaria, Stany i tak w kółko. I mają rodziny, dzieci (niektórzy
            > trójkę :)))...i uważają, że to jest normalne, że świat jest "jeden i taki sam
            > wszędzie", że to im daje naukę, doświadczenie, poznawanie różnych kultur.
            > Pytam, czy to nie męczy - oni mówią, że nie. Więc może nie jest tak źle? Z
            > drugiej strony znam Polaków z tej firmy, na bardzo wysokich stanowiskach,
            > którzy podjęli te probę bycia "cosmo..." i piszą, że ich rodziny nie są w
            > stanie się przystosować. Może to po prostu kwestia jakiejś naszej kultury i
            > przemian społeczno-gospodarczych, które sprawiły, że nasze pokolenia żyły w
            > granicach jednego ustroju i zachodzące zmiany wytrąciły nas z jakiej takiej
            > (choćby fałszywej) stabilizacji i po prostu nam się wydaje
            > wszystko "trudniejsze" i bardziej "wywrotowe" i do wszystkiego podchodzimy
            > przesadzajć - albo idealizując, albo demonizując? Może w tym tkwi problem?

            ------------------------------------

            Hej!

            No widzisz, jakos tak niedawno przechodzilem podobne rozwazania. Oczywiscie,
            sytuacja jest inna (kazda jest inna) - nie mamy dzieci i moja malzonka
            generalnie nie pracowala. U mnie po prostu pojawila sie chec/potrzeba zmiany
            pracy (uczestniczylem w procesie przygotowania do sprzedazy czesci koncernu i
            wiedzialem, ze po zmianie wlasciciela wprawdzie prace mam nadal, ale nie bedzie
            juz tak ciekawa i rozwojowa), ktora zbiegla sie z telefonem od londynskiego
            headhuntera z propozycja rozwazenia stanowiska tez miedzynarodowego, ale
            zlokalizowanego nie w W-wie, lecz pod Londynem. W mojej branzy - szansa jakich
            malo. No, ale co z zona? Zdecydowalismy, ze pojade, zorganizuje jakos zycie
            (firma szczesliwie zapewniala czasowe mieszkanie na 3 miesiace i relokacje, a
            ja wynegocjowalem dodatkowo wsparcie nauki jezyka dla zony) i potem zona
            przyjedzie, pouczy sie angielskiego i zobaczymy. No coz, 2 tygodnie temu
            wyjechala do Polski (po 3 miesiacach w UK) i....wiem, ze tu nie wroci. W kazdym
            razie napewno nie na stale. Nie 'kupila' UK. Tesknila za W-wa, przyjaciolmi,
            naszym mieszkaniem, samochodem z kierownica po 'wlasciwej' stronie, itd, itp.
            Ja czesto sluzbowo podrozuje. W domu pusto, telewizja po angielsku. Po prostu -
            'nie'. Nie dziwie sie. Nie czuje urazony czy opuszczony. Kazdy ma prawo gdzies
            czuc sie dobrze, a gdzies nie do zniesienia.
            Jak dlugo ja tu zostane? No coz, jesli przetrwam okres probny (wlasnie niedlugo
            sie konczy), to...nie mam pojecia. Szczebel jest dosc wysoki, a to oznacza, ze
            latwo sie z niego spada. Czy w razie upadku bede szukal pracy w UK? Nie wiem i
            jest mi to w sumie obojetne - byle praca byla ciekawa, moge mieszkac w
            Brukseli, Madrycie czy Krakowie, to juz nie ma wielkiego znaczenia W samej
            Polsce mieszkalem w 5 miastach. Moj kolega na identycznym stanowisku (odpowiada
            za inna czesc Europy) na dniach bedzie 'rodzil' dzieciaka. On jest Francuzem,
            ona Rosjanka a dziecko urodzi sie w Madrycie i bedzie...Hiszpanem. Jak mawiaja
            Amerykanie - Europa to duzy kraj!
            Czy moje malzenstwo przetrwa? Gwiazdy pewnie wiedza. Czy zaluje decyzji o
            wyjezdzie? NIGDY W ZYCIU! I nie chodzi o pieniadze - w Warszawie mam szanse na
            zdobycie pracy, ktora, uwzgledniajac koszty utrzymania, prawdopodobnie dalaby
            mi wyzszy lub porownywalny standard zycia. O co wiec chodzi? O przygode zycia.
            O satysfakcje zawodowa. O naoczne zrozumienie, czy rzeczywiscie w Polsce jest
            tak zle a 'na zachodzie' tak dobrze. O nieco chyba jednak rozsadniejszy system
            polityczny. O policje, ktora jest po to, aby mnie sie nic nie stalo. O szanse
            na poznanie ludzi i miejsc, o ktorych w dziecinstwie mi sie nie snilo. Kazdy ma
            tez prawo realizowac marzenia - to bylo i jest jedno z moich.

