Praga, poziom zero

30.01.06, 09:20
Tekst pod takim tytułem opublikował Zbigniew Mentzel (autor m.in. wydanej
w zeszłym roku książki "Wszystkie języki świata") w sobotniej "Rz":

1.
O warszawskiej Pradze robi się ostatnio głośno, głównie za sprawą kilku
modnych galerii, klubów i pracowni, które tam powstały.
Przyjmuję to z tak zwanymi mieszanymi uczuciami, nie tylko dlatego, że
nazywanie już dzisiaj tej dzielnicy "mekką artystów" i
"naszym Montparnassem" jest, mimo wszystko, przesadą. Renesans Pragi
zapowiada coraz więcej książkowych publikacji. Nazwy ich
wydawców, o spisie sponsorów nie wspominając, świadczą, że nie muszą to być
obietnice bez pokrycia. Obejrzawszy fotografię po
fotografii masywny album "Praga. Prawa strona Warszawy" (Przedsiębiorstwo
Rozwoju Warszawy Holding-Wars SA), przeczytałem z kolei
wydany dopiero co przewodnik Michała Pilicha "Warszawska Praga" (Fundacja
Inicjatyw Międzynarodowych i Obywatelskich "Centrum
Europy"). Wartość obu książek wydaje się dla ludzi, którzy nie znają Pragi,
niewątpliwa. Ja - jako człowiek stamtąd - poczułem się
jednak nieswojo. Na Pradze Północ, między Stalową i Wileńską, mieszkałem
pierwszych dziesięć lat mojego życia i spacerowanie po
starych śmieciach z miejskim przewodnikiem w ręku to zajęcie nie dla mnie. Z
żywą pamięcią o przeszłości w tym skansenie czuję się
bardziej eksponatem aniżeli zwiedzającym. Ostatecznie, kiedy o miejscach, w
których doznawało się pierwszych dziecięcych
iluminacji, człowiek raz po raz czyta dzisiaj w bedekerach, że to "urokliwe
zakamarki", ma prawo do irytacji.
2.

Na obwolucie albumu o Pradze po jej obu stronach widać sfotografowane kocie
łby. Zdjęcie zrobione zostało tuż przy ziemi i szare,
charakterystycznie wyoblone kamienie ciągną się aż po horyzont; tu i ówdzie
wystają pomiędzy nimi kępki zielonej rachitycznej
trawy. W mojej pamięci dominującym na Pradze kolorem nie była szarobura barwa
kocich łbów, lecz zgaszona czerwień, rozmaite
odcienie cegły. Mury obdrapanych czynszowych kamienic, które mijałem każdego
dnia, wyglądały jak skóra nieszczęśnika dotkniętego
liszajem strzygącym. W "Lekarzu domowym ratującym zdrowie" - księdze mojego
dzieciństwa - była taka kolorowa naturalistyczna
plansza. Wpatrywałem się w nią godzinami, przenosiłem wzrok na pozbawione
tynków domy i roiłem sobie, że cierpią na straszliwą
chorobę dermatologiczną. Te domy, w których na parterze zabite deskami drzwi
prowadziły do nieistniejących dawno sklepów; domy, z
których obrywały się balkony; domy, w których wiele okien zamurowanych było
na głucho, wydawały ostatnie tchnienie jak męczeni
ludzie, którym wybito zęby, obcięto nos i uszy, zagipsowano usta. W siódmym,
ósmym, dziewiątym roku życia prowadziłem na Środkowej
ewidencję strat, odnotowując w zeszycie każdy ubytek materialnej substancji
tej ulicy: rozebrany drewniak, zatarty napis,
odłupaną rzeźbę na frontonie... Był rok 1961, kiedy przeprowadziliśmy się na
Saską Kępę, przez czterdzieści następnych lat dzieło
zniszczenia postępowało na Pradze nieubłaganie.
3.

I oto w nowym tysiącleciu pasjonaci tacy jak Michał Pilich (rocznik 1978!)
zapuścili się na Pragę, jęli badać tam ślady
materialnej i duchowej przeszłości i z uporem dokonywać inwentaryzacji
ocalałych szczątków: wszystko prawie, co jeszcze dało się
odnaleźć, znalazło stosowną dokumentację: gipsowe figury Matki Boskiej w
podwórkowych wnękach i kapliczkach, metalowe kółka do
wiązania koni, dwujęzyczne napisy, po polsku i po rosyjsku, w miejscach dawno
zapomnianych składów kolonialnych, aptek i drogerii,
tablice na budynku byłej komory wodnej z zaznaczonym poziomem Wisły podczas
dziewiętnastowiecznych wylewów...

