Duża ilość urzędników to powód wysokich podatkó...

IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 07.02.11, 20:16
Litości!!!!!!!!!!!!! Liczba, nie ilość.
    • alakyr A może zastanówmy się dlaczego tak jest? 07.02.11, 21:24
      Po pierwsze ostrożnie z tym za dużo, może porównajmy ilu urzędników na 1000 obywateli mają Niemcy, Anglia, czy Stany.
      Po drugie jaki wpływ na liczbę urzędników ma informatyzacja /a właściwie jej brak/?
      Po trzecie samorządne samorządy - rodziny, znajomi, partyjni koledzy - wszyscy chcą pracować w budżetówce.
      Po czwarte konieczny bezstronny audyt niepotrzebnych urzędów - podział kompetencji w ramach reformy administracji miał chyba za zadanie utrwalenie biurokracji centralnej i stworzenie nowej samorządowej.
    • swarozyc Deja vu.. 07.02.11, 23:21
      W roku 1937 na posiedzeniu komisji budżetowej senatu referent budżetowy stwierdził, że podatki państwowe i samorządowe zabrały w. r. 1934/35 połowę dochodu społecznego.
      Buell, op.cit.str.167,.
      Nawet jeśli się przyjmie, że szacunek ten był zbyt wygórowany, to pamiętając o konsumpcyjnym charakterze budżetów publicznych w Polsce, trudno nie dostrzec analogii pomiędzy szlachtą i jej pozycją społeczną w 1-szej Rzeczypospolitej, a kastą urzędniczą i jej rolą w II-giej Rzeczypospolitej.
      Rozwój stosunków wewnętrznych w tej ostatniej szedł w analogicznym kierunku, - w kierunku wytworzenia się Systemu Realizacji Postawy. Nadkonsumpcji.
      Miejsce podmiotu nadkonsumpcji zajęła w tym systemie rządząca mniejszość - kasta urzędnicza, z poszlacheckiej inteligencji się rekrutująca.
      Przekleństwo doli przedmiotu nadkonsumpcji dźwigał na sobie, odwiecznym rzeczy porządkiem - chłop.
      Dla niego, dla 76 % ludności państwa II Rzeczpospolita, - tak samo jak ongiś I-sza była nie matką, lecz macochą. Chłop w Polsce przedwrześniowej niewiele zaznał z dobrodziejstw niepodległości. Przypadły one w odrodzonym państwie tym, co będąc szafarzami skarbu wolności, nie skąpili zeń przede wszystkim sobie.
      Objawiało się to w najrozmaitszy sposób.
      Chłop jeśli chciał odwieźć chore dziecko do szpitala, płacić musiał pełny bilet kolejowy, - ale urzędnik, który mógł jechać na narty do Zakopanego, zawsze miał prawo do zniżki kolejowej. Chyba że był urzędnikiem wyższym - bo wówczas jeździł gdzie chciał za darmo i to pierwszą albo drugą klasą. W przedziałach I a nawet II kl. kolei polskich do rzadkości należał podróżny z normalnym, zapłaconym biletem kolejowym, z przedziałów tych przeważnie korzystali jeżdżący na koszt państwa urzędnicy.
      W II Rzeczypospolitej zwykły obywatel nie mógł pociągnąć do odpowiedzialności materialnej urzędnika, który w związku z wykonywaniem swych czynności służbowych wyrządził stronie szkodę.
      Tenże zwykły obywatel, jeśli zdarzyło mu się w jakiejś sprzeczce, w pociągu czy na zabawie, obrazić oficera, mógł być z miejsca zastrzelony przez tegoż,? w Polsce bowiem, w wieku XX, oficer miał prawo reagować rewolwerem na "obrazę munduru."
      Chłop za monopolową machorkę płacić musiał własnemu państwu przeszło pięć razy tyle, ile płacił rządowi zaborczemu przed wojną.
      Dokładnie: 115 kg żyta za l kg tytoniu w 1913/14, a 580 kg żyta za to samo w 1933/34.? M.R.S. 1935S str, 152,
      Urzędnik natomiast, jeśli był już dyrektorem Biura w ministerstwie z poborami półtora tysiąca zł. nie potrzebował wydawać ani grosza na swoje papierosy. Otrzymywał je od państwa darmo, w wyborowych gatunkach, w postaci miesięcznych deputatów papierosów i cygar "reprezentacyjnych".
