mantis1 10.06.03, 11:30 jw. Na wegrzech w zeszlym tygodniu zdewaluowano zlotego o 2%. U nas zagraniczni poki co uciekaja i zloty sie oslabia. Czy be3dzie mial masowy odplyw spekulantow? i zdewaluuja zlotego? pzdr. Odpowiedz Link Zgłoś czytaj wygodnie posty
darr.darek Re: Czy grozi nam dewaluacja zlotego? 10.06.03, 15:13 mantis1 napisał: > jw. Na wegrzech w zeszlym tygodniu zdewaluowano zlotego o 2%. U nas > zagraniczni poki co uciekaja i zloty sie oslabia. Czy be3dzie mial masowy > odplyw spekulantow? i zdewaluuja zlotego? Akurat największy spekulant, czyli czerwoni rozpieprzacze, nie zamierza rezygnowac z dotychczasowej działalności podbijania kursu złotego i utrzymywania ujemnego bilansu handlowego, poprzez pożyczanie dewiz i wymienianie na złotówki w celu bieżącego rozpieprzania . Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: B Re: Czy grozi nam dewaluacja zlotego? IP: *.mtnet.com.pl 10.06.03, 16:33 nie zamierza rezygnowac, ale chocby nie wiem jak sie staral moze sie tak zdarzyc, ze juz nie bedzie czego rozpieprzać. Biorę ostatnio bilans przewidywanych wydatkow i wplywow do 2005 naszej kochanej ojczyzny i sie nic nie zgadza. Po prostu nijak sie nie zgadza. być moze zagranicy tez sie nie zgadza, byc moze zagranica przeczytala uwaznie m.in. artykul Aldony Kameli-Sowinskiej z "Rzepy" pt. - siadajmy do negocjacji z Klubem Paryskim co do przesuniecia o 10 lat splaty dlugow a z Unia co by nam darowala wydatki na ochrone srodowiska (ktorych brak bardzo zwieksza konkurencyjnosc USA) B Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: marcee bilans biologa IP: *.krakow.cvx.ppp.tpnet.pl 10.06.03, 17:35 a co sie nie zgadza w tym bilansie, moglibyscie z darkiem cos wiecej napisac bo juz mnie nudzi czytanie MAcieja i Baski Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: B bilans ALDONY KAMELI-SOWIŃSKIEJ IP: *.mtnet.com.pl 10.06.03, 20:19 Żeby skorzystać na wejściu do Unii Europejskiej, potrzeba nie reformy, ale rewolucji w finansach publicznych. I to już dziś. Szansa, ale niepewna RYS. ANDRZEJ JACYSZYN W wejściu do Unii Europejskiej widzę szansę dla Polski i Polaków na historyczny awans cywilizacyjny, gospodarczy i kulturowy. Ale to tylko szansa - stan dany wszystkim. Obawiam się jednak, że możemy tę szansę stracić. Jednym z najpoważniejszych zagrożeń skorzystania na przystąpieniu do Unii Europejskiej jest stan zadłużenia państwa. Dzisiaj wynosi ono 385 mld zł, a na każdego z nas przypada ok. 9400 zł. Dług sam w sobie nie jest niczym złym: to źródło dodatkowych pieniędzy na wzrost i rozwój. Trzeba jedynie wiedzieć, kiedy i z czego zostanie spłacony. Tymczasem zadłużenie kraju jest niebezpiecznie blisko konstytucyjnego progu - 60 proc. PKB - którego nie może przekroczyć. Ministerstwo Finansów przewiduje, że w roku 2006 będzie ono wynosiło 59,9 proc. PKB. Różnica mieści się zatem w granicach błędu statystycznego. A do spłacenia "żywą gotówką" mamy dług wobec Klubu Paryskiego - do roku 2010 razem 87 mld zł. Najgorsze są lata 2005 - 2007, gdy płatności wyniosą odpowiednio 12,4 mld, 14 mld i 15,2 mld zł. W tym samym czasie musimy zgodnie z traktatem podpisanym z UE ponieść nakłady na ochronę środowiska, wynoszące ponad 12 mld rocznie (a w szczytowym