Dodaj do ulubionych

Mrowka pracuje cialem.Makroekonomiczne umocnienie

IP: *.ny325.east.verizon.net 02.02.03, 07:33


Mrówka pracuje ciałem

– Czekaj. Nie ciśnij tak. Podaj mi jeszcze te dwie paczki. Nie te twarde.
Będą mi się wbijać w dupę. Te miękkie daj. Zawiąż drugą pończochę na szyi.
Tych trzech paczek już nie dam rady nigdzie wepchnąć. Mam już pełny stanik i
gacie. Dobra, dołożę w czapkę. Jak mnie cofną, to z całym autobusem.

Od kiedy polscy celnicy nie biorą w łapę od biedaków (czyt. mrówek), przemyt
stał się harówą równie ciężką, jak kopanie rowów. Pierwszy raz w życiu byłam
naprawdę urobiona po łokcie.

Bartoszyce, przygraniczne miasto, prawie 30 tys. ludzi, 22 proc.
zarejestrowanego bezrobocia, 3 markety, w tym Biedronka, kino czynne dwa razy
w tygodniu i dziesięć kantorów. W tym obok marketu kupuję dolce na wyjazd.
Gratis dostaję voucher. Dryndam do kas PKS:

– Tak, nasze autobusy jeżdżą codziennie na granicę, znaczy do Bagriatonowska.
Bilety są w cenie 14 zł.

– To ja chciałabym zarezerwować bilet na 22.

– Ale już nie ma biletów.

– Nie ma? To poproszę na jutro. Też nie ma? A na kiedy są? – Jeb słuchawką.
Głupia krowa z centrali – powiedziałam swojej podświadomości i o 21.30
zameldowałam się na dworcu. Pełen luz. Przecież można kupować bilety u
kierowcy.

Jakaś odsztafirowana jak szczur na otwarcie kanalizacji babka chce mi opchnąć
nawet 10 biletów za 22 zydle każdy. Chyba ją pogięło. Przepycham się do
kierowcy: Bilet proszę.

– Nie sprzedaję biletów. Bilety kupuje się w kasie. – W mig pojmuję, o co
chodzi. Pytam głośno, czy są jeszcze jakieś autobusy do Bagriatonowska.

– Są ruskie – odpowiada mi w konspiracji facet tak chudy, że aż
przezroczysty – o 22.30.

Chudzielec zawsze kupuje bilet od biletowej mafii. Jak mówi, nie ma wyjścia.
Nie czaję, o co chodzi, ale z ciekawości czekam na ruska. Dobijają nowe
mrówki na następny, tym razem ruski transport. Zaczynam powoli wątpić w
powodzenie mojego wyjazdu. Podjeżdża wreszcie czerwono-biała Ekskursja. Baba
w grubym czerwonym szaliku pakuje w kieszeń od kurtki zwinięte pończochy. –
Po jakiego wała jej te pończochy – pomyślałam i wiedziona ślepym darwinizmem
przepycham się do ruskiego kierowcy:

– Zdrastwuj. Ja chacziu pakupić... – mówię mu przygotowując zestaw rąk do
języka migowego.

– Gdzie się pchasz, gówniaro. Lista tu jest – dociera do mnie z tylca.
Odwracam się. To było do mnie.

– Za kogo jesteś? – pyta mnie brzuchomówca obwiązany szalikiem po samo czoło.

– Jak to za kogo jestem? – odpowiadam.

– Bilet chcę kupić.

– To nie kupisz. Mamy pełną listę. Przyjdź jutro. Może ktoś zachoruje i nie
będzie miał zmiany. Biorę torbę i zamierzam spadać:

– Ej ty, chcesz bilet?

– Jasne.

– Dawaj czternaście zeta.

– Łłeee – wykrzywiam gębę do szalikowca z listą. No i jadę na przemyt ruską
rejsówką. O godz. 23.00 ruszamy z dworca.

– Nowa jesteś – mówi do mnie smarkacz z siedzenia obok. – Gdzie się uczysz?
Ja zaocznie w Olsztynie. Marketing studiuję prywatnie. Kiedyś otworzę własny
sklep albo market jak ten P... A teraz muszę jeździć. Inaczej zdechnę z
głodu, bo w mieście już nawet rowów nie kopią. Bezrobocie i złodziejstwo.