Chwaląc młodych fanatyków Pragi, zastanawiam się, jakie znaczenie może mieć
ich praca dla literatury. Im lepiej bowiem
skatalogowane, sfotografowane i opisane w przewodnikach stają się dzisiaj
praskie mateczniki, tym trudniejsze zadanie czeka
pisarzy, którzy chcieliby się mitem Pragi karmić i mit ten kształtować. Co
zabija tutaj magię opowiadania? Z jednej strony -
nostalgia, sentymentalność wspomnień o tym, czym dla miasta była praska
dzielnica tuż po wojnie, gdy Warszawa lewobrzeżna leżała w
gruzach. Z drugiej strony - styl antykwarycznych katalogów i przewodników
właśnie, nadmiar wyliczeń, drobiazgowe opisy detali,
materialnej p o w i e r z c h n i. Pisarz, który chciałby dzisiaj dotknąć
duchowej prawdy o przeszłości i teraźniejszości "Pragi,
prawej strony Warszawy", nie może zatrzymać się na poziomie zero: na kocich
łbach starego bruku i murach kamienic. Musi drążyć rzeczywistość głębiej,
znacznie głębiej.
Zbigniew Mentzel

    • e-mka Re: Praga, poziom zero 30.01.06, 09:40
      Zacytowałam, a teraz skomentuję. Tekst jest przewrotny, pochlebno-krytyczny.
      Krytyką felietoniści się żywią, nie będę więc iść tym tropem. Mentzel wsadza
      kij w mrowisko i porusza ciekawy dla mnie temat. Czy Waszym zdaniem panuje
      obecnie moda na Pragę, czy mamy do czynienia z autentycznym renesansem tej
      części prawobrzeżnej Warszawy? Czy niedociągnięcia wydawnictw o tematyce
      praskiej da się usprawiedliwić na zasadzie "na bezrybiu i rak ryba"? Myślę tu
      bardziej o albumie "Praga. Prawa strona Warszawy" niż przewodniku M. Pilicha.
      Album ma ambicje prezentacji Pragi Obojga Części (jako czytelniczka
      tak sobie suponuję z tytułu), a tymczasem Południe rażąco dyskryminuje. Czy
      moda pociągnie za sobą autentyczną rewitalizację Pragi? Nie tylko odmaluje
      fasady, założy parę knajpek, ale i odtworzy wartości niematerialne? Jakie dla
      Was, mieszkańców Pragi Północ, są to wartości?

      • Gość: praga Re: Praga, poziom zero IP: 217.153.88.* 30.01.06, 13:31
        Właściwie to nie ma Pragi Południe!!! Tam jest Grochów, Gocław itp.
        • pol-a Re: Praga, poziom zero 30.01.06, 18:59
          W takim razie nie Pragi. Jest Stara Praga, Nowa Praga, Szmulowizna itp. : )
    • mp36 Re: Praga, poziom zero 30.01.06, 10:55
      > Chwaląc młodych fanatyków Pragi, zastanawiam się, jakie znaczenie może mieć
      > ich praca dla literatury. Im lepiej bowiem
      > skatalogowane, sfotografowane i opisane w przewodnikach stają się dzisiaj
      > praskie mateczniki, tym trudniejsze zadanie czeka
      > pisarzy, którzy chcieliby się mitem Pragi karmić i mit ten kształtować.

      Ja tak tylko króciutko bo chory jestem i główkować na pięknymi wyrazami
      człowiek nie ma siły.
      Szczerze, to mało mnie wzrusza znaczenie przewodnika dla literatury i dla
      pisarzy, bo co ma piernik do wiatraka?
      Przewodnik jest dla ludzi (i to też z Pragi panie Mentzel) i dla Pragi - aby
      została lepiej poznana, została doceniona jej wartość, a przez to rysowała się
      szansa na jej lepszą przyszłość. Aby Praga nie była tylko zbiorowiskiem
      ceglanych NN domów, które nie zabardzo miały farta i przetrwały wojnę.
      Jak ktoś szuka w przewodniku turystycznym wybitnej literatury to sorki ale
      chyba odrobinę pobłądził.
      • e-mka Przewodnik literacki po Pradze 30.01.06, 11:51
        To jednak pójdę tropem krytyki p. Mentzla. Zgadzam się z mp36, że przewodnik
        jest dla ludzi, nie dla literatów. Nie przejmowałabym się tezami p. Mentzla.
        Udałabym, że nie widzę aluzji w tytule artykułu. Teza główna jest wg mnie
        zbudowana tendencyjnie i autopromocyjnie. Obserwując styl polemik p. Mentzla
        widać, że ma skłonności do wytykania błędów po to, by podkreślać własne zalety.
        Przewodnik literacki po Pradze nadal czeka na swego autora.
        Na miejscu P. Mentzla podjęłabym wyzwanie : )
        mp36, życzę zdrowia!
        • pol-a Wielki mały Menztel 30.01.06, 19:20
          Mam podobne odczucia, co E-mka. Mentzel szuka fikcji (literackiej) tam, gdzie jej z założenia nie ma,
          tj. w przewodniku Michała Pilicha i rzeczonym albumie (notabene w tym ostatnim jest dużo błędów i
          przeoczeń).
          Odnoszę jednak wrażenie, że sedno niechęci Mentzela wynika z rozbuchanej miłości własnej autora
          "W-tkich języków świata" (niezłej zresztą książki). Zwróćcie uwagę czyje utwory - ilustrując praskie
          klimaty - we wstępie do albumu przywołuje Marek Nowakowski. Otóż są to wiersze poety Jerzego
          Górzańskiego (mieszkał kiedyś w kamienicy na rogu Wileńskiej i Inżynierskiej). Sądzę, że Mentzla
          ubodło to, że jego (o)powieści - w których swoje praskie lata wspomina: mieszkał przy Środkowej - nie
          doczekały się w tym wydawnictwie najmniejszej wzmianki. Wiara pisarza we własny geniusz może być
          nawet śmieszna (w końcu, kto jeśli nie on sam ma być przekonany o własnej wielkości?), ale
          nieumiejętność czytania ze zrozumieniem jest żałosna.
Pełna wersja