ralphos
05.04.06, 20:16
Jestem właśnie na etapie szukania lepszej pracy (jako programista). Znalazłem
ciekawe ogłoszenie, wypełniłem ankietę, następnego dnia (czyli wczoraj)
odebrałem telefon, pogawędka na temat mojej obecnej pracy i planów, facetowi
się spodobałem, roztoczył wizję wspaniałem pracy, szkoleń, certyfikatów itd. i
na koniec poprosił mnie o przysłanie pełnego CV. Ponieważ wyszedłem z biura
żeby z nim rozmawiać, nie miałem jak zanotować jego adresu, więc podałem swój
żeby mi coś przysłał. Do dziś rano nic nie przyszło, więc zadzwoniłem,
powiedział mi że podany przeze mnie adres nie istnieje (adres prosty jak drut:
ralph@costam.pl, gdzie costam jest słowem angielskim, w dodatku na wszelki
wypadek przeliterowałem, żeby nie napisał ralf zamiast ralph co się często
tutaj zdarza). Facet litera po literze podyktował mi więc swój adres:
nclnway@costam.com. Dla pewności przeliterowałem mu z powrotem, potwierdził
że dobrze. Wysłałem - nie ma takiego adresu. Dzwonię więc jeszcze raz, a on
oburzony krzyczy, że nie widzi sensu w ogóle rozmowy ze mną, z powodu
"language barrier" nie możemy się dogadać i do czego to podobne żebym nie mógł
zapisać adresu nconway@costam.com, rzucił słuchawką.
Takiej bezczelności się nie spodziewałem...
Słuch mam jeszcze sprawny i potrafię odróżnić "O" od "L", wymówić "L też chyba
potrafię w miarę wyraźnie, facet w dodatku potwierdził co mu przeczytałem,
więc niech mi nie wciska głupot. Jeżeli po 5-minutowej pierwszej rozmowie mu
się nie spodobałem, to po co mnie prosił o przesłanie CV i robił cyrk z
dyktowaniem adresu?
Czy wam też zdażały się takie "kwiatki"?