– Ja też studiuję. Dziennie... – odpowiadam konspiracyjnie krótko.

– Uuuu. No proszę, to twoi starzy pracują jeszcze. Masz farta. Mnie na
dzienne nie byłoby w życiu stać. Skończyłem ogólniak i dupa. Moi starzy mają
eksmisję. Spółdzielnia zażyczyła sobie 850 zł czynszu za cztery pokoje 69
mkw. Ochujała chyba, bo ten blok to nieremontowana dziura. Muszę im pomagać.
Mój brat też jeździ i to ich ratuje. Ojciec kiedyś był magazynierem w
państwowej fabryce mebli. Zakład kupił Szwab, nazwał MM International i
rozpiździł wszystko. Ciągle zwalnia ludzi. Chodzą ploty, że zamyka firmę i
przenosi się na Ukrainę, bo tam tańsi robole i zero podatków. Mama była
pielęgniarką, ale ta zasrana kasa chorych nie podpisała z nią umowy. Teraz
kwitnie w chałupie i nawet żarcia nie gotuje, bo ma depresję. Patrz, wszyscy
ci młodzi tutaj mają to samo na głowie.

Rozglądam się po autobusie, połowa z całego 45-osobowego transportu to
gówniarzeria.

– Ta babcia w niebieskiej czapce była kiedyś kimś od kultury w pezetpeerze.
Znana postać w Bartoszycach, dużo dla miasta robiła. Teraz, gdyby nie
granica, nie miałaby co do gara włożyć, taką ma emeryturę.

– Wyciągać paszporty! – krzyczy ktoś z przodu. Zerkam przez szybę.
Dojechaliśmy do Bezled. Na zegarku 00.30. Do autobusu wchodzą wopiści.
Zabierają paszporty do podstemplowania. Kierowca otwiera kufry bagażowe.

– Po co oni sprawdzają autobus? – pytam Piotrka, co jego starzy mają eksmisję.

– Prowizorka. Celnicy nie sprawdzają w ogóle. Po co. Wszyscy wiedzą, że nie
jedziesz na wycieczkę ani odwiedzić przyjaciół w Bagriatonowsku.

Mijamy polską celnicę i zatrzymujemy się dopiero za ruską bramą.

– Dobra, bierz paszport i wysiadamy. – Piotrek ciągnie mnie za rękaw. Każdy
osobno podchodzi do celniczej budy. Zerkam do tyłu. Piotrek kłóci się z
ruskim celnikiem. Daje mu forsę i wsiada do autobusu. Ruska celniczka
porównuje mnie ze zdjęciem, rysuje coś na voucherze, stempluje paszport i
mogę spadać do autobusu. Piździ jak na Grenlandii.

– Kurwa – mówi Piotrek, gdy siadam obok niego – ten ruski chuj zdarł ze mnie
20 baksów.

– Za co?

– Bo mam kolczyki w uchu.

– Przecież nie masz.

– To normalka. Pewnie ma jakąś bibę w chałupie, to pobiera haracz, wał jeden.

– A jak byś mu nie dał?

– To bym tu sobie na was poczekał do środy na przykład.

Przekroczyliśmy ruską granicę. Patrzę na zegarek. 1.30. 15 min później mamy
przystanek.

– No i mamy górkę. Idziemy na zakupy mała – Piotrek szturcha moją torbę. – A
namiot też wzięłaś?

– Co? – pytam.

– W torbę możesz wziąć tylko normę, resztę zakładasz na siebie i to tak, żeby
nic nie było widać. Masz pończochy, legginsy i szeroką taśmę klejącą?

– Jasne i klej biurowy – odpowiadam śmiejąc się głupio, ale po piętnastu
minutach już nie jest mi tak wesoło. Łażę za Piotrkiem jak cień, bo on
wszystko tu kuma. Górka to plac z kilkunastoma małymi budkami – sklepikami. W
każdej budce, oprócz wódki, fajek, kawy i słodyczy, są stoliczki i ławki, nie
do relaksowania bynajmniej. Po nabyciu towaru na tych ławeczkach ludzie
zmieniają się w mrówki. Piotrek kupuje sześć butelek wódki Wielkopolskiej,
pół litra w kwadratowej butelce za dolara i 18 pakietów papierosów Monte
Carlo.