      Rozrzutność grosza publicznego, wystawność urządzeń wewnętrznych w siedzibach władz centralnych w Warszawie raziła nieraz zagranicznych obserwatorów. Nie trafiały im do przekonania względy reprezentacyjno-prestiżowe jakimi otaczający się zbytkiem dygnitarz warszawski zwykł był usprawiedliwiać to, co po prostu było przejawem jego własnej, a nie znającej hamulca postawy nadkonsumpcji.
      W jednym z ministerstw, nie mających nic wspólnego z reprezentacją, na parę tygodni przed wybuchem wojny dyrektorzy departamentów mieli czas na wspólne zastanawianie się, przy udziale powołanego rzeczoznawcy, - nad doborem nowej palmy do gabinetu pana ministra.
      Panu ministrowi znudził się już widok starej palmy i po powrocie z urlopu, chciałby był zastać swój gabinet odświeżonym.
      Luksusowe samochody, marmury i dywany, palmy i codziennie świeże cięte róże, wszystko na koszt państwa, wódki, wina i likiery, też reprezentacyjne, wszystko to, cały ten przepych u rządzącej góry za którym kryła się nędza ludności nie był niczym nowym w rzeczypospolitej polakatolika.
      To samo było już w epoce saskiej, czy weźmiem lekkomyślnego króla Stasia z jego paryskimi karocami, czy roztropnego króla Leszczyńskiego co w swych pismach nie szczędził narodowi zbawiennych rad - jak to twierdzą historycy nasi, pomijając dyskretnie okoliczność że np. liberum veto miało i w Leszczyńskim swego zwolennika.
      Osoba tego monarchy stanowi klasyczny przykład na to, jak postawa nadkonsumpcji w polakatoliku przejawia się spontanicznie wszędzie i zawsze, gdzie tylko i kiedy tylko znajdzie sprzyjające dla siebie warunki.
      Mianowicie Leszczyński, będąc na wygnaniu w Lotaryngii dostawał od swego zięcia Ludwika XV 2 miliony koron fr. rocznej pensji. To pozwoliło naszemu wygnańcowi otoczyć się dworem złożonym m. in. z 7 kapelanów, l0 medyków, 24 kucharzy, 7 mistrzów od pieczeni, 4 cukierników, 5 piwniczych, 63 muzykantów, 41 ogrodników, l0 koniuszych, itd. - razem 439 ludzi!
      Dr Doran, Monarchs Retired from Business, Londyn, 1357, t.i, str, 395
      Mógłby ktoś twierdzić, że taki był duch czasu, taka moda idąca od Wersalu gdzie żywe były tradycje Króla-Słońca. Jednakże ów duch czasu wcale jakoś nie miał przystępu do dworu pruskiego którego władcy słynęli wśród monarchów Europy z gospodarności i prostoty obyczajów.
      Królowie pruscy brali z Wersalu wiele, owszem, - ale nic z jego przepychu i rozrzutności, O to właśnie chodzi że polakatolik, gdy ma swobodę wyboru, skwapliwie przyswoi sobie z ducha czasu to tylko, co odpowiadać będzie jego personalistycznej postawie nadkonsumpcji.
      Warunki jej realizacji w demokratycznej II Rzplltej, gdzie nie było już królów, szlachty i królewiąt, stworzyła sobie kasta urzędnicza. Zmieniły się formy, istota rzeczy pozostała ta sama.
      Gdy się mówi o władztwie szlachty w dawnej Polsce, ma się na myśli nie szary tłum łapserdaków herbowych w teorii tylko równych wojewodzie, lecz jedynie wpływowa mniejszość posesjonatów, wielmożów i magnatów.
      Podobnie w II Rzeczypospolitej z owoców urzędniczego Systemu Realizacji Postawy Nadkonsumpcji w małym tylko stopniu korzystała masa stuzłotowych kancelistów - tego skartabellatu biurokracji.
      Pierwszeństwo w nadkonsumpcji zastrzeżone było górnej, nielicznej warstwie wysokich urzędników. Ich nadkonsumpcja wyrażająca się w wyjątkowym uprzywilejowaniu towarzysko-społecznym, w prawie szerokiego korzystania z dobrodziejstw "reprezentacji", w nadmiernie wysokich uposażeniach. Te ostatnie, jakkolwiek sute, często stanowiły ułamek tylko dochodów dygnitarza państwowego. Często wysokie stanowisko rządowe łączyło się na mocy praw niepisanych bądź z lukratywną prezesurą, bądź z udziałem w radzie nadzorczej lub administracyjnej któregoś z licznych przedsiębiorstw państwowych lub przez państwo kontrolowanych.
