jeszcze raz o angielskim jedzeniu....

18.04.06, 11:18
w zwiazku z wiosna i odchudzaniem raz jeszcze -

angielskie jedzenie wyraznie mi nie sluzy. moja dieta, wegetarianska
calkowicie, duzo warzywna, praktycznie bezchipsowa i bezfrytkowa, bezchlebowa
(nie moge, bo jestem uczulona), bezmakaronowa i generalnie zdrowa (jak by sie
moglo wydawac) i moj tryb zycia (dinner o 5 a nie o 7 pm) nie uchronily mnie
przed tyciem. w moja sukienke slubna z sierpnia z pewnoscia bym dzis nie
weszla....

zaczelam sie zastanawiac i analizowac i oto moje pytanie: czy myslicie/
uwazacie/ wiecie, ze organiczne warzywa, owoce, sery itp. sa bardziej
zblizone do tych naszych, polskich, smacznych i zdrowszych? czy jest jakas
szansa na to by przestac czuc sie jak balon? bylam teraz przez tydzien w
polsce i mimo opychania sie ciastami (czego tutaj nie robie, bo przeciez sa
do niczego w smaku nie podobne) czulam sie o wiele lepiej, nie mowiac o smaku
pomidora na przyklad.... organiczne, czy ze stoisk warzywnych (nie w
supermarkecie, takie od farmerow)????? ktore lepsze?????

dieta dieta (nataliowa dieta) - bede jesc wedlug niej jakis czas, ale nie
cale zycie. wiec co potem?????????????????????
    • natalia.brzeska Re: jeszcze raz o angielskim jedzeniu.... 18.04.06, 11:47
      minisufka napisała:

      > dieta dieta (nataliowa dieta) - bede jesc wedlug niej jakis czas, ale nie
      > cale zycie. wiec co potem?????????????????????


      Hmmm. ale z tego, co czytam, to Ty już jesteś na tej diecie (nie nataliowej
      tylko dr dąbrowskiej :-) Twoje odżywianie (tylko warzywa, sero pieczywa czy
      makaronów) jest wg tejże diety. Tak więc moze powinnaś przejść na coś innego?
      jakis south beach, czy coś...

      Co do tycia na wyspach, ja doszłam do wniosku, ze po pierwsze - częste loty (no
      u mnie raz na tygodnie w dwie strony) powoduja zatrzymanie wody w organiźmie.
      Potem tydzień dochodzę do normy. Po drugie - w moim przypadku -zero ruchu jak
      tam jestem (chociaż teraz sobie obiecałam, ze od razu zapisuję się na aerobic i
      dwie rakiety tenisowe mam już spakowane do zabrania :-) Po trzecie, w Polsce
      jak jem sałatę z pomidorkiem ogórkiem cebulą itp to skrapiam octem z sokiem z
      cytryny i jest git. W UK od razu leci French dressing czy thousald island...
      W Polsce w ogóle nie podjadam (bo nie mam co :-) W UK przy okazji gotowania
      obiadu dla okochanego co chwilę coś się chapnie :-)
      No ale teraz aby tego nie zaprzepaścić obiecuję sobie, że będę się pilnować.
      Może za miesiąc zapodam zdjęcia before/after hihihi...
      • natalia.brzeska sorki za literówki 18.04.06, 11:48

    • formaprzetrwalnikowa Re: jeszcze raz o angielskim jedzeniu.... 18.04.06, 11:59
      minisufko, ja to w ogole mysle, ze oni jakiegos 'tyjacego' czynnika dodaja do
      wody albo powietrza. jem tyle samo owocow iw arzyw, ile w polsce. nie jem
      zadnych swinstw typu fryki, chipsy (crisps), nie pije fizzy drinkow, slodycze
      ograniczam jak moge. wegetarianka nie jestem, ale mieso, glownie drob zwsze
      jadlam w malych ilosciach. chleb- 1/3 bagietki dziennie wylacznie na tzw lunch.
      ruch?? jak zwykle-duzo, bo ja wszedzie gdzie moge dojsc-chodze pieszo, duzo
      jezdzilam tez rowerem. ale okazalo sie, ze utylam i to nie byle, bo 5 kg.
      zaczelam sie odchudzac. diety to ja zbyt dlugo nie utrzymam, ale troche
      sie 'przygladzalam'; jak zwykle postawilam na ruch: aerobik 2x/tydzien, aqua
      aerobik 2/tydz, bieganie 2-4x/tydz, plywanie co najmniej 2 godz/tydzien.
      efekt: zaden.
      ZADEN.
      A teraz wrocilam po 4 dniach z barcelony, gdzie jadlam lody, ciastka, paelle i
      pizze, popijajac winem. efekt- zaden.
      no wiec?
      ;)

      pozdrowienia od wspoltowarzyszki niewoli
      :)
      • minisufka Re: jeszcze raz o angielskim jedzeniu.... 18.04.06, 12:10
        straszne to wszystko, naprawde....

        moja mama, ktora przez cale zycie jak tylko nabiore ciala wypomina mi to bez
        konca, dopoki nie zrzuce, zalamala nade mna rece.

        ja tez przytylam jakies 5kg. niby nie tak duzo w ciagu 9 miesiecy, ale moje
        ukochane dzinsy leza w kacie od dluzszego czasu, nie mowiac o obcislych
        bluzkach... no i teraz chyba czas najwyzszy, zeby sie za siebie wziac, bo przy
        10kg nadwagi bylabym juz w takiej depresji, ze nic by mi sie nie chcialo.

        mysle sobie, zeby sie dokladniej przygladac naklejkom na towarach zywnosciowych
        i porownac te organiczne z normalnymi. jakies cholerstwo musi byc w tym co jem,
        nie ma innego wytlumaczenia.

        wiec sprobuje sie przeglodzic kilka tygodni na warzywkach i owocach wylacznie.
        a potem chcialabym choc troche moich ukochanych wegetarianskich QUORN chicken
        style wprowadzic, albo innych pysznosci ( w granicach rozsadku oczywiscie i bez
        dodatkow typu sosiki!!!)

        eehhh..... trzymajcie kciuki....
        • tuti Re: jeszcze raz o angielskim jedzeniu.... 18.04.06, 13:54

          ok. ja nie tyje (choc chcialabym) (ale pewnie musialabym po prostu wiecej jesc
          i podjadac), ale mam pytanie (moze z absolutnie oczywista odpowiedzia)
          czy tutejszy bialy puchowy chleb, warburtons dajmy na to (tak to sie pisze?)
          jest niezdrowym zapychaczem? Zbednym produktem bez zadnych wartosci?

          ale chleba nie da sie zastapic (nie chodzi mi o jego tresc, tylko forme-jako
          baze kanapek, podklad pod marmite etc;), da sie?
      • kosmitkazmarsa Re: jeszcze raz o angielskim jedzeniu.... 18.04.06, 12:11
        Czytajac te posty widze, ze mi sie poszczęściło z angielskim jedzeniem. Jem
        wszystko, łącznie z frytkami, pieczywem, pizzami itp., mniej sie
        ruszam,wszedzie samochodem (w Polsce pieszo) i schudłam tu 5 kg. Samą mnie to
        zastanawia bo zawsze miałam tendencje do tycia. Moja opcja jest taka, że tu jem
        zdecydownie miej słodyczy ale pochłaniam za to kilogramy owoców.Innego
        wytłumacznia nie widze. I nie jest to stres spowodowany nowym środowiskiem bo
        mieszkam tu już 2 lata.Pozdrawiam i zazdroszcze silnej woli wszyskich kobietek
        na diecie i zycze jak najwięcej zgubionych kilogramów.
      • eballieu Re: jeszcze raz o angielskim jedzeniu.... 18.04.06, 12:21
        Nie mysl o tym, ze jedzac bedziesz tyc. To chyba jakas obsesja dziwna.
        Jedzenie ma byc przyjemnoscia, czescia pieknego zycia.
        Chyba wlasnie to udzielilo ci sie w Barcelonie;-)
        Sekret kryje sie w czerwonym wytrawnym winie;-) Moge polecic kilka doskonalych
        butelek, odkrywam coraz lepsze wina zakupaowane tu w Anglii, z sredniej polki
        cenowej.
        I w jedzeniu w pieknych zakamarkach, w doskonalym otoczeniu, miejscu, w ktorym
        jesz. Atmosfera towarzyszaca czasowi kiedy jesz, to o czym rozmawiasz, jaki
        masz nastroj.
        Pozdrawiam was.