– Pokaż się. – Piotrek oblukał mnie od góry do dołu. – Nie jesteś gruba, ale
nie masz legginsów ani nawet rajstop. Weź trzy butelki i 14 pakietów.

Płacę za towar zielonymi. Można też w euro. Przeliczam szybko. Eeee, w
dolcach wychodzi taniej. Piotrek zajmuje ławkę i stolik. Zdejmuje workowate
spodnie. Ja pieprzę, on naprawdę ma te legginsy. Na łydki wkłada dwie butelki
i obwiązuje klejącą taśmą, na uda następne dwie i też okleja taśmą,
podskakuje kilka razy. Trzymają się. Naciąga na dupę spodnie, zdejmuje bluzę
i koszulkę. Z kieszeni kurtki wyciąga podarte rajstopy, pończochy i nożyczki.
Rozcina fajczane pakiety i odcina nogawki rajstop. Daje mi część.

– Masz, pakuj w to paczuszki, ile się da. Zostaw na zawiązanie po parę
centymetrów na każdej nogawce – w pięć pończoch upchałam całe 10 pakietów,
zostały mi dwie paczki.
– To włożysz w czapkę. Do torby włożysz cztery pakiety i litr wódki.

– Aż osiem, przecież norma to jeden pakiet?

– Celnicy to ludzie od nas, wiedzą, że tylko z tego żyjemy. To jest nasza
norma. Resztę trzeba brać na siebie – mówi i obwiązuje brzuch i plecy
nogawkami z paczuszkami. &
Obserwuj wątek
    • Gość: MACIEJ Re: Mrowka pracuje cialem.Makroekonomiczne umocni IP: *.ny325.east.verizon.net 02.02.03, 07:47

      NUMER 04/2003




      Mrówka pracuje ciałem

      – Czekaj. Nie ciśnij tak. Podaj mi jeszcze te dwie paczki. Nie te twarde. Będą
      mi się wbijać w dupę. Te miękkie daj. Zawiąż drugą pończochę na szyi. Tych
      trzech paczek już nie dam rady nigdzie wepchnąć. Mam już pełny stanik i gacie.
      Dobra, dołożę w czapkę. Jak mnie cofną, to z całym autobusem.

      Od kiedy polscy celnicy nie biorą w łapę od biedaków (czyt. mrówek), przemyt
      stał się harówą równie ciężką, jak kopanie rowów. Pierwszy raz w życiu byłam
      naprawdę urobiona po łokcie.

      Bartoszyce, przygraniczne miasto, prawie 30 tys. ludzi, 22 proc.
      zarejestrowanego bezrobocia, 3 markety, w tym Biedronka, kino czynne dwa razy w
      tygodniu i dziesięć kantorów. W tym obok marketu kupuję dolce na wyjazd. Gratis
      dostaję voucher. Dryndam do kas PKS:

      – Tak, nasze autobusy jeżdżą codziennie na granicę, znaczy do Bagriatonowska.
      Bilety są w cenie 14 zł.

      – To ja chciałabym zarezerwować bilet na 22.

      – Ale już nie ma biletów.

      – Nie ma? To poproszę na jutro. Też nie ma? A na kiedy są? – Jeb słuchawką.
      Głupia krowa z centrali – powiedziałam swojej podświadomości i o 21.30
      zameldowałam się na dworcu. Pełen luz. Przecież można kupować bilety u
      kierowcy.

      Jakaś odsztafirowana jak szczur na otwarcie kanalizacji babka chce mi opchnąć
      nawet 10 biletów za 22 zydle każdy. Chyba ją pogięło. Przepycham się do
      kierowcy: Bilet proszę.

      – Nie sprzedaję biletów. Bilety kupuje się w kasie. – W mig pojmuję, o co
      chodzi. Pytam głośno, czy są jeszcze jakieś autobusy do Bagriatonowska.

      – Są ruskie – odpowiada mi w konspiracji facet tak chudy, że aż przezroczysty –
      o 22.30.

      Chudzielec zawsze kupuje bilet od biletowej mafii. Jak mówi, nie ma wyjścia.
      Nie czaję, o co chodzi, ale z ciekawości czekam na ruska. Dobijają nowe mrówki
      na następny, tym razem ruski transport. Zaczynam powoli wątpić w powodzenie
      mojego wyjazdu. Podjeżdża wreszcie czerwono-biała Ekskursja. Baba w grubym
      czerwonym szaliku pakuje w kieszeń od kurtki zwinięte pończochy. – Po jakiego
      wała jej te pończochy – pomyślałam i wiedziona ślepym darwinizmem przepycham
      się do ruskiego kierowcy:

      – Zdrastwuj. Ja chacziu pakupić... – mówię mu przygotowując zestaw rąk do
      języka migowego.

