nasza_maggie
27.03.06, 13:42
wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,60935,3238232.html
Na weekendy do naszego kraju przylatuje coraz więcej młodych Brytyjczyków.
Zamiast zwiedzać, wolą bawić się w naszych klubach
Piątkowy wieczór w warszawskim klubie "Lewel". Miejsca przy barze okupuje
Kris z kolegami. Jest ich dziewięciu, właśnie przylecieli i wpadli na
pierwsze piwo. Plan mają prosty: będą pić i tańczyć przez cały weekend, bo
Kris się żeni. Standardowe "stag party", czyli brytyjski wieczór kawalerski,
potrwa kilka dni. W Warszawie są po raz pierwszy, mało wiedzą o Polsce, ale
podoba im się. - Lot jest tani, alkohol też, a dziewczyny piękne - śmieje się
Mark ze Szkocji. - Wypady do Pragi i Rygi już nas nie kręcą, za dużo
komercji. Co innego Polska, tu wszystko jest nowe - przyznaje.
Młodzi wyspiarze w wieku od 25 do 35 lat najczęściej trafiają do Krakowa,
Warszawy, Bydgoszczy i Gdańska. Brytyjczyków jest tym więcej, im liczniejsze
są na polskim niebie tanie linie lotnicze. To dlatego w ub. roku z Wysp
przyjechało do nas 345 tys. turystów. - O 40 proc. więcej niż przed rokiem -
mówi Tomasz Dziedzic z Instytutu Turystyki. - W tym roku odwiedzających
będzie jeszcze więcej.
- Popularnością cieszy się zwłaszcza urządzanie wieczorów kawalerskich i
panieńskich - zauważa Eryk Kłopotowski, rzecznik prasowy SkyEurope. -
Brytyjczycy lecą 20-osobowymi ekipami. Wszyscy są np. przebrani w koszulki z
napisami w stylu "wieczór Tom'a". Wygląda to zabawnie - dodaje.
Na brytyjskiej modzie poza liniami lotniczymi zarabiają też firmy
organizujące imprezowiczom czas. Jedną z nich jest STAGPARTY.PL. - Wiemy,
gdzie można iść się pobawić i co robić po przyjeździe do Polski. Jesteśmy w
stanie to szczegółowo zaplanować dla przyjezdnych - mówi Tomasz Szachnowski
ze STAGPARTY.PL. - Proponujemy także dodatkowe atrakcje takie, jak: gra w
paintball, turbo golfa czy jazdę quadami. Koszt zorganizowania weekendu
rozpoczyna się już od kilkudziesięciu złotych od osoby.
Najmniej zadowolonymi z brytyjskiego oblężenia wydają się być... właściciele
klubów. Powód? - Widziałem, jak młodzi Brytyjczycy bawią się na Teneryfie. To
są na ogół piwosze, którzy robią spore zamieszanie - mówi Michał Milowicz,
aktor i jeden z właścicieli warszawskiego klubu Maska. - Do mnie bym ich nie
wpuścił - kwituje. Podobnego zdania są też menedżerowie modnego krakowskiego
klubu Prozak.- Możliwe, że będziemy zmuszeni zamykać kluby przed
Brytyjczykami, tak jak robiono to w Pradze. Na razie prowadzimy ostrą
selekcję - przyznają. - Nasze doświadczenia są przykre. Brytyjczycy zachowują
się fatalnie, szybko się upijają, potrafią też wyjść na środek sali i
załatwić swoją potrzebę. Odnoszę wrażenie, że są to turyści najniższego
rzędu. Co z tego, że zostawiają pieniądze, jeśli to nie zawsze się opłaca,
zwłaszcza jeśli chodzi o renomę.