        Zawsze robie swieze jedzenie. Kiedys na studiach gotowalam zupy z mrozonek z
        Hortexu, ale kiedy dzis sprobowalam uzyc mrozonych warzyw do dania - nie.
        Zjadliwe to bylo, ale traca duzo smaku takie warzywa. W domu stoi koszyk ze
        swiezymi warzywami, nie tylko latem. W zime rowniez mamy bardzo duzo dostepnych
        swiezych, sezonowych warzyw.
        Ot wczorajsza kolacja - makaron tagiatelle ( z pszenicy durum, tu hcyba innego
        nei sprzedaja, wiec nei jest to ogromny wydatek jak w Polsce, gdzie pszenica
        durum to eksluzywny skladnik w najdrozszych makaronach), kilka lyzek pesto z
        czarnych oliwek, troche sera stilton blue i troche kaparow, baklazany
        grilowane.
        Doskonala uczta dla podniebienia.
        Dziewczyny z Londynu - na Soho w "chinskich" sklepach maja tanie mini
        baklazany. Delikates. Sa tansze niz na Borought Market. Wiem, ze to nie sezon
        na baklazany, ale ja sie nie moge oprzec.
        Zycze wszystkim udanych pobytow przy stole;-)




        • formaprzetrwalnikowa Re: jeszcze raz o angielskim jedzeniu.... 18.04.06, 14:20
          wina... sekret. ech.
          a ja myslalam, ze to od wina tak przytylam
          ;)
          dawaj te winska ze sredniej polki :)
          • minisufka wino.... 18.04.06, 14:58
            formaprzetrwalnikowa napisała:

            > wina... sekret. ech.
            > a ja myslalam, ze to od wina tak przytylam ;)

            kurcze, ja tez stwierdzilam, ze wino sie do tego na pewno przyczynilo, bo pije
            sobie prawie codziennie kieliszek czerwonego. z druegiej strony niby pomaga na
            trawienie, wiec juz nie wiem co myslec. ale chyba nie zrezygnuje z wina, no nie
            umiem i juz. przynajmniej 2 razy w tygodniu :))

            kiedys trafilam na promocje w sainsbury's - winko nazywalo sie INTI (typ:
            Cabernet schiraz). promocja sie skonczyla, winko zniknelo z polek zupelnie, a
            ja zaczelam poszukiwac podobnych z afryki poludniowej, ale niestety malo ktore
            jest takie pyszne. a Jacob's Creek w ogole odpada w przedbiegach - sam kwas :(
            • formaprzetrwalnikowa Re: wino.... 18.04.06, 15:01
              poludniowoafrykanski shiraz jest wysmienity.
              zrazilam sie do win kalifornijskich i amerykanskich w ogole - typowa produkcja
              pod tzw uniwersalny gust.
              wytrawne biale wino- kieliszek ma ok 70 kcal, czerwone podobnie. ja pijam 1-2
              razy w tyg 2-3 kieliszki, droga do i z pracy (szybki marsz) zajmuje mi 45-60
              min, czyli spalam ok 150-200 kcal
              • minisufka Re: wino.... 18.04.06, 15:04
                formaprzetrwalnikowa napisała:

                droga do i z pracy (szybki marsz) zajmuje mi 45-60
                > min, czyli spalam ok 150-200 kcal

                na[prawde tylko tyle sie spala???????????? zalamalam sie prawie ;) zawsze
                myslalam, ze marsz wymaga wiecej energii......
                • formaprzetrwalnikowa Re: wino.... 18.04.06, 15:06
                  tez myslalam,z e wiecej...
                  www.dieta.pl tu masz fajny przelicznik
                  :)
                  • minisufka dieta.pl 18.04.06, 15:09
                    swietny link, formo, dzieki :))
              • minisufka marsz i kalorie 18.04.06, 15:18
                forma,

                na dicie.pl pisza, ze marszobieg w ciagu godziny spala 500 kalorii, wiec chyba
                wiecej spalasz idac szybkim marszem do pracy niz 200.... no powiedz mi, ze
                chociaz 350! ;)
                • formaprzetrwalnikowa Re: marsz i kalorie 18.04.06, 16:49
                  marszobieg, aha... a widzialas pana korzeniowskiego? ;)
                  mam tez krokomierz liczacy kalorie- uzylam ze dwa razy. pierwszy, zeby
                  sprawdzic jak duzo spalam chodzac wszedzie pieszo. a drugi, zeby sprawdzic, czy
                  naprawde tak malo.
                  przykro mi, ale nie mam dobrych wiesci
                  ;)

                  ps. moglabym byc anorektyczka, gdyby nie to, ze mam nadwage - znam na pamiec
                  wartosci kaloryczne roznych produktow i ile kalorii spala sie robiac to czy wow
                  ;)
        • tuti Re: jeszcze raz o angielskim jedzeniu.... 18.04.06, 14:23
          moje ulubione, autentycznie pyszne wino z nizszej polki cenowej, (przyznam ze
          widzialam je polecane w paru tygodnikach juz tez) ...oj
          z zolta labelka ;)
          zapomnialam :)
          • formaprzetrwalnikowa Re: jeszcze raz o angielskim jedzeniu.... 18.04.06, 14:38
            oj. za duzo wina z zolta labelka?
            ;)
            • eballieu Wina dostepne w Anglii 18.04.06, 16:27
              Dla tych, ktorzy chcieliby sprobowac, cos z RPA:
              Leopard's Leap 2004 Pinotage Shiraz
              www.tesco.com/winestore/controller.aspx?
              Bc=0&sid=10A854FF2A0C&Btt=Leopard's+Leap&R=5974815&Btk=Descriptors

              Kolejne wino, ktore moge polecic, jest kalifornijskie.
              Cabarnet Sauvignion Central Coast, Jekel Vineyards
              www.jekel.com/pdf/Jekel_Cabernet.pdf
              Promocja w Sainsbury:-)

              Podam jeszcze jedno wino, portugalskie.
              www.winedrop.co.uk/ShowDetails.asp?id=324

              Bardzo dobre wino w tej kategorii cenowej. Uwaga, ze wzgledu na slabej jakosci
              korek (sic!), zdarza sie butelka, do ktorej dociera powietrze i wtedy mozna ja
              tylko wylac do zlewu:-(

              I jeszcze jedno odkrycie i lubiane przeze mnie wino z RPA:
              Rustenberg, Stellenbosch
              secure.weaverswines.com/product_details.asp?prodcode=SAJOH51&itemnum=7

              Mam tego ciut wiecej, znaczy sie tego co lubie, bo prowadze dzienniczek dal
              wlasnych potrzeb.
              Dopieru tu w Anglii zaczelam probowac wiele win z RPA, Chile, Kaliforni.
              Win kontynentalnych, poza czyms wloskim prawie wogole tu nie kupujemy.
              Trudno dzis jest mi znalezc dobre francuskie "codzienne" wino, ktore kosztuje
              maksymalnie 10 euro. Rozdrobnieni producenci niestety nie maja pieniedzy na
              inwestycje, uzywaja kiepskiej jakosci korka, trudno jest im wyprodukowac cos co
              ja lubie, za rozsadna cene.

              To sa moje smaki z ostatnich dwoch miesiecy. Ja lubie te wina, nie znaczy ze
              komus one tez beda smakowac. I smakuja mi jeszcze teraz.
              Idzie lato, wiec i gust sie zmienia. Zaczynam coraz wiecej raczyc sie
              bambelkami.
              Moze byc nawet portugalskie vinho verde, byle nie Mateus


              • vereena Re: Wina dostepne w Anglii 18.04.06, 21:08
                Mmmmm...
                Ja popijam własnie południowoafrykańskie :)
                A ostatnio na wakacjach przytyłam 3 kg, czyli wróciło mi wszystko, co z trudem
                straciłam przed, żeby wbić się w kostium kąpielowy. No ale tam (na Cyprze) nie
                piłam wina, tylko od rana margeritę. Very very naughty, ale od czego są
                wakacje? :)
                Pozdrowienia
                Magda
              • princessjobaggy Re: Wina dostepne w Anglii 19.04.06, 00:21
                Przyznam, ze, podobnie jak Forma, nie przepadam za winami kalifornijskimi.
                Oprocz tego nie podchodza mi rowniez wina australijskie, smak ktorych
                specjalnie sprawdzalam przez pewnien czas, bo az mi sie wierzyc nie chcialo, ze
                zadne nie bedzie mi odpowiadac. I niestety nie trafilam na zadne, ktore by mi
                smakowalo.