      – Gdzie się pchasz, gówniaro. Lista tu jest – dociera do mnie z tylca. Odwracam
      się. To było do mnie.

      – Za kogo jesteś? – pyta mnie brzuchomówca obwiązany szalikiem po samo czoło.

      – Jak to za kogo jestem? – odpowiadam.

      – Bilet chcę kupić.

      – To nie kupisz. Mamy pełną listę. Przyjdź jutro. Może ktoś zachoruje i nie
      będzie miał zmiany. Biorę torbę i zamierzam spadać:

      – Ej ty, chcesz bilet?

      – Jasne.

      – Dawaj czternaście zeta.

      – Łłeee – wykrzywiam gębę do szalikowca z listą. No i jadę na przemyt ruską
      rejsówką. O godz. 23.00 ruszamy z dworca.

      – Nowa jesteś – mówi do mnie smarkacz z siedzenia obok. – Gdzie się uczysz? Ja
      zaocznie w Olsztynie. Marketing studiuję prywatnie. Kiedyś otworzę własny sklep
      albo market jak ten P... A teraz muszę jeździć. Inaczej zdechnę z głodu, bo w
      mieście już nawet rowów nie kopią. Bezrobocie i złodziejstwo.

      – Ja też studiuję. Dziennie... – odpowiadam konspiracyjnie krótko.

      – Uuuu. No proszę, to twoi starzy pracują jeszcze. Masz farta. Mnie na dzienne
      nie byłoby w życiu stać. Skończyłem ogólniak i dupa. Moi starzy mają eksmisję.
      Spółdzielnia zażyczyła sobie 850 zł czynszu za cztery pokoje 69 mkw. Ochujała
      chyba, bo ten blok to nieremontowana dziura. Muszę im pomagać. Mój brat też
      jeździ i to ich ratuje. Ojciec kiedyś był magazynierem w państwowej fabryce
      mebli. Zakład kupił Szwab, nazwał MM International i rozpiździł wszystko.
      Ciągle zwalnia ludzi. Chodzą ploty, że zamyka firmę i przenosi się na Ukrainę,
      bo tam tańsi robole i zero podatków. Mama była pielęgniarką, ale ta zasrana
      kasa chorych nie podpisała z nią umowy. Teraz kwitnie w chałupie i nawet żarcia
      nie gotuje, bo ma depresję. Patrz, wszyscy ci młodzi tutaj mają to samo na
      głowie.

      Rozglądam się po autobusie, połowa z całego 45-osobowego transportu to
      gówniarzeria.

      – Ta babcia w niebieskiej czapce była kiedyś kimś od kultury w pezetpeerze.
      Znana postać w Bartoszycach, dużo dla miasta robiła. Teraz, gdyby nie granica,
      nie miałaby co do gara włożyć, taką ma emeryturę.

      – Wyciągać paszporty! – krzyczy ktoś z przodu. Zerkam przez szybę. Dojechaliśmy
      do Bezled. Na zegarku 00.30. Do autobusu wchodzą wopiści. Zabierają paszporty
      do podstemplowania. Kierowca otwiera kufry bagażowe.

      – Po co oni sprawdzają autobus? – pytam Piotrka, co jego starzy mają eksmisję.

      – Prowizorka. Celnicy nie sprawdzają w ogóle. Po co. Wszyscy wiedzą, że nie
      jedziesz na wycieczkę ani odwiedzić przyjaciół w Bagriatonowsku.

      Mijamy polską celnicę i zatrzymujemy się dopiero za ruską bramą.

      – Dobra, bierz paszport i wysiadamy. – Piotrek ciągnie mnie za rękaw. Każdy
      osobno podchodzi do celniczej budy. Zerkam do tyłu. Piotrek kłóci się z ruskim
      celnikiem. Daje mu forsę i wsiada do autobusu. Ruska celniczka porównuje mnie
      ze zdjęciem, rysuje coś na voucherze, stempluje paszport i mogę spadać do
      autobusu. Piździ jak na Grenlandii.