      Przedsiębiorstwa koncesyjne, zwłaszcza te o kapitale zagranicznym, chętnie widziały tego rodzaju współpracę z administracją, ku obopólnej korzyści stron.
      W obrębie samej administracji rajem dla protegowanych pomysłowców była niesłychana mozaika tabeli płac, zarówno w poszczególnych resortach jak i podległych im przedsiębiorstwach skomercjalizowanych.
      Urzędnik przeniesiony z centrali do przedsiębiorstwa automatycznie zyskiwał na poborach, otrzymywał bowiem płacę nie niższa; ale bezpośrednio w nowej tabeli wyższą od uprzednio pobieranej.
      Działo się to w myśl zasady, że na przeniesieniu "dla dobra służby" urzędnik nie powinien tracić. Po paru miesiącach urzędowania na prowincji ustosunkowany osobnik powodował powołanie go z powrotem do ministerstwa - oczywiście przy zastosowaniu tej samej zasady.
      W ten sposób, nie awansując ani razu, dwukrotnie w ciągu kilku miesięcy zwiększał swe uposażenie.
      Terenem grubych łowów była atoli dziedzina wielkiego przemysłu. Wiemy już, że rentowność, ba - istnienie swoje zawdzięczał wielki przemysł tylko i jedynie alimentacyjnej polityce rządu dyktowanej koniecznościami państwowymi.
      Powiązanie szerokich celów państwa z egoistycznymi interesami sfer przemysłowych stwarzało sytuację, w której tylko wysoki poziom etyki obywatelskiej z jednej, a wzorowa lojalność służbowa i uczciwość urzędników z drugiej strony mogły, nie dopuścić do powstania targowiska personalistycznych, otocznych interesów jednostek.
      Koncern przemysłowy w Polsce, chcąc się utrzymać, miał wiele do zabiegania u najrozmaitszych wła
      • swarozyc Deja vu..2 07.02.11, 23:22
        Koncern przemysłowy w Polsce, chcąc się utrzymać, miał wiele do zabiegania u najrozmaitszych władz i urzędów. Miał też wiele do zaofiarowania wpływowym, a usłużnym entuzjastom industrializacji.
        Na lukratywnych, czysto reprezentatywnych z reguły stanowiskach w wielkim przemyśle widziało się emerytowanych generałów, byłych dygnitarzy ministerialnych, byłych prezydentów miast, itp.
        Nie kwalifikacje fachowe dawały tym ludziom wstęp do wybranego grona baronów węglowych czy innych. Potrzebowano ich tam, gdyż ludzie ci byli użyteczni w stosunkach z władzami i urzędami, z administracją, z łona której wyszli, a z którą łączyły ich tysiączne węzły.
        System Realizacji Postawy Nadkonsumpcji kasty urzędniczej rósł, rozszerzał się i umacniał. Poza domeną Kościoła, który sam dla siebie stanowił państwo w państwie, nie było w II Rzeczypospolitej dziedziny życia narodowego któraby była wolną od panoszenia się biurokracji, cywilnej a zwłaszcza wojskowej.
        Nie była wyjątkiem i ta instytucja, która w każdym zdrowym ustroju państwowym spełnia rolę hamulca dla zapędów etatyzmu - parlament.
        Biurokratyzację Polski przedwrześniowej odmalował wiernie Mackiewicz:
        "Dość powiedzieć, że w ostatnim senacie nie było ani jednego senatora, poza kilku ziemianami, któryby nie był albo urzędnikiem, albo emerytem. Państwo urzędników, rządzone przez parlament złożony z urzędników, zbliżało się niepokojąco do widma, państwa istniejącego dla urzędników".Tak istotnie było
    • baalsaack Duża ilość urzędników to powód wysokich podatkó... 07.02.11, 23:24
      Zacznijmy od tego, że w Polsce nie ma wysokich podatków (w porównaniu do innych państw, bo oczywiście jakie by nie były, zawsze część ludzi będzie twierdzić, że są za wysokie).
    • swarozyc "Tanie panstwo" katolaka... 07.02.11, 23:40
      W państwie nowoczesnym, w II Rzeczypospolitej realizowanie postawy nadkonsumpcji stało się przywilejem nowej kasty społecznej która zajęła miejsce dawnej szlachty i która pod demokratycznym płaszczykiem służki narodu panoszyła się w nim w sposób zgoła nie demokratyczny.