                Za to uwielbiam wina chilijskie, a z tzw. kontynentalnych- renskie.
              • aniaheasley Re: Wina dostepne w Anglii 20.04.06, 10:19
                A my wlasnie Mateus pijamy do bolu - Mateusz zbiera butelki :-)
              • jaleo Re: Wina dostepne w Anglii 20.04.06, 19:13
                Ja nie jestem zadna znawczynia win, ale z "odkryc" w ostatnich latach:

                Ogolnie nie lubie czerwonych win, ale moja przyjaciolka Hiszpanka mnie
                przekonala do wina Valdepenas, zadne tam wykwintne, ale jedyne czerwone, ktore
                trawie, i nie powoduje u mnie migreny. Najlepsze Valdepenas dostepne w
                brytyjskich sklepach, to wedlug mnie, Vina Albali Reserva - do dostania z
                roznych rocznikow, ja nie jestem smakoszem win na tyle, zeby odroznic jeden od
                drugiego, wszystkie sa OK ;-) Jesli nie mozecie sie przekonac do czerwonego
                wina, to radze sprobowac to (at your peril lub raczej bajo tu responsibilidad
                hehe).

                I nie smiejcie sie ze mnie, ale ja bardzo lubie australijski Hardy's Semillon
                Chardonnay (ten ze znaczkiem pocztowym). No ostrzegalam, ze zaden ze mnie wine
                buff ;-)

                A tak w ogole to lubie wina niemieckie, dobrym Rieslingiem nigdy nie pogardze.
                • eballieu Re: Wina dostepne w Anglii 21.04.06, 03:06
                  Co to "dobre wino"?
                  Dobre wino, to takie jakie lubisz. Jakie lubisz dzis.
                  Tyle w tym temacie.
                  Nigdy przenigdy nie chcialam kogos urazic piszac, ze Mateus mi nie smakuje. Po
                  prostu dzieki miesiecznemu pobycie w Portugalii mialam okazje odkryc cos
                  lepszego, a nie koniecznie drozszego.
                  Nie lubie dyskusji o winie. Czy o tym co kto lubi pic.
                  W miere mozliwosci staram sie probowac trunkow, ktore ktos mi kiedys polecil.
                  Ale to tak jak z zapachami. A niektorych osobach sa dosknale, a na niektorych
                  juz nieco gorsze.
                  Na dzien dzisiejszy zupelnie nie znam sie na bialych winach.
                  Zupelnie. Zdarza sie, ze ktos mnie czestuje czyms doskonalym - w rodzinie
                  bialych win. Ale ja nie jestem w stanie docenic doskonalosci czy jakosci. Nawet
                  nie wiem , co by mi moglo smakowac.

                  Mam ambe na czerwone wytrawne.
                  • tuti Re: Wina dostepne w Anglii 21.04.06, 11:58
                    popieram ebalieu, dobre wino to takie ktore Tobie smakuje.
                    te zasade stosuje tez przy Jakie wino do Czego- czyli pije to co lubie, nie do
                    konca pewnie stosujac zasady ze czerwone to do czegos, a biale to costam..

                    sprawdzilam( przy okazji kupowania;) jak sie nazywa to moje ulubione ostatnio (
                    glownie ze wzgledu na cene-6funtow) Wolf Blass..cab sav. choc musialabym
                    sprobowac merlot ( chyba) i shiraz tez ..
                    Wino nauczylam sie pic w australii, czerwone..najulubienszymi byly dla mnie
                    delikatne Pinot Noir. cab sav tez OK, natomiast Shiraz zwyklo byc dla mnie za
                    mocne..
                    Na bialych tez sie nie znam (jedyne biale jakie pilam byly raczej slodkie, raz
                    pilam kiedys slodkie wino biale, z roku w ktorym sie urodzilam:))

                    podsumowujac,poniewaz wydatkow trzeba pilnowac, wolf blass jest przyzwoitym
                    winem na te cene..jak dla mnie:)
            • robak.rawback Re: jeszcze raz o angielskim jedzeniu.... 19.04.06, 00:58
              powiem wam ze czytajac co piszecie trocche mnie zalamka ogarnia - bo ja sie
              zamierzam wlasnie najbardziej w anglii odchudzac - planuje miec malo do
              jedzenia a jezeli juz to jakies dietetyczne rzeczy, zeby mnie nie kusilo, wiec
              mnie nie zalamujcie ahgr
              • formaprzetrwalnikowa Re: jeszcze raz o angielskim jedzeniu.... 19.04.06, 07:56
                robaczku: to ja już nic nie powiem. 'Wiara czyni cuda'
                :)

                forma_czwarty_miesiąc_na_diecie
                • cobaea Re: jeszcze raz o angielskim jedzeniu.... 19.04.06, 10:22
                  No to ja was wszystkie pociesze. Ostatnio zmienialam przychodnie i mila pani
                  pielegniarka podczas badan wstepnych kazala mi stanac na wage. Zalamka.
                  Przytylam 12kg w ciagu roku. Od lat utrzymywalam stala wage w okolicach
                  48.Przed wyjazdem wazylam 46, wiec stad te 12kg. Wzrost 158, wiec moze na
                  bardzo otyla osobe nei wygladam, ale czuje sie gruuba do bolu.
                  I nie wiem, co sie dzieje:( W Polsce jadlam wszystko (frytki, chipsy,
                  hamburgery i napoje gazowane to zawsze bylo 'be' odkad pamietam, po prostu
                  nigdy nie jadalam takich swinstw i juz), o kazdej porze dnia, jak mialam ochote
                  na cos goracego o 23, to po prostu cos gotowalam, czekolada i lody na porzadku
                  dziennym, mnostwo chleba tzn kanapek, pizza, makarony, nigdy nie ograniczalam
                  jedzenia...
                  A tutaj? najpozniej jem o 20 (bo pozno wracam z pracy), zero chleba, no chyba
                  ze uda mi sie polski dostac (angielski chleb nie jest zaciekawy pod wgledem
                  smaku i zawartowsci), jem duzo warzyw i owocow, piwa nie pijam, czasem
                  szklaneczka wina. Zadnych take awayow, ready to eat meals, wszystko gotowane od
                  podstaw, slodyczy prawie wcale. Ruszam sie wiecej niz w PL.
                  I juz sama nie wiem:(
                  Tyje z powietrza?
                  • formaprzetrwalnikowa Re: jeszcze raz o angielskim jedzeniu.... 19.04.06, 10:54
                    cobaea, jestes koronnym dowodem na moja teorie -dodaja 'tyjaczy' do wody.
                    po to, zeby nakrecac konsumpcjonizm (nowe ubrania, coraz wieksze, nowe zabawki
                    do chudniecia, a potem wheelchairy dla tych co z otylosci sami sie ruszac nie
                    moga)
                    i chcialabym zrobic ;-)
                    ale mnie to wcale nie smeiszy.
                    cobaeé i inne panie pewnie tez nie.
                    z glebokim smutkiem pojadajaca marchewke
                    forma w kiepskiej formie
                    • ralphos Re: jeszcze raz o angielskim jedzeniu.... 19.04.06, 22:01
                      Całkowicie popieram teorię, że woda i powietrze w UK mają dodatki tuczące. To
                      co się ze mną stało po przyjeździe to po prostu tragedia...
                      • eballieu Re: jeszcze raz o angielskim jedzeniu.... 19.04.06, 22:07
                        Jedno z rozwiazan dla nas;-)

                        www.timesonline.co.uk/article/0,,2087-2104090.html
                        • minisufka Re: jeszcze raz o angielskim jedzeniu.... 19.04.06, 22:22
                          ech, ela - coz za niesmaczny zart ;))
                          • formaprzetrwalnikowa Re: jeszcze raz o angielskim jedzeniu.... 19.04.06, 22:56
                            wcale nie taki niesmaczny... kiedys sprobowałam, przez pomyłkę
                            ;)
                            • jaleo Heathrow Fat Injection 19.04.06, 23:47
                              To zjawisko bylo niedawno opisywane w prasie (nie pamietam, w ktorej), nawet ma
                              swoja nazwe hehe :-) Robiono wywiady z kilkoma kobietami z roznych krajow, i
                              wszystkie jak jeden maz po przyjezdzie do UK przytyly, nawet jedzac (lub
                              starajac sie jesc) dokladnie to samo, co u siebie w kraju.

