anya.po.prostu
08.11.06, 21:19
w drodze do pracy, jak setki tysięcy Londyńczyków czytam sobie "Metro"
a tam na pół strony taka oto historia:
Pewien dwudziestoczteroletni Polak został złapany po tym jak zaczepiał na
ulicy i łapał za pośladki i piersi przechodzące kobiety.
Na policji powiedział, że nie sądził, że robi coś złego ponieważ w Polsce
takie zachowanie jest normalne i nikt nie robi z tego afery.
Jego tłumaczka (sic!) przerwała przesłuchanie i wytłumaczyła policji, że takie zachowanie w Polsce nie jest sprzeczne z prawem i jest powszechnie akceptowalne jako "cultural naughtiness". Pani dodała, że może w tej sprawie
złożyć stosowne oświadczenie do akt sprawy i stwierdziła jeszcze, że
Eastern Europeans są bardziej "flirtuatios society" i łapanie kobiety za piersi czy pośladki jest objawem admiracji i nie jest postrzegane jako łamanie pewnych granic, nawet jeśli kobiecie to się nie podoba!
Myślałam, że z krzesła spadnę! Gdyby to jeszcze jego obrońca wymyślał takie bzdury to może miałoby to jakiś sens. Ale tłumaczka? Kobieta? Mówi, że łapanie kogoś za piersi jest akceptowalne? Może trzydzieści lat temu w spelunie w Koziej Wólce!
I tak oto Anglicy znów dziś dowiedzieli się czegoś pożytecznego o tym egzotycznym, zacofanym kraju jakim jest Polska, a właściwie o Polskich kobietach: można je obmacywać, szczypać za tyłki, łapać za piersi zupełnie
bezkarnie, bo one są do tego przyzwyczajone!
Cóż, dawno już stwierdziłam, że nikt tak Polakom nie urabia opinii jak oni sami.