roku 2006 - 14 mld). Do tego dochodzi składka członkowska i inne wydatki, takie jak współfinansowanie funduszy strukturalnych czy przygotowanie projektów, opłacane bezpośrednio z budżetu: 14,8 mld zł w 2005 i 17,5 mld w roku 2006. Razem są to wydatki gigantyczne, bo 40 mld zł w 2005, 45 mld zł w 2006 i 50 mld w 2007 roku. Szpitale, ZUS, reprywatyzacja Czarnego obrazu dopełnia zadłużenie szpitali - około 8,5 mld zł. Wprawdzie nie jest to dług bezpośrednio obciążający budżet państwa, istnieje też pomysł emisji obligacji gwarantowanych przez skarb państwa celem oddłużenia szpitali, ale w ostatecznym rozrachunku i tak sprowadzi się to do obciążenia spłatą przyszłych pokoleń. Bo czy zadłużone szpitale, mając wielkiego gwaranta, jakim jest państwo, będą spłacać swoje długi? Podobna sytuacja jest z długiem państwa w stosunku do ZUS; dziś to już 9,5 mld zł. Pieniądze na jego spłatę miały pochodzić z prywatyzacji. Zostały zapisane w budżecie państwa jako jego przychód, który, jak planowano, miał być przeznaczony na wpłatę do ZUS. Pieniędzy z prywatyzacji jednak nie ma - jak więc i z czego spłacimy ten dług? Emisja obligacji gwarantowanych przez państwo oznaczałaby kolejne zadłużenie przyszłych pokoleń i obowiązek budżetu. Dług publiczny liczy bowiem się wraz z obciążającymi budżet gwarancjami i poręczeniami. Do UE przystępujemy, nie rozwiązawszy problemu reprywatyzacji (koszt 40 mld zł) i mając w perspektywie spłatę około 20 mld zł za samolot wielozadaniowy. A gdzie środki na dopłaty dla rolników, które będziemy finansować z krajowego budżetu? Unia to twardy partner, dotrzymuje słowa i temu da więcej, kto sam więcej wyłoży. A my dzisiaj nie mamy pieniędzy, które można by wyłożyć. Moglibyśmy zaciągnąć dług i spłacać go w późniejszych, lepszych latach - ale też nie możemy. Już w latach 2004 - 2005 dług publiczny sięgnie niemal konstytucyjnego pułapu 60 proc. PKB. Tę ostatnią szansę, jaką jest zaciągnięcie długu na pokrycie pierwszych wpłat do Unii Europejskiej, zaprzepaścił obecny rząd w roku 2002, zwiększając dług publiczny o ponad 50 mld zł. Pieniądze poszły na bieżącą konsumpcję i w dużej mierze "skonsumowały" szansę, jaką stanowi Unia Europejska. Co trzeba zrobić Budżet na rok 2004 można jeszcze przygotować, wykorzystując wszelkie rezerwy. Następne lata to dramat dla budżetu, stracone szanse i pieniądze z Unii Europejskiej. Żeby tego uniknąć, potrzeba nie liftingu, nie reformy, ale rewolucji w finansach publicznych. I trzeba ją przeprowadzić już dziś, a nie w roku 2004 czy później. Niezbędne jest przy tym jednoczesne posłużenie się wieloma instrumentami. Trzeba zatem: - Rozpocząć negocjacje w sprawie rozłożenia spłaty długu Klubu Paryskiego na dłuższy okres. Już nawet nie marzę o zmniejszeniu tego długu, tylko o "spłaszczeniu" wypłat i przesunięciu ich na lata po roku 2005. Niekorzystne dla Polski rozłożenie w czasie terminów spłaty długu Klubu Paryskiego powoduje, że gospodarka jako całość, jako organizm ekonomiczny będzie płatnikiem netto do Unii Europejskiej. - Negocjować terminy uruchomienia nakładów na ochronę środowiska. 