                              Mnie trudno oceniac po sobie, bo wlasciwie od nastolectwa niewiele mieszkalam
                              poza UK i Irlandia - byc moze, gdybym mieszkala w Polsce, to bym wazyla duzo
                              mniej. Chociaz specjalnie nie narzekam na moja obecna wage, biorac pod uwage,
                              ze zrezygnowalam z intensywnego tanca, urodzilam dwoje dzieci i jestem wrong
                              side of 30 ;-)
    • jagienkaa Re: jeszcze raz o angielskim jedzeniu.... 20.04.06, 09:51
      ja właśnie wróciłam z Polski, oczywiście obżarta;) ale uwielbiam polskie
      jedzenie...
      dziwię się że mimo chodzenia na siłownię 3x w tyg po 1,5h, nie jedzeniu po 19,
      ogólnie dobrze się odżywiam, piję wodę, a nie widać rezultatu:( jestem trochę
      tym załamana.
      Mam 7 tygodni do wyjazdu do Włoch, mamy z mężem zamiar schudnąć i...nie wiem od
      czego zacząć. Bo nie widzę siebie ani męża jedzącego warzywa 5 razy dziennie,
      tymbardziej że przecież muszę też coś gotować Dominikowi...chcę się zaopatrzyć
      w jakąś mądrą książkę - patrzyłam na The South Beach Diet, GI Diet albo...'you
      are what you eat'. Czy ktoś mi może coś polecić?
    • eballieu Re: jeszcze raz o angielskim jedzeniu.... 20.04.06, 10:11
      Polubic siebie Jagienko:-)
      Taka pieknie usmiechnieta z ciebie dziewczyna na zdjeciach.
      Rob w wolnym czasie to co lubisz.
      Nad zycie kochaj zyc.
      Powodzenia.
      • jagienkaa Re: jeszcze raz o angielskim jedzeniu.... 20.04.06, 10:20
        oj Elu nie mów tak bo właśnie załapałam emigracyjnego megadoła i m.inn.
        uzmysłowiłam sobie że to co lubię to spotykać się z przyjaciółmi, rodziną,
        wyskoczyć na rynek o 23 jak mi się podoba...a tutaj nic z tego.
        Dlatego chcę się skupić na czymś innym żeby mnie te smuty tak nie
        dołowały...poza tym nie czuję się dobrze w swoim ciele i nigdy nie czułam. Może
        zrzucenie 5kg polepszy mi samopoczucie.
        • aniaheasley Re: jeszcze raz o angielskim jedzeniu.... 20.04.06, 10:35
          Jagienka, a moze sprobuj jednak te warzywa, chociaz przez 10 dni, sama, bez
          meza, w pierwszym okresie podobno bardzo szybko odczuwa sie lekkosc i zmiany w
          ciasnosci ubran.
          Ja wyslalam na te diete mojego meza, ktory wazy naprawde duzo za duzo, i juz po
          kilku dniach (chociaz wiem ze oszukuje troche kiedy jest w pracy) poczul ze ma
          wiecej energii, i sam niezmuszany wskakuje co rano na nasz zakurzony zapomniany
          cross trainer :-)
          • jagienkaa Re: jeszcze raz o angielskim jedzeniu.... 20.04.06, 10:38
            Aniu a skąd bierzesz te warzywa? bo to mnie tutaj najbardziej przeraża, bo
            jedyne co mi tu przychodzi do głowy to mieszanki stir fry czy coś?
            • aniaheasley Re: jeszcze raz o angielskim jedzeniu.... 20.04.06, 10:44
              Ja mu robie lunche do pracy ktore jada albo na goraco albo na zimno. Na
              przyklad dzisiaj zabral wybuchowa mieszanke nastepujacej tresci: kapusta taka
              ciemnozielona karbowana, szpinak, puszka pomidorow, kilka kawalkow brokula,
              wszystko to duszone-smazone na slynnej nataliowej jednej lyzeczce olive oil, z
              dodatkiem czosnku, papryki i przyprawy 'Spicy Italian'. W osobnym pojemniczku
              juz zdecydowanie na zimno zabral salatke z pomidora, kiszonego ogorka i
              poszatkowanej cebuli. Troche roboty z tym jest fakt, no ale w koncu ja
              przeciez 'nic nie robie' wiec kupuje i gotuje te warzywka rozne.
              • jagienkaa Re: jeszcze raz o angielskim jedzeniu.... 20.04.06, 10:50
                rozumiem że 'ja nic nie robię' to słowa Twojego męża;)
                już widzę siebie jak smażę warzywa o 7 rano zanim mąż do pracy wyjdzie hehe. A
                pomidorów mój mąż nie jada;)ani kiszonych ogórków itp
                no ale ja tak marudzę jak zwykle ale mąż i tak chce sałatki jadać na lunch
                zamiast kanapki z O'Brien's więc muszę coś wymyślić i tak i tak.
                W każdym razie dzięki za propozycje.
              • natalia.brzeska Re: jeszcze raz o angielskim jedzeniu.... 20.04.06, 11:10
                aniaheasley napisała:

                > Ja mu robie lunche do pracy ktore jada albo na goraco albo na zimno. Na
                > przyklad dzisiaj zabral wybuchowa mieszanke nastepujacej tresci: kapusta taka
                > ciemnozielona karbowana, szpinak, puszka pomidorow, kilka kawalkow brokula,
                > wszystko to duszone-smazone na slynnej nataliowej jednej lyzeczce olive oil,
                z
                > dodatkiem czosnku, papryki i przyprawy 'Spicy Italian'. W osobnym pojemniczku
                > juz zdecydowanie na zimno zabral salatke z pomidora, kiszonego ogorka i
                > poszatkowanej cebuli. Troche roboty z tym jest fakt, no ale w koncu ja
                > przeciez 'nic nie robie' wiec kupuje i gotuje te warzywka rozne.


                Przepis brzmi wspaniale. Wiem, co jutro będzie na obiad :-) Może wrzuć do wątku
                z przepisami?
                • aniaheasley Re: jeszcze raz o angielskim jedzeniu.... 20.04.06, 11:20
                  Takich 'przepisow' to ja moge tworzyc na peczki, ale to nie sa zadne przepisy,
                  tylko kompletna amatorska improwizacja, wrzucanie do garnka wszystkiego co
                  wyglada ze zaraz moze sie zepsuc, i wrzucenie tylu ostrawych przypraw, zeby maz
                  nie marudzil, ze tekture z trawa wymieszalam :-)
                  • robak.rawback a co z liczeniem kalorii - i jedzeniem co sie chce 20.04.06, 14:24
                    ja opatentowalam na sobie bez zmiany tego co jem, naotmiast zachowujac umiar
                    kaloryczny. czyli maxymalnie 1500 kalorii na dzien i jem co chce. w ten sposob
                    nie trzeba sie katowac warzywami z woda.

                    zje sie buleczke z serkiem lub jakis jogurcik lub deserek slodki i sie chudnie.
                    nawet bez cwiczen. no przynajmniej ja nie cwicze bo mi sie nie chce przy diecie
                    1400 kalorii na dzien.

                    jak jem 1500 to wtedy poskacze przy muzyce okolo godziny na dzien, jak mi sie
                    chce. no i sie chudnie okolo kilograma na tydzien.
                    tylko problem w tym ze jednak bywam glodna. no i trzeba pierwsze dni
                    przetrzymac jak sie zolodek kurczy.

