GW has this piece on E&Y's European brothel audit.

07.05.06, 01:43
Polski model: z klientem do agencji towarzyskiej




Dla wielu biznesmenów ''salon masażu'' to normalne miejsce prowadzenia
interesów
Fot. Jacek Marczewski / AG




Leszek Kostrzewski 05-05-2006 , ostatnia aktualizacja 06-05-2006 02:05

W jednej trzeciej polskich firm chodzenie z kontrahentem na striptiz czy do
agencji towarzyskiej jest uznawane za normalne. - To przerażające - komentuje
biskup Tadeusz Pieronek


Badania nieetycznych zachowań i nadużyć w zakładach pracy przeprowadziła
firma Ernst & Young. Przebadano pracowników z pięciu państw Europy Zachodniej
(Holandia, Niemcy, Francja, Szwajcaria, Austria) oraz z trzech Europy
Środkowej (Polska, Czechy, Węgry). W każdym kraju na pytania odpowiadali
przedstawiciele 100 firm. Największym zaskoczeniem dla autorów raportu było
to, że aż 28 proc. pracowników polskich film gotowa jest załatwiać interesy
w... klubach go-go i agencjach towarzyskich. W Europie Zachodniej trzykrotnie
mniej pracowników dopuszcza taką możliwość. - To był dla nas największy szok -
mówi Mariusz Witalis, który odpowiadał za badania w Ernst & Young.

Chodzenie z klientami do agencji towarzyskich czy na striptiz w większości
zachodnich firm jest zabronione. Takie zachowania mogą bowiem prowadzić do
szantażu i korupcji ("wiem, gdzie byłeś, i w razie potrzeby mogę to
wykorzystać"). Polacy nie widzą jednak problemu. - Akceptowanie w Polsce
takich zachowań wynika z "kultury" robienia interesów. Rozrywka i suto
zakrapiane kolacje były jednym z istotnych elementów towarzyszących rozmowom
biznesowym - mówią autorzy badań.

Zaniepokojony wynikami jest biskup Tadeusz Pieronek. - Tak jest, gdy każdy ma
swój własny kodeks i własny system wartości - mówi. Ksiądz biskup przestrzega
jednak, że długofalowo takie zachowanie może być dla firmy niekorzystne - gdy
sprawa wyjdzie na jaw, ucierpi wizerunek zakładu.

Zdaniem Roberta Gwiazdowskiego z Centrum im. Adama Smitha przyzwolenie na
chodzenie z kontrahentem do agencji towarzyskich może być groźne nie tylko
dla poszczególnych firm, ale też dla całego systemu. - Ludzie takie
zachowania będą utożsamiać z wolnym rynkiem, a w konsekwencji będą go
odrzucać. W Polsce tak mało osób akceptuje kapitalizm właśnie przez
kojarzenie go z zepsuciem moralnym - mówi Gwiazdowski.

Przyzwolenie dla agencji to niejedyny element badań, który wyróżnia nas
spośród innych państw.

Aż w 16 proc. polskich firm pracownicy przyznali się do nieetycznego
zachowania w ostatnim roku - to prawie dwa razy więcej niż w pozostałych
krajach. Podstawowe grzechy to rozliczanie prywatnych podróży czy rozmów
telefonicznych jako służbowych oraz wykorzystywanie sprzętu firmowego na
prywatne potrzeby.

Polacy często usprawiedliwiają się w takich wypadkach, że łamią zasady
etyczne, bo... nie dostają premii. Wskazują też na zły przykład "z góry". 38
proc. badanych uważa, że kierownictwo wytycza inne zasady etyczne dla siebie,
a inne dla reszty firmy. - Skoro oni mogą, dlaczego ja nie - mówią. W Europie
Zachodniej podobnie myśli 22 proc. pracowników.

Usprawiedliwiamy swoje grzechy, ale często nie wybaczamy ich kolegom.
Najczęściej uważamy, że zachowują się bardziej nieetycznie od nas. O
nieprawidłowościach w firmie nie mówimy jednak przełożonym. - Przez wiele lat
informowanie kierownictwa o nadużyciach kojarzone było z donosicielstwem. W
Polsce na takie osoby mówimy "kable", "konfidenci". Skojarzenia są
jednoznacznie pejoratywne - tłumaczą autorzy raportu.

A problem jest duży. Z badań wynika, że przeciętnie jeden na pięciu
pracowników wie o nadużyciach w firmie, o których szef nie ma zielonego
pojęcia.
Pełna wersja