160 mld zł, jakie do 2015 roku Polska ma na ten cel wyłożyć, musi być przesunięte na lata 2010 - 2015, kiedy będą odczuwalne skutki realizacji pierwszych programów strukturalnych, choćby w infrastrukturze. Również w tym przypadku nie myślę o zmniejszeniu tych kwot, ale o ich innym, korzystniejszym dla Polski rozkładzie na poszczególne lata. - Zmniejszyć obciążenia podatkowe dla firm do 20 proc. - Zwiększyć podstawę podatkową amortyzacji. W dobie najnowocześniejszej techniki i technologii amortyzowanie maszyn i urządzeń przez 7 lat ma tylko wymiar fiskalny. - Zwiększyć liczbę wydatków, jakie można do celów podatkowych zaliczać do kosztów uzyskania przychodów. - Zmniejszyć pomoc publiczną dla nierentownych państwowych firm. Nie może być tak, że z pieniędzy podatników utrzymywane są upadające kopalnie, huty i Polmosy. Tylko w roku 2001 dołożyliśmy do nich 10,8 mld zł. - Przywrócić normalną funkcję KRUS. Ma to być ubezpieczenie dla produkujących rolników, a nie dla wszystkich posiadających ziemię rolną. Dlaczego w KRUS ubezpieczeni są taksówkarze, lekarze, adwokaci i inne wolne zawod? Odpowiedź jest prosta - bo system prawny na to pozwala. Po co KRUS pięćdziesięcioosobowa rada nadzorcza? - Zmienić strukturę wydatków na pomoc społeczną, tak żeby przez pierwsze trzy lata po wejściu do Unii, kiedy podrożeje żywność i lekarstwa, najubożsi odczuli to w jak najmniejszym stopniu. Dzisiaj 20 proc. pomocy społecznej trafia do faktycznie potrzebujących, a 80 proc. do sprytnych, ponieważ przepisy to umożliwiają. Tych "trzeba" jest bardzo dużo: to cały program gospodarczo-społeczny, który bezwzględnie musi być zrealizowany, żeby nie zmarnować szansy, jaką daje Polsce członkostwo w Unii Europejskiej. Nieprzygotowana administracja Innym obszarem stwarzającym zagrożenie, iż wejście do Unii Europejskiej nie zostanie przez Polskę wykorzystane, jest zupełnie nieprzygotowanie struktury rządowej do opracowania projektów współfinansowanych przez Unię. Tylko ten, kto nigdy nie spotkał się z procedurą pozyskiwania środków pomocowych, ma jasność sądu niezmąconą znajomością rzeczy. Inni są poważnie zatroskani. Każdy projekt to od kilkudziesięciu do kilkuset stron wniosku po angielsku. Wniosek jest wysoce sformalizowany, często wymagane są w nim dane, których się nie rejestruje, np. w systemie księgowości budżetowej w samorządach. Te ostatnie zgodnie z własnymi siłami, możliwościami i rozeznaniem szykują się do wchłonięcia środków unijnych. To bardzo dobre. Ale gdzie jest Krajowe Biuro Unii, gdzie jest 700 przeszkolonych przez rząd urzędników, którzy w każdym powiecie będą na co dzień przygotowywali wnioski, podpowiadali pomysły, podawali wzorce i poprawiali angielski? I gdzie jest szef Krajowego Biura Unii, który "głową", do trzeciego pokolenia, będzie odpowiadał za to, żeby projekty finansowane przez Unię Europejską jakościowo i ilościowo odpowiadały standardom? W Polsce jest wiele młodych dobrze wykształconych ludzi po studiach europejskich czy podobnych, znających angielski - i pracujących jako sekretarki. Mieszkają w całym kraju i jako urzędnicy państwowi w ramach jednej struktury mogą pracować w powiecie, u marszałka województwa czy prezydenta miasta. I nie trzeba nowych etatów: wystarczy je przesunąć z ministerstw i urzędów centralnych (chodzi o etaty, nie ludzi). Z Minister Odpowiedz Link Zgłoś