                    unikam wtedy pichcenia roznych dziwnych potraw. ja wogole nie gotuje zreszta.
                    bo mi sie nie chce.
                    no tak caly problem to wytrzymac jak sie chce jesc. przy takiej czy innej
                    diecie.
                    • agcyb Re: a co z liczeniem kalorii - i jedzeniem co sie 20.04.06, 15:03
                      A ja powiem wam szczerze, ze po przyjezdzie do UK odetchnelam z ulga, ze
                      wreszcie nie jestem pod presja spoleczna maniakalnego odchudzania sie.
                      Wiekszosc Polek ma jakas obsesje na punkcie szczuplosci. Standardy szczuplosci
                      polskich kobiet sa bardzo wysrubowane i dla osob z moja budowa w ogole
                      nieosiaglne. Tutaj jest pod tym wzgledem luz, mozna byc rozmiarem 10 w porywach
                      do 12 i czuc sie z tym normalnie a nawet szczuplo:) W Polsce bym pewnie sie
                      paranoizowala i chciala osiagnac nieosiagalny dla mnie rozmiar 8-10. A tu sie
                      wyluzowalam i z tego powodu (i jeszcze kilku innych) uwielbiam Anglie! I o
                      dziwo po przyjezdzie tu schudlam sporo, ale bylam wowczas na diecie rybno-
                      wegetarianskiej i regularnie uprawialam joge. Teraz po urodzeniu coreczki
                      troche sobie folguje: jem absolutnie wszystko w ilosciach dosc zastraszajacych
                      czasem i nie cwicze. Czekam z niepokojem az sie to odbije na moim wygladzie,
                      ale jak na razie jakos dramatycznie nie przytylam. Moze jak odstawie corcie od
                      cyca to poczuje jak mi cialka przybywa. Oj, ciezko bedzie przestac jesc te
                      wszystkie pysznosci;)

                      A, i zapomnijcie o dietach. Diety sa do niczego. Po prostu zmiencie sposob
                      zywienia na stale i jak od czasu do czasu sobie pofolgujecie to nic sie nie
                      stanie. I tak w 80% bedziecie jesc zdrowo i niskokalorycznie.

                      Eballieu tez ma racje. Chyba trzeba byc szczesliwym zeby moc schudnac. Stres
                      nie wplywa dobrze na przemiane materii. Jakos zawsze jak bylam zestresowana to
                      tylam. Ale to tylko moje osobiste przemyslenia.

                      Pozdrawiam:)
                      • eballieu bogate zycie towarzyskie 20.04.06, 16:47
                        Maz zadzwonil godzine temu z pracy, czy da rade rozmnozyc kolacje, bo wzialby 3
                        kolegow do domu. No bo co maja siedziec w hotelu sami, albo jesc w Basildonie;-)
                        Ba, pewnie ze da rade rozmnozyc kolacje. Wina nie zabraknie;-)
                        Jutro tez gosci mamy na kolacji.
                        W sobote spotykamy sie u znajomych na obiadku.
                        W niedziele goscie przychodza na podwieczorek.
                        W piatek przyszly lecimy na czterodniowy weekend kulinarny, juz sie nie mozemy
                        doczekac tych wszystkich degustacji.
                        My nawet wakacje planujemy pod kontem tego, co oferuje kuchnia miejsca do
                        ktorego jedziemy.
                        Ja nie jestem przeciwniczkom diet. Ja jestem za! Za trzymaniem sie piramidy
                        zywienia. Tak mniej wiecej;-).
                        Ruch, dobre towarzystwo do przekaszenia czegos, spelnienie w zyciu osobistym i
                        tyle.
                        Ach i jedna mala lampka winka czerwonego wytrawnego i kostka czarnej czekolady
                        dziennie.

                        Ja nawet nie chce sie pytac, bo mnie to nie interesuje. Ale gdyby ludzie
                        napisali swoje wagi i wzrost, to wyszloby na to co Agcyb napisala.
                        Jagienka, "blondyna", nie smuc sie! To grzech tak wygladac i tak narzekac;-)
                        Przemysl raz jeszcze to jak jesz i ile jesz. Moze uda sie wykluczyc jedna rzecz
                        i w ten sposob przez nastepne 4 - 6 miesiecy schudniesz tyle ile chcesz?

                        I jeszcze jedno napisze. Wiecej seksu kobitki, wiosna idzie, od razu zejdzie
                        tluszczyk tu i owdzie. MGNA, czekam na poparcie w ostatnim pomysle;-)

                        ta z donatem:-)





                        • aniaheasley Re: bogate zycie towarzyskie 20.04.06, 16:58
                          Ela, masz podobny kalendarz do nas :-)
                          Ale mysle, ze niewiele osob tutaj przekonasz, ze bogate zycie towarzyskie
                          dobrze wplywa na figure.....w Anglii te wszystkie ogromnych rozmiarow
                          dziewczyny sa jakie sa w duzej mierze dlatego ze wlasnie, hmmmm, 'bogate zycie
                          towarzyskie' prowadza w kazdy czwartek, piatek i sobote.
                      • jaleo Re: a co z liczeniem kalorii - i jedzeniem co sie 20.04.06, 19:01
                        agcyb napisała:

                        >> Eballieu tez ma racje. Chyba trzeba byc szczesliwym zeby moc schudnac. Stres
                        > nie wplywa dobrze na przemiane materii. Jakos zawsze jak bylam zestresowana
                        to
                        > tylam.

                        No ja z kolei ze stresu chudne. Rzeczywiscie sprawa indywidualna.

                        Ostatnio w prasie (w Lancecie bodajze, wiec nie wyssane z palca) publikowali
                        jakies badania, z krtorych wynikalo, ze kobiety, kiedy zaczynaja zyc w stalym
                        zwiazku, przybieraja na wadze, a mezczyzni odwrotnie. Ale oczywiscie moga byc
                        wyjatki.
                        • ralphos Re: a co z liczeniem kalorii - i jedzeniem co sie 20.04.06, 20:32
                          jaleo napisała:
                          > Ostatnio w prasie (w Lancecie bodajze, wiec nie wyssane z palca) publikowali
                          > jakies badania, z krtorych wynikalo, ze kobiety, kiedy zaczynaja zyc w stalym
                          > zwiazku, przybieraja na wadze, a mezczyzni odwrotnie. Ale oczywiscie moga byc
                          > wyjatki.

                          Hmm.... Mężczyźni w stałych związkach nie tyją? Bardzo "ciekawe" wyniki tych
                          badań, bo wszyscy moi koledzy po ślubie przytyli i to znacznie. Czyżbym miał
                          nietypowych kolegów?
                          • minisufka Re: a co z liczeniem kalorii - i jedzeniem co sie 20.04.06, 20:35
                            mnie sie tez wydaje, ze faceci tyja, zwlaszcza po slubie - jak zonka zaczyna
                            dogadzac gotowaniem :)

                            przynajmniej takie sa moje doswiadczenia jesli chodzi o moich znajomych...
                            (zreszta dziewczyny tez raczej zaczely tyc, chyba, ze chude z natury :))
                            • effata mężczyżni nie tyją 28.04.06, 00:34
                              Mój znajomy twierdzi, że to kobiety tyją, a faceci tylko ... mężnieją :)
                              > mnie sie tez wydaje, ze faceci tyja, zwlaszcza po slubie - jak zonka zaczyna
                              > dogadzac gotowaniem :)
                              >
                              --
                              Don't guess.
                          • jaleo Re: a co z liczeniem kalorii - i jedzeniem co sie 20.04.06, 21:32
                            ralphos napisał:

                            > > Hmm.... Mężczyźni w stałych związkach nie tyją? Bardzo "ciekawe" wyniki
                            tych
                            > badań, bo wszyscy moi koledzy po ślubie przytyli i to znacznie. Czyżbym miał
                            > nietypowych kolegów?