      – Kurwa – mówi Piotrek, gdy siadam obok niego – ten ruski chuj zdarł ze mnie 20
      baksów.

      – Za co?

      – Bo mam kolczyki w uchu.

      – Przecież nie masz.

      – To normalka. Pewnie ma jakąś bibę w chałupie, to pobiera haracz, wał jeden.

      – A jak byś mu nie dał?

      – To bym tu sobie na was poczekał do środy na przykład.

      Przekroczyliśmy ruską granicę. Patrzę na zegarek. 1.30. 15 min później mamy
      przystanek.

      – No i mamy górkę. Idziemy na zakupy mała – Piotrek szturcha moją torbę. – A
      namiot też wzięłaś?

      – Co? – pytam.

      – W torbę możesz wziąć tylko normę, resztę zakładasz na siebie i to tak, żeby
      nic nie było widać. Masz pończochy, legginsy i szeroką taśmę klejącą?

      – Jasne i klej biurowy – odpowiadam śmiejąc się głupio, ale po piętnastu
      minutach już nie jest mi tak wesoło. Łażę za Piotrkiem jak cień, bo on wszystko
      tu kuma. Górka to plac z kilkunastoma małymi budkami – sklepikami. W każdej
      budce, oprócz wódki, fajek, kawy i słodyczy, są stoliczki i ławki, nie do
      relaksowania bynajmniej. Po nabyciu towaru na tych ławeczkach ludzie zmieniają
      się w mrówki. Piotrek kupuje sześć butelek wódki Wielkopolskiej, pół litra w
      kwadratowej butelce za dolara i 18 pakietów papierosów Monte Carlo.

      – Pokaż się. – Piotrek oblukał mnie od góry do dołu. – Nie jesteś gruba, ale
      nie masz legginsów ani nawet rajstop. Weź trzy butelki i 14 pakietów.

      Płacę za towar zielonymi. Można też w euro. Przeliczam szybko. Eeee, w dolcach
      wychodzi taniej. Piotrek zajmuje ławkę i stolik. Zdejmuje workowate spodnie. Ja
      pieprzę, on naprawdę ma te legginsy. Na łydki wkłada dwie butelki i obwiązuje
      klejącą taśmą, na uda następne dwie i też okleja taśmą, podskakuje kilka razy.
      Trzymają się. Naciąga na dupę spodnie, zdejmuje bluzę i koszulkę. Z kieszeni
      kurtki wyciąga podarte rajstopy, pończochy i nożyczki. Rozcina fajczane pakiety
      i odcina nogawki rajstop. Daje mi część.

      – Masz, pakuj w to paczuszki, ile się da. Zostaw na zawiązanie po parę
      centymetrów na każdej nogawce – w pięć pończoch upchałam całe 10 pakietów,
      zostały mi dwie paczki.
      – To włożysz w czapkę. Do torby włożysz cztery pakiety i litr wódki.

      – Aż osiem, przecież norma to jeden pakiet?

      – Celnicy to ludzie od nas, wiedzą, że tylko z tego żyjemy. To jest nasza
      norma. Resztę trzeba brać na siebie – mówi i obwiązuje brzuch i plecy
      • Gość: MACIEJ Re: Mrowka pracuje cialem.Makroekonomiczne umocni IP: *.ny325.east.verizon.net 02.02.03, 07:55


        Mrówka pracuje ciałem cd.



        – Aż osiem, przecież norma to jeden pakiet?

        – Celnicy to ludzie od nas, wiedzą, że tylko z tego żyjemy. To jest nasza
        norma. Resztę trzeba brać na siebie – mówi i obwiązuje brzuch i plecy nogawkami
        z paczuszkami. – Zawsze najpierw kupuj te miękkie fajki, twarde piłują jak
        cholera, no i mniej się mieści. Piotrek pakuje na siebie 14 pakietów, każdą
        nogawkę obkleja kontrolnie taśmą, nawet tę na szyi. Obwiązuje się szalikiem. –
        Piździ w zimę, ale ile można towaru napchać. – Piotrek przejęty pomaga mi
        obwiązać pończochy. Nakładam sweter. – Trochę to chujowo wygląda, masz za małe
        plecy – wyrokuje Piotrek. Nakładamy kurtki. Czuję się jak Transformers.
        Wszystko mnie ciśnie, a pakiet na szyi dusi. Mówię to Piotrkowi.