      Była to wielotysięczna, wielostopniowa, umundurowana lub nie - biurokracja.
      Jak widzieliśmy, biurokratyzacja życia II Rzplitej była zjawiskiem prawidłowym, wynikającym stąd że dla przeciwdziałania postępującemu rozpadowi tego życia państwo musiało wkraczać w nie coraz bardziej. To pociągało za sobą mnożenie się biur i urzędów.
      Rola administracji wzrosła niepomiernie po maju 1926, kiedy reformiści, w dążeniu do swych celów udoskonalili i rozbudowali państwowy aparat wykonawczy. Podniesienie przez reformistów autorytetu państwa wzmogło równocześnie pozycję społeczną tych którzy je bezpośrednio reprezentowali - urzędników, a zwłaszcza wojska - podpory reżymu.
      Mówiąc o roli wojska w Polsce przedwrześniowej, mamy na myśli jego kadrę zawodową, właściwym przeto będzie włączenie jej w dalszym toku rozważań pod ogólne pojęcie administracji państwowej.
      W Polsce urzędnik zawsze był uważany za tego który obrał lepszą cząstkę w życiu. Dla polakatolika z jego wolą minimum egzystencji stała posadka rządowa z perspektywą emerytury miała zawsze nieprzeparty urok ideału życiowego. W II Rzeczypospolitej, na tle powszechnej nędzy ekonomicznej ideał ten nie stracił nic ze swego uroku, toteż pęd do posad zaznaczył się z żywiołową siłą.
      Dążności do rozrostu właściwe są każdej biurokracji, w każdym kraju, w Polsce potęgował je jeszcze napór z zewnątrz ze strony tych elementów społecznych, które nie tylko posiadały "powołanie" do kariery urzędniczej, ale nadto były w stanie je realizować.
      Toteż już od pierwszych chwil odrodzonego państwa nadmiar urzędów i urzędników był stale aktualnym, a nigdy nie dającym się rozwiązać problemem dla każdego z kolejnych rządów. Już pierwszy sejm z 1919 r. widział się zmuszonym do zajęcia stanowiska wobec orgii urzędotwórczej jaka się rozpętała na gruzach administracji zaborczych.
      Miarą zagadnienia niechaj będzie to, że na przestrzeni 1920 - 1928 ilość różnych komisji powoływanych centralnie przez kolejne gabinety dla zwalczania przerostów administracji wynosiła bodajże l0, nie licząc mianowanego przez Prezydenta R.P. w r. 1924? Nadzwyczajnego Komisarza Oszczędnościowego, nie licząc ponad to Państwowej Rady Oszczędnościowej, wojewódzkich komisji oszczędnościowych, okręgowych komisji oszczędnościowych. i tym podobnych organów, których zadaniem było hamowanie rozrostu biurokracji.
      Pomimo drastycznych nieraz cięć oszczędnościowych - w r. 1924 zredukowano około 40, 000 urzędników, w 1931 - ponad l0 tysięcy - armia funkcjonariuszów publicznych płatnych z kieszeni podatnika stale rosła.
      Stan pracowników państwowych na dzień 1 marca 1921 wynosił 380 839.
      W r. 1933 urzędników państwowych wraz z emerytami było już ponad 618, 000, zaś na r.1936 liczbę osób, pobierających uposażenie bądź zaopatrzenie ze skarbu państwa i samorządów szacowano na około 800, 000.
      Utrzymanie tak ogromnego aparatu administracyjnego pochłaniało lwią część budżetów. Niejednokrotnie utyskiwano w sejmie i w prasie na konsumpcyjny charakter budżetu państwowego, w którym wydatki personalne dochodziły do 65 % ogółu wydatków zwyczajnych.
      W budżetach samorządów odsetek ten był jeszcze wyższy. W roku 1937 na posiedzeniu komisji budżetowej senatu referent budżetowy stwierdził, że podatki państwowe i samorządowe zabrały w. r. 1934/35 połowę dochodu społecznego.
      Nawet jeśli się przyjmie, że szacunek ten był zbyt wygórowany, to pamiętając o konsumpcyjnym charakterze budżetów publicznych w Polsce, trudno nie dostrzec analogii pomiędzy szlachtą i jej pozycją społeczną w 1-szej Rzeczypospolitej, a kastą urzędniczą i jej rolą w II-giej Rzeczypospolitej.
Pełna wersja