                            Jesli chodzi o Brytyjczykow, to oni w ogole tyja w kazdej sytuacji :-))) wiec
                            te badania to chyba nie na nich robione :-)

                            Moj malzonek brytyjczyk tez przytyl po zamieszkaniu ze mna, ale ja to zwalam na
                            karb zaprzestania wyscigowego kolarstwa. Ale trzyma sie jeszcze niezle, moze
                            dlatego, ze te swoje 200 mil co najmniej musi w tygodniu wyjezdzic, zeby nie
                            wiem co ;-) Ale do dawnych 65 kg juz raczej nie wroci, chyba ze sie tasiemca
                            nabawi ;-)
                            • ralphos Re: a co z liczeniem kalorii - i jedzeniem co sie 21.04.06, 00:03
                              Ja też do dawnych 65kg nie wrócę.
                              Też zarzuciłem kolarstwo i wyczynowe wspinanie (wysiadły mi kolana) i teraz
                              zjedzenie byle czego powoduje wzrost obwodu w pasie :(
                              • jagienkaa Re: a co z liczeniem kalorii - i jedzeniem co sie 21.04.06, 10:14
                                65 kg to ja tyle ważę hehe;) chciałabym schudnąć do wagi ok 58kg.
                                PS mój mąż przytył najbardziej mieszkając w...Polsce - bo po drodze z pracy
                                kupował sobie piwko i teraz ma mięsień piwny.
                                • ralphos Re: a co z liczeniem kalorii - i jedzeniem co sie 21.04.06, 20:14
                                  Waga 65kg przy wzroście 186cm ma taką zaletę, że jak tyle ważę jestem w stanie
                                  podciągnąć się na jednej ręce, zawisnąć na jednym palcu, itd., poza tym po
                                  prostu czuję się wtedy świetnie, bardzo lekko, jestem wygimnastykowany i bardzo
                                  silny.
                                  Kafary na siłowni przerzucają tony, ale w stosunku do własnej wagi są słabi jak
                                  dzieci.
                      • minisufka do agcyb 21.04.06, 15:02
                        agcyb napisała:

                        >Tutaj jest pod tym wzgledem luz, mozna byc rozmiarem 10 w porywach
                        > do 12 i czuc sie z tym normalnie a nawet szczuplo:)

                        ------------> jakbym byla rozmiar 10 to tez bym sie czula szczuplo! ale 12/14
                        to juz szczuple osoby nie nosza :/

                        > A tu sie
                        > wyluzowalam i z tego powodu (i jeszcze kilku innych) uwielbiam Anglie!

                        ---------> a to zdradliwe troche - mysle, ze wiele osob tyje tez wlasnie
                        dlatego, ze sie wyluzowuja, choc maja tendencje do tycia. i nie ma potem
                        problemu z kupieniem ubrania w rozmiarze 16 (co bardzo popieram), ale jak sie
                        utyje z 12 to 16 to to ani ladne ani zdrowe nie jest. ale jesli ktos tendencji
                        do tycia nie ma to niech sie wyluzowuje ile wlezie! :))

                        > I o
                        > dziwo po przyjezdzie tu schudlam sporo,

                        -----------> lucky you!

                        ale bylam wowczas na diecie rybno-
                        > wegetarianskiej i regularnie uprawialam joge.

                        ------------> ja jestem na tej diecie od 11 lat a mimo to w anglii i tak
                        przytylam. wiec moze to raczej zasluga yogi a nie diety? jak uprawialam yoge
                        kilka lat temu to tez chyba (o ile dobrze pamietam) schudlam, ale na yoge
                        potrzebny jest czas.... :(

                        pozdrawiam,
                        minisufka, ktora wierzy w diety :))





                        • agcyb Re: do agcyb 25.04.06, 01:00
                          Minisufko, ja akurat mam tendencje do tycia i bylam wszystkimi mozliwymi
                          rozmiarami w przedziale 10-14 (czyli raptem 3-ma, hi hi). Zylam od diety do
                          diety. Jak przytylam czulam sie cholernie zle i pod presja zeby schudnac, bo
                          moje wszystkie kolezanki byly ode mnie chudsze. Do tego w Polsce panuje
                          nieladny zwyczaj komentowania cudzego wygladu. .Jesli dziewczyna smie byc
                          rozmiarem wiekszym niz 8 mozna np uslyszec: "ach, jak ona mogla to zalozyc, tak
                          grubo w tym wyglada", itp. Tak, takie potrafimy byc mile dla siebie nawzajem;)

                          Ale w pewnym momencie powiedzialam sobie ze mam dosc diet i zmienilam sposob
                          odzywiania na stale. I po jakims roku schudlam:)Teraz znowu troche przytylam bo
                          odeszlam od swojego poprzedniego zywienia z racji ciazy i karmienia piersia.
                          Owszem, pewnie nie bylabym super szczesliwa gdybym teraz przytyla do rozmiaru
                          16 i pewnie bym sie starala zrzucic te kilogramy, ale nadwaga nie bylaby dla
                          mnie teraz powodem nizszej samooceny czy obsesji dietetycznych. Jesli Ty
                          wierzysz w diety to super. Zycze powodzenia. Ja nie wierze i chcialam sie tym z
                          Wami podzielic. Wierze jedynie w cliche, ze zeby utrzymac w miare szczupla
                          sylwetke to trzeba zmienic sposob odzywiania na stale a nie stosowac diety. Po
                          odstawieniu diety jak zaczyna sie jesc "normalnie" po jakims czasie i tak
                          zacznie sie przybierac na wadze. I trzeba zaczynac nowa diete. I tak w kolko.

                          A dodatkowo uwazam, ze od Angielek powinnysmy uczyc sie bycia rozmiarem 16 i
                          wygladaniem/ czuciem sie z tym dobrze i sexy. Zamartwiamy sie swoja sylwetka
                          (i nie chodzi mi tu o problemy z otyloscia a z nadwaga, nadwaga nie zagraza
                          zdrowiu) nie zdajac sobie sprawy do jakiego stopnia jestesmy niewolnicami
                          presji spolecznej i stereotypow. Wiem, ze mozecie powiedziec, ze nie ma sensu
                          sie temu sprzeciwiac, bo takie sa reguly swiata w ktorym zyjemy, ale czy znaczy
                          to ze mamy sie godzic ze wszystkim co jest niefajne?
                          • tuti Re: do agcyb 25.04.06, 10:45
                            a ja nie lubie tutejszych baleronow (mowie o swojej pracy, 300osob) ktore na
                            sile wciskaja sie w 'modne' ciuchy, krotkie bluzeczki , a zwalki tluszczu po
                            bokach sie przelewaja.
                            no ale to moje osobiste zdanie, o gustach trudno dyskutowac.
                            a ja wcale szczesliwsza nie jestem, bo jestem za chuda. i protestuje przeciw
                            pietnowaniu patykowatych modelek, ze wszech stron! :)
                            • agcyb Re: do agcyb 25.04.06, 13:51
                              Tuti to prawda ze co osoba to inny gust i inne poglady. Ja swoje wyrazilam i to
                              tyle. I nikogo nie pietnuje, wrecz przeciwnie. Moj post jest wlasnie przeciwko
                              pietnowaniu kogokolwiek, tych grubszych czy tych chudszych.

                              Dajmy "baleronom" wolnosc noszenia tego na co maja ochote. Jesli nam to krzywdy
                              nie wyrzadza, jaki jest powod zeby "balerony" nie nosily krotkich bluzeczek?
                              Razi Twoja estetyke? To sie nie patrz:) Moze kogos razi to, ze jestes za chuda
                              i z checia by sie na Ciebie nie patrzyl? I co, w zwiazku z tym grzecznie
                              usuniesz sie z jego pola widzenia?

                              Piszac ze jestes "za chuda" sama padlas ofiara podlegania stereotypom kreowanym
                              przez media a podsycanym przez nas samych. Dazymy do norm wtlaczanych nam do
                              glow przez otoczenie a te normy to tylko czyjs chory wymysl. I szkoda tracic
                              energie na dazenie do celow, ktore sa nieosiagalne (np zeby wygladac jak
                              modelka). Zycie jest za krotkie, lepiej zjesc sobie cos smacznego i zdrowego i
                              napic sie czerwonego winka:) Ale tak jak pisze, to tylko moje osobiste zdanie i
                              jesli komus sie nie podoba to prosze bardzo:)
                              • agoos1 Re: do agcyb 25.04.06, 14:42
                                a ja sie z Toba w pelni zgadzam - dajemy sie zwariowac panujacej modzie i
                                podporzadkowac stereotypom; i jak sie dobrze zastanowie to znam sporo kobiet
                                ktore choc stereotypom o wymiarach ciala nie podlegaja to az tryskaja
                                kobiecoscia, maja to cos co sprawia ze sa atrakcyjne i mysle ze to wynika z
                                faktu ze siebie po prostu akceptuja, lubia, sa pewne siebie
                                no a teraz znow bede kombinowac jak pozbyc sie tych kilku kilogramow bez
                                zadnych wyrzeczen:))
                                • jagienkaa Re: do agcyb 25.04.06, 14:47
                                  wiecie co, a najlepsze jest to że wy obydwie (Agnieszki zresztą) jesteście
                                  szczupłe i ja też generalnie:))) i nam to się łatwo mówi, nie?
                                  ale tak naprawdę to ja się źle czuję w moim ciele i chociaż jestem zdrowa jak
                                  byk i mieszczę się w '10' ale ta oponka na brzuchu mnie dobija.
                                  Prawda jest taka, że jak jestem tu w UK to się czuję jako tako w moim ciele,
                                  tylko jak przyjeżdżam do Slimlandu to mi się wszystkiego odechciewa:(
                                  PS ale nadal jestem przeciwniczką diet - na razie stosujemy przepisy z 'you are
                                  what you eat' i jestem zaskoczona że te potrawy mi smakują (tylko 0 rezultatów)
                              • tuti Re: do agcyb 25.04.06, 16:08
                                no wlasnie agcyb, ja nie wystawiam moich kosci bo bym od razu zostala
                                napietnowana, wzrokiem co najmniej. A grubasowi (i nie chcialabym tu zwracac
                                sie do osob z niewielka nadwaga, ani do chorobliwej otylosci) wolno ubierac sie
                                w co chce, i krzywym okiem spojrzec na te zwaly nie mozna! bo gruby jest taki
                                biedny, jak opycha sie chipsami i cola 'light'
                                • edavenpo Re: do agcyb 25.04.06, 16:19
                                  no wlasnie agcyb, ja nie wystawiam moich kosci bo bym od razu zostala
                                  napietnowana, wzrokiem co najmniej.
                                  __
                                  Gdzie, przez kogo?

                                  Bez przesady...

                                  Musze przyznac ze widze duzo jadu w Twoich wypowiedziach o otylych ludziach i
                                  nie wiem skad to sie bierze...

                                  Jesli juz to ludzie otyli sa pietnowani znacznie bardziej niz ci chudsi poniewaz
                                  obraz idealnej kobiety kreowanej przez media to 6 lub 8 a nie 16... Ja jestem
                                  raczej szczupla i drobna i otrzymuje komplementy a nie pietnujace spojrzenia. Za
                                  to jak wazylam swego czasu kilkanascie kilo wiecej to pierwsze komentarze
                                  znajomych i rodziny byly 'No,no przytylo Ci sie...'
                                  • agoos1 Re: do agcyb 25.04.06, 18:51
                                    no to jeszcze powiedz jak Ci sie udalo te kilkanascie kilo zrzucic;)
                                    pewnie wazac kilka kilo mniej moglabym bardziej sobie "pofilozofowac" o stereotypie szczuplej sylwetki hi, hi
                                  • tuti Re: do agcyb 25.04.06, 20:59
                                    edavenpo, nie ma jadu, jest tylko brak zrozumienia dla braku zrozumienia dla
                                    chudych :)
                                    widocznie niewiele jest osob za chudych, ktore z tym sie spotykaja, ale
                                    zapewniam was ze przytyki o anoreksji nie sa mile. a p0za tym, jak powyzej.
                                    no i tylko powtorze ze nie mowie o grubasach pokroju jagienki;)
                                    • edavenpo Re: do agcyb 25.04.06, 21:22

                                      Mi ze chodzi o to ze prztyki w zadna strone nie sa mile. Mowie tez o ogolnym
                                      zjawisku pietnowania ludzi z nadwaga, szczegolnie w Polsce gdzie wspomniana juz
                                      presja srodowiskowa na bycie szczuplym jest bardzo silna, silniejsza niz w
                                      stosunku do ludzi za chudych. Zapraszam na forum moda gdzie dziewyny przechodza
                                      do epitetow na temat wago bardzo szybko: na pewno jestes gruba, stara i
                                      zazdroscisz' jest czestym argumentem.

                                      Tuti, zdjecie w wizytowce wskazuja na wysoka, szczupla, smukla dziewczyne -
                                      gdzie ta chudosc? ;-)))
                                      • jagienkaa Re: do agcyb 25.04.06, 21:28
                                        uwierz mi, tuti jest chuda:) myślę że by się zmieściła w jedną nogawkę moich
                                        spodni;)
                                      • jaleo Re: do agcyb 25.04.06, 21:30
                                        edavenpo napisała:

                                        >
                                        > Zapraszam na forum moda gdzie dziewyny przechodza
                                        > do epitetow na temat wago bardzo szybko: na pewno jestes gruba, stara i
                                        > zazdroscisz' jest czestym argumentem.

                                        Hehe albo posty w stylu "mam 175 cm i 49 kg wagi, ile powinnam schudnac?"
                                        • edavenpo Re: do agcyb 25.04.06, 21:46

                                          Hehe albo posty w stylu "mam 175 cm i 49 kg wagi, ile powinnam schudnac?"
                                          __

                                          A to fakt ;-)
                                • agcyb Re: do agcyb 25.04.06, 21:37
                                  Tuti, jak ktos sie patrzy krzywym wzrokiem to go olej:) W koncu dla kogo
                                  zyjesz, dla tego patrzacego sie czy dla siebie?

                                  Pzdr

                                  A
                          • effata Re: do agcyb 28.04.06, 00:46
                            Fakt, że nie podobają mi się otyłe w obcisłych z nieodzowną oponką
                            (wyeksponowaną a jakże),ale to już raczej kwestia gustu, a raczej bezguścia, bo
                            przecież można pewne rzeczy zatuszować, a inne wyeksponować (a nie ślepo leźć
                            za modą i przy rozmirze biustu G nosić króciutkie sweterki zawiązywne pod
                            biustem - choć oczywiście jak ktoś chce, to co mnie to ...)
                            Zgadzam się natomiast z Agcyb, że dużo Angielek po prostu dobrze się czuje w
                            swojej skórze, że tak powiem.
                            Np. moja babeczka z koledżu. Babcia siedmiorga wnuków (choć chyba wcześnie
                            została babcią, bo nie wygląda na więcej niż 55), rozmiar na pewno pow.14 i
                            przychodzi sobie na zajęcia w różnych łososiowych wydekoldowanych bluzeczkach,
                            dżinsowych spódnicach, butach z czubami ... ale to wszystko (mimo pulchności)
                            jest tak fajnie skomponowane i widać, że ona się dobrze w tym czuje (nie
                            wygląda bynajmniej jak 'dzidzia piernik'), że naprawdę tylko pozazdrościć
                            podejścia. I mimo że to zupełnie nie mój styl, to jednak naprawdę bardzo mi się
                            podoba.
                            --
                            Don't guess.
                      • hopplik Re: do agcyb 26.04.06, 10:05
                        mnie się wydaje,że rozmiar 10 nie jest nienormalny, wręcz przeciwnie
                        można owszem porównywać się do dziewczyn z krajów śródziemnomorskich, ale one
                        są dużo niższe, wtedy 10 to 'poważne' gabaryty
                        ja kupuję z premedytacją trochę większe ubrania, bo nie lubię ubierać się w coś
                        co sięga mi do połowy brzucha ;) trochę podobnie jak tuti, choć aż tak wysoka
                        i tak szczupła nie jestem ;)
                        • agcyb Re: do agcyb 26.04.06, 15:59
                          Zalezy czy mowisz o rozmiarze 10 w PL czy tutejszym. Tutejszy 10 jest
                          odpowiednikiem polskiego 12. Ja pisze o rozmiarach tutejszych. W polskie 10 sie
                          rzadko kiedy wciskam;)Jeszcze jeden dowod na istnienie Slimlandu;) (bardzo mi
                          sie Jagienki sformulowanie spodobalo).
                          • jagienkaa Re: do agcyb 26.04.06, 16:10
                            zaraz, myślałam że w Polsce jest 38?
                            • minisufka Re: do agcyb 26.04.06, 18:39
                              jagienkaa napisała:

                              > zaraz, myślałam że w Polsce jest 38?