        – Nie świruj, bo kariery tu nie zrobisz. W zeszłym tygodniu taka babka kipnęła
        w budce obok. Przy pakowaniu właśnie. Miała 40 lat i jeździła codziennie, nawet
        w weekendy. Miała wylew czy coś. Od tej pory mrówki zawsze stawiają jej znicz
        obok tej budki. Wychodzimy ze sklepiku. Dwadzieścia metrów dalej hajcuje się
        pięć zniczy. Wsiadamy do autobusu. Ktoś z przodu zbiera po dwa dolary od łba.

        – To dla ruskich celników haracz za wjazd – uprzedza moje pytanie Piotrek. –
        Puszczą cały autobus bez sprawdzania.

        Wjeżdżamy na polską stronę. Tym razem wychodzimy już z autobusu. Celnik patrzy
        na mnie podejrzliwie, rzucam mu głupi uśmiech. On zagląda mi w torbę i w końcu
        dostaję stempel w paszport. Wsiadam do autobusu. Za mną telepie się Piotrek.
        Patrzymy przez szybę. Emerytkę z pezetpeeru biorą na osobistą.

        – Ta to jest głupia – cały czas jeździ z tym pasem. Kumasz? Uszyła sobie taki
        gorset wiązany z tyłu. No niby wpycha tam te siedem pakietów, ale przynajmniej
        raz w tygodniu ją czyszczą.

        – Co robią? – rżnę głupa.

        – No, zabierają towar i wlepiają mandat 200 zł. Raz kasowali ją trzy kursy pod
        rząd. Równowartość miesiąca mrówczanej roboty. Tyle razy jej mówiłem. Kiedyś
        jeździła pekaesem, ale tam mafia skupuje z kas i sprzedaje droższe bilety, poza
        tym trzeba kupować raz na dziesięć dni ruskie ubezpieczenie za dwa dolce.

        – Równowartość miesiąca roboty?

        – A ty co myślałaś, że pół miasta z przemytu kupisz. Kiedyś może tak, ale
        teraz. Przepisy się pozmieniały i czarni tajniacy przyjeżdżają na inspekcje.
        Celnicy też srają w gacie. Jak sprzedasz towar za 150 zeta, to zarabiasz jakieś
        30–40 zł. Dziennie pod marketem więcej nie sprzedasz. Wóda chodzi za 8
        złotówek, w sklepie masz za 14. Ostatnio w Biedronce pół litra Wielkopolskiej
        było nawet za 13.

        Patrzę na zegarek. Dochodzi czwarta. Zerkam przez okno. Jest ciemno jak w
        dupie.

        – Ty – mówię do Piotrka – a ten autobus nie mijał nas wcześniej.

        – Ten? – Piotrek pokazuje na turystyczny polski autobus. – Mijał. I może minąć
        jeszcze trzy razy.

        – Nie świruj, po co obraca w kółko na tej granicy?

        – Celnicy ich cofają. W autobusach wycieczkowych organizowanych przez biura
        podróży są normy. Litr wódy i osiem pakietów. Jak celnicy złapią jednego, co
        przekroczył normę, zabierają towar i cofają cały autobus, nie sprawdzając
        reszty. I tak jeden autobus może krążyć sobie po polskiej stronie przez 24
        godziny. Raz byłem na turystycznym i jeździliśmy w kółko przez 35 godzin. W
        naszej ruskiej rejsówce każdy odpowiada za siebie. Autobusy rejsowe muszą
        przejechać przez granicę. Takie jest prawo.

        – Ty, a jak ludzie naprawdę jadą na wycieczkę?

        – Gdzie, do Bagriatonowska?

        – No nie. Na przykład – do Kaliningradu?

        – Aaaa. Ta. Raz moja ciotka, nauczycielka, pojechała na taką wycieczkę z biura
        podróży. Zorganizowana na zamówienie tylko dla nauczycieli. Był program cały
        ułożony za 50 zł ze wstępami i przewodnikiem. Miało być Muzeum Bursztynu,
        katedra, a nawet statek podwodny. A był dworzec i bazar. W dodatku krążyli na
        granicy cały dzień, bo nauczyciele zrobili zakupów mocno ponad normę nawet
        naszą, mrówczaną. Dla wszystkich tu jest jasne jak słońce, że do ruskich jeździ
        się tylko w jednym celu.