            Ktos gdzies, chyba wlasnie na tym forum, napisal, ze roznica miedzy Polakami i
            Brytyjczykami polega na tym, ze Polacy uwielbiaja nic nie robic i potem tego
            zalowac, podczas gdy Brytyjczycy po prostu przekuwaja swoje marzenia na plan i
            staraja sie go zrealizowac. Moja rada (choc najgorzej w zyciu jest doradzac
            komus, jak ulozyc przyszlosc) jest wiec taka - jesli jedziesz tylko dla
            pieniedzy badz chwilowej zachcianki, to daj sobie spokoj - potencjalne
            zagrozenia dla Twojego zwiazku sa duze. Jesli jednak mialaby to byc szansa na
            realizacje czegos, o czym zawsze marzylas, to nie zastanawiaj sie ani chwili.
            Polowa profesjonalnej Europy paleta sie od kraju do kraju, napedza biznes
            kompaniom lotniczym, posrednikom nieruchomosci, opiekunkom do dzieci i agencjom
            relokacyjnym. Miedzynarodowe szkoly kwitna, a za chwile mowienie w Londynie po
            angielsku z angielskim akcentem zacznie byc postrzegane jako snobizm. Jesli
            naprawde tego chcesz, to nie daj sie zniechecic ludziom, ktorych czasem
            nazywam 'kotwicami' - tych, ktorzy kiedys zabetonowali swoja kotwice w jakims
            miejscu i ani nie chca jej sami odciac, ani nie pozwalaja zrobic tego innym.
            Zycie jest jedno, a zawsze Ty, a w przyszlosci takze Twoje dziecko, mozecie
            wybrac sobie miejsce, w ktorym bedziecie chcieli mieszkac. No, co najmnie przez
            najblizsze 2 lata ;)

            Pozdrawiam i zycze, abys nigdy nie zalowala tego, co zdecydujesz.


      • neeki Re: Wypada się przedstawić.... :) Najdłuższy post 19.11.05, 10:32
        zgadzam sie z jennifer_e. ja tez pokochalam Londyn ale rowniez uwazam ze nie
        jest to miejsce dla dzieci. dla mnie londyn to miejsce dla ludzi bez rodzin,
        ktorzy chca sie pobawic. a dzieci byloby mi tu miec trudno. zreszta sama
        zobaczysz ze to co dzieciaki tutaj wyprawiaja to jest okropne. ja nie
        chcialabym zeby moje dziecko mialo z nimi cokolwiek doczynienia. ja zawsze
        mowie ze w londynie to bym sie nie zdecydowla miec kota a co dopiero dziecko ;)
        co do wiary w bardziej humanitarne zasady pracy w firmach angielskich to
        rowniez uwazam ze sie przeliczysz.
        i zwiazki na odleglosc odradzam widzialam zbyt wiele rozpadajacych sie zwiazkow
        wlasnie z tego powodu.
        ja gdybym byla w polsce szczesliwa i spelniona nigdy bym nie wyjechala. bardzo
        lubie ten kraj. ale latwo tu rowniez nie jest.
        co do zamachow to ja nie odczuwam w ogole zagrozenia. dzisiaj moga uderzyc
        wszedzie. wlasnie akurat po zamachach przesiadlam sie na metro i jakos sie nei
        boje. zreszta nie spotkalam nikogo kto by sie bal.
    • eballieu Re: Wypada się przedstawić.... :) Najdłuższy post 19.11.05, 17:00
      To decyzja Was dwojga.
      Mieszkalam w Londynie rok. Dla jednych to malo, dla drugich duzo.
      Dla mnie za malo aby sie nacieszyc tym miastem. Czuje neidostyt, ale z drugiej
      strony wspomniam ten rok jak piekny sen. Codziennie jadlam sniadanko z
      wiodokiem na Tamize, korzystalismy z tego co nas interesowalo w tym miescie.
      To miasto wielkich szans - albo pojdziesz na szczyty, albo padniesz na jego
      dnie. To moje osobiste zdanie.
      Londyn daje ogromne szanse, ale i kryje w sobie wiele niebezpieczenstw.
      Ja zgodzilam sie na mieszkanie w Londynie tylko dlatego, ze naszego dziecka
      jeszcze wtedy nei bylo. Gdybym miala dzieci w wieku szkolnym to mieszkalabym w
      dzielnicy, w ktorej mialyby dobra szkole - nie ukrywam prywatna, ale wtedy maz
      dojezdzalby do pracy 1,5 godziny. A tego nie chcemy. Zbyt bardzo licza sie dla
      nas wspolne kolacje, mozliwosc spotkania w porze obiadowej, to dla nas swiadczy
      o jakosci zycia - to ile dojezdzasz do pracy i ile czasu w ciagu dnia mozesz
      poswiecic sobie. Malo trendy jestesmy.
      Od urodzenia dziecka mieszkamy na wsi. Znam sasiadow, czuje sie tu bardzo
      dobrze. Ale nie na tyle dobrze aby tu osiasc na stale. Zbyt wiele nas dzieli z
      tym krajem.
      Tez jestesmy tu na rodzinnym kontrakcie, tez jest to dla nas dwuletnia
      przygoda.
      Ja sie na nia zgodzilam. Nie dlatego, ze nie mialam nic do stracenia. Dlatego
      ze chcialam i znow - jestem malo trendy. To nasz sposob na zycie, poznawanie
      nowego kraju, obyczajow. Sielanka?
      Praca po godzinach - to bardzo ugruntowany zwyczaj w Anglii. Nie ebde cie
      przekonywac o tym, ze pracuje sie tu tyle i tyle godzin. Ale anglosaskie
      systemy maja to do siebie, ze sa malo prorodzinne. Malo jest tu urlopu - ale
      nie wiem na jakiego typu kontrakt tu mozesz przyjechac. My mamy 6 tygodni
      urlopu w roku, moze i Tobie uda sie tyle "wycisnac", ale moze nie jest to dla
      ciebie na tyle wazne. Przepraszam ze pisze "my" - ja nie pracuje, ale tez
      kontrakt podpisywalam. Zbyt wiele firmy traca na powrotach z powodow
      niezadowolonych, nieumiejacych sie przystosowac drugich polowek.
      Co zaoferuja Twojemu mezowi poza wyslaniem CV do agencji? Przyznam ze to malo
      jesli oczywiscie maz chce podjac tu prace, chyba ze bedzie to wyslanie ze
      szczegolnym wspraciem jego osoby - wiesz co mam na mysli. Nie tylko Polska jest
      krajem, gdzie wiele rzeczy w tej materii sie zalatwia (nienawidze slowa
      zalatwia). Moze bowiem okazac sie, ze zanim sam znajdzie prace i zalatwi
      formalnosci minie juz rok waszego pobytu tu.
      To ogromnie trudne decyzje.
      Z drugiej strony dwa lata to nie wiecznosc. Maz moglby tez ten czas
      wykorzystac. A jesli jzu dzis jest porfesjonalny w swojej dziedzinie, to raczej
      znajdzie prace po powrocie. Chyba ze pracuje w administracji panstwowej,
      budzetowce - no tam wcisnac sie raz jeszcze moze byc ciezko.
      My decyzje podjelismy w ciagu godziny.
      Zamiast otworzenia wlasnej firmy, wynajelam to co mialam, schowalam dyplom i
      papiery na studia doktoranckie, zorganizowalam kilka imprez na pozegnanie i
      wyjechalismy.
      Czuje sie dobrze w tej sytuacji, jestem szczesliwa.
      Mamy pierwsze dziecko, kolejne w najblizszych planach, jestesmy na drodze,
      ktora wybralismy razem. Drodze malo trendowej.
      Wam rozniez zycze powodzenia.

      • malwes Re: Wypada się przedstawić.... :) Najdłuższy post 25.11.05, 20:26
        No tak...dużo tutaj znajomych mi myśli i wątpliwości.
        Powiem tylko, że u mnie nic się nie wyjaśniło - co mnie cieszy bo mi się nie
        spieszy :))))))))
        Firma jednak rozpatruje różne opcje i w końcu nie moje "polskie" HR rozmawiają
        z "UK-owymi" tylko główne, grupowe z "UK" i z "Polską" ;) Warunków nie znam, bo
        jakby to była "normalna rekrutacja" to mają takie a nie inne - jak grupowa - to
        grupa ustala warunki - tak więc czekamy bo nie wiadomo na jakiej opcji stanie.
        Pewnie najpierw będzie rozpatrzona ta grupowa a jak nie to zawsze mogę się
        zwolnić i korzystać "bezpośrednio" z ich oferty.

        A co do odczuć dalej jestem na rozdrożu - gdybym była sama to bym pojechała ale
        tak naprawdę wiele zależy o tym co zaproponują mężowi (pewnie nic) i co my sami
        w tym temacie zdziałamy (to się zobaczy)....
        Oj - nie takie to proste ale takie jest życie - w końcu takie dylematy
        to "czysta przyjemność" ;)
Pełna wersja