                              dzis bylam w sklepie, wiec jestem na biezaco :)
                              tutaj na metkach jest napisane 14/42 ; 12/40 ; 10/38 ; 8/36 itd. w PL zwykle
                              nosze spodnie 42, wiec niby tutejsze 14, ale pomimo, ze jestem utyta to
                              tutejsze 12 sa OK, nigdy nie kupilam 14.
                              • jagienkaa Re: do agcyb 26.04.06, 19:00
                                no to by się sgadzało, ja zwykle góra jestem 10-38 a dół 12/40 w Polsce, z tym
                                że takie podwójne rozmiary to widzę tylko w sklepach H&M, Zara czt reserved.
                                • minisufka H&M 26.04.06, 19:46
                                  wlasnie w H&M bylam dzisiaj i tam sie wgapialam w metki, bo kupilam 2 koszulki
                                  i spodniczke :)) konto chyba puste, a do wyplaty jeszcze 2 dni!!! ;)
                                  • jagienkaa Re: H&M 26.04.06, 20:01
                                    no ale H&M mają 'globalne' metki, zresztą wg mnie trochę zaniżone rozmiarowo,
                                    bo ja tam sobie nawet bluzkę 'S'kę kupiłam a zwykle mam Mki czy nawet Lki. W
                                    spodnie 38 też się tam spokojnie mieszczę. GAP też ma zaniżone rozmiary spodni.
                                    • agcyb Re: H&M 26.04.06, 20:29
                                      Jagienka w UK wszystkie ciuchy (z wyjatkiem marek francuskich) sa wieksze niz
                                      te same rozmiary w PL. Nie wiem jak to sie dzieje, ale tak jest;)
                                      • jagienkaa Re: H&M 26.04.06, 20:52
                                        nie, H&M mają te same ciuchy i metki:) uwierz mi:) chyba nie opłacałoby się im
                                        zmienianie, nie?
                          • hopplik Re: do agcyb ;) 26.04.06, 20:44
                            agcyb napisała:

                            > Zalezy czy mowisz o rozmiarze 10 w PL czy tutejszym. Tutejszy 10 jest
                            > odpowiednikiem polskiego 12. Ja pisze o rozmiarach tutejszych

                            mam jeszcze kilka ciuchów z uk, np i z ciekawości sprawdziłam rozmiary ;)
                            faktycznie ciut mniejsze :), ale i kupując coś we Włoszech, czy we Francji, to
                            się nie zamierzam przejmować numeracją
                            napisałam o tym, bo myślę, że od rozmiarów ważniejsze są proporcje i znajomość
                            własnych zalet/mankamentów
                            wczoraj obejrzałm 'pół żartem, pół serio' . stwierdzam,że MM naprawdę wyglądała
                            genialnie, choć podobno 42 size była ;)
    • beesok Re: jeszcze raz o angielskim jedzeniu.... 21.04.06, 11:43
      Ja sie kurcze lekko zalamalam po przeczytaniu tych postow! Szczerze liczylam na schudniecie w Anglii
      po cholernym Dubaju w ktorym w ciagu niespelna 2 lat przytylam z 11kg (ale tam to zrozumiale bo taki
      styl zycia) a tu: mieszkamy w centrum wiec auto niepotrzebne i wszedzie chodze na nogach, staram sie
      ograniczyc spozywanie slodyczy i jakos mi nawet wychodzi, nie jem po 20:00 chyba ze jestesmy out (a
      to sie czesto zdaza niestety - ale tylko w weekendy). Przez miesiac chodzilam na bikram joge ale troche
      mi studio "zbrzydlo" (zreszta polecam ta forme ruchu - jest dosyc skuteczna jezeli uprawiana w miare
      regularnie). Diete South Beach probowalam i byla skuteczna ale jakos nie mam sily teraz. Zapisalam sie
      na silownie obok domu i chodze w "porywach" :) Poki co jeszcze nie pracuje wiec spedzam duzo czasu
      w domu i gotuje czesto - ale zdrowo i lekko i nie obzeram sie jakos specjalnie.
      Czy ktoras z Was slyszala / probowala o hypoxi training??? Przejrzalam ta strone i wyglada ciekawie -
      moze pomoze? co sadzicie???!
      www.hypoxitraining.com
      pozdrawiam i przepraszam za przydlugi post :)
    • tbo5r Re: jeszcze raz o angielskim jedzeniu.... 31.01.07, 21:35
      a gdzie mozna kupic swieze drozdze???? do wypiekow, a nie ten blee granulat
      • joaska321 Re: jeszcze raz o angielskim jedzeniu.... 31.01.07, 22:06
        Drozdze znajdziesz w polskich sklepach, jest ich teraz mnostwo w UK i napewno
        jakis sie znajdzie w twojej okolicy.
        Ja kilka razy zanim zorientowalam sie,ze istnieja te w proszku poprosilam na
        stoisku piekarniczym w supermarkecie i swieze drozdze dostalam.
        Wydaje mi sie,ze gdzies na forum byl juz kiedys watek dotyczacyc drozdzy, moze
        jeszcze jest to poszukaj,ale nie mam pewnosci czy na tym forum, czy na Matki
        Polki w UK, czy na Z dala od Polski.
      • asica74 Re: jeszcze raz o angielskim jedzeniu.... 31.01.07, 23:26

        • Re: co gdzie kupowac
        funny.face 28.01.07, 15:14 + odpowiedz

        Ja kupuje w Morrisons. W zadnym innym sklepie nie widzialam.


        • Re: co gdzie kupowac
        jagienkaa 28.01.07, 13:40 + odpowiedz

        w Saisnbury's. Tesco itp zapytaj na stoisku piekarnianym - ja w moim lokalnym
        kupuję normalne.
        • madelon1 Re: jeszcze raz o angielskim jedzeniu.... 03.02.07, 20:53
          w health food shops albo u piekarza
    • country_grill Re: jeszcze raz o angielskim jedzeniu.... 05.02.07, 13:13
      Minisufko, a ze tak zapytam - jakies aktywnosci fizyczne uprawiasz? Jestem w UK
      pol roku i nie zauwazylam zadnych objawow tycia [chociaz mam tendencje]. Jem
      normalne sniadanie, pelen lunch, codziennie deser po lunchu [ok 15], jakas
      przekaska ok 18, owoce, zupelnie normalnie [szczerze mowiac jem wiecej i lepiej
      niz w Polsce]. 3 razy w tygodniu cwicze [w tym raz na silowni, 2 razy w domu].
      Pozwalam sobie na chipsy raz w tygodniu, czasami jakies ciastka, czekolada, jem
      bialy chleb i custard. No i zapomnialam wspomniec - pracuje w domu, wiec z
      zalozenia nie mam wiele ruchu, co stwarza dodatkowa okolicznosc sprzyjajaca dla
      tycia... a mimo to - nie tyje...Moze zamiast szukac idealnej diety wartoby
      poszukac silowni/ aerobiku w okolicy...?
      Zycze powodzenia i wytrwalosci w dbaniu o siebie. Kazda aktywnosc fizyczna
      poprawia metabolizm lepiej niz najlepsza dieta.
      • minisufka cwiczenie 06.02.07, 13:13
        oj cwicze, cwicze. codziennie co najmiej 20 minut, czasem dodatkowo basen,
        czasem rower. codziennie uprawiam mniej wiecej godzine bardzo szybkiego spaceru
        (rano 15 minut do autobusu a po poludniu do domu bez autobusu, jakies 45). no i
        pracuje w szkole, a tej pracy za siedzaca nie mozna uznac. no i coz.... odkad
        tu przytylam w zeszlym roku, nie schudlam ani kilograma. ale moze ja mam w
        ogole nie w porzadku jakies inne sprawy, ktore powoduja tycie. czekam na wyniki
        tarczycy, zobaczymy.
        • country_grill Re: cwiczenie 06.02.07, 22:08
          O tym pomyslalam, moze warto badania zrobic... moze zmienilas tabletki
          antykoncepcyjne, albo jakies inne hormony [wlasnie na tarczyce na przyklad],
          moze jedzenie to sprawa wtorna... moze warto zrobic sobie porzadne badania na
          hormony...? moze do dietetyka sie wybrac, zeby przeanalizowac Twoja diete coby
          doradzil najlepsza dla Ciebie opcje? Nie wszystkim dieta warzywno owocowa
          sluzy.. znam kilka osob, ktore na warzywach tyly, a na diecie kwasniewskiego
          stracily po 20 kg w pol roku...
          Coz, powodzenia w walce z kilogramami, coby sie czuc i wygladac dobrze :)
          • minisufka Re: cwiczenie 08.02.07, 09:25
            dzieki za slowa otuchy, cuntry_girl :)
            tarczyca i inne badania krwi ok. moze faktycznie inne hormony zbadam (pigulek
            nie biore, bo wtedy to juz w ogole jestem jak balon!). a dieta kwasniewkeigo
            odpada, bo ja miesa od 11 lat nie jem i raczej mnie do diety tlustej i miesnej
            nic nie przekona. no nic, zobaczymy. milej zimy!
    • tuti Kto by pomyslal! 15.08.07, 14:40
      jak to z ta pietruszka...!
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=77&w=67435535
Inne wątki na temat:
Pełna wersja