        Godzina 4.15. Kierowca włącza radio. Wszyscy są wyluzowani: Tyry ryry ryn
        (znajomy dżingiel). Wiadomości eremefefem. Tyry ryry ryn. Komisarz ds.
        rozszerzenia Unii Europejskiej Ginter Ferhojgen i premier Leszek Miller...
        Dalej nie słyszę, bo radio zagłuszył zachrypły głos z przodu: – Ja tą Unię to
        bym kurwa w kosmos wysadził, z Millerem razem.

        – Jak nam uszczelnią te granice, to trzeba będzie kraść, bo z czego żyć w tym
        gównie – dodaje łysawy facet z boku, po czym wstaje i kończy – Wszyscy jak tu
        siedzimy i całe nasze rodziny powinny zapieprzać na to śmieszne referendum i
        zaznaczyć NIE, bo inaczej zdechniemy z głodu przez tych komisarzy...

        – Ja zagłosuję na TAK, żeby móc spierdalać stąd jak najdalej, choćby tynki
        kłaść w Anglii, ale mieć z czego żyć – mówi mi Piotrek.

        Autor : Katarzyna Nowak


          • Gość: MACIEJ Re: Swiat wedlug Kiepskich IP: *.ny325.east.verizon.net 02.02.03, 15:43
            Gość portalu: marcee napisał(a):

            > No i jeszcze jeden odcinek kapitalnie zabawnej telenoweli tym razem w wersji
            do
            >
            > poczytania.
            > Problemem niektorych osob jest to iz nie proboja nawet zmierzyc sie z zastana
            > rzeczywistoscia, z czego najbardziej cieszy sie autorka reportazu.

            Tez prawda.
            A ci co nie umieja pisac jak ona wybieraja sie na Ekskursje.
            • Gość: syndyk3RzP wolny rynek nie zna granic IP: *.vif.net 03.02.03, 08:39
              jeżeli publikowanie reportaży takich jak ten nie jest jeszcze zakazane w ramach
              ciszy przedEuroreferendalnej - to może powinno się zadedykować go żyjącym
              ciągle wśród nas - i to przecież całkiem nieźle - twórcom i architektom
              polskiego cudu gospodarczego i Bananowej Rzeczpospolitej...jak p.Balcerowicz,
              Kwaśniewski, Michnik i inni?
        • Gość: Zbigniew Re: Mrowka pracuje cialem.Makroekonomiczne umocni IP: *.kra.cdp.pl / *.magic-net.pl 05.02.03, 11:14
          MACIEJ !
          Spytajmy się JORla co się dzieje z tymi papierosami później.Otóż przewożone są
          one na granicę zachodnią i przez inne mrówki przenoszone do Niemiec.
          Dokładnie w ten sam sposób tylko , że pociągiem lub na piechotę.Są tacy co
          robią kilka kursów dziennie.
          Następnie wietnamczyki czy polakoniemcy je kupują i sprzedają jedno euro taniej
          niż oficjalna cena.Tak więc mrówkowanie to gałąź gospodarki dająca zatrudnienie
          chyba największej liczbie osób.
          • Gość: MACIEJ Re: Mrowka pracuje cialem.Makroekonomiczne umocni IP: *.ny325.east.verizon.net 05.02.03, 19:37
            Gość portalu: Zbigniew napisał(a):

            > MACIEJ !
            > Spytajmy się JORla co się dzieje z tymi papierosami później.Otóż przewożone

            > one na granicę zachodnią i przez inne mrówki przenoszone do Niemiec.
            > Dokładnie w ten sam sposób tylko , że pociągiem lub na piechotę.Są tacy co
            > robią kilka kursów dziennie.
            > Następnie wietnamczyki czy polakoniemcy je kupują i sprzedają jedno euro
            taniej
            >
            > niż oficjalna cena.Tak więc mrówkowanie to gałąź gospodarki dająca
            zatrudnienie
            >
            > chyba największej liczbie osób.

            A ja juz zaczynalem miec podejrzenia,czemu JOrl tak czesto do Polski przyjezdza?
            Zaczyna sie powoli wyjasniac,ze to nie tylko na zupe ogorkowa do mamuski wpada
            ale przy okazji prowiant z Polski do Niemiec wozi.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka