Gość: robi
IP: 62.233.197.*
23.08.03, 13:50
Nie lubię tego bufona Ziemkiewicza, choćby za jago chamskie
felietony o przeciwnikach akcesji. Tym razem jednak postawił moim
zdaniem słuszną tezę: jeżeli nie bedzie reform (a raczej nie
będzie) wzrost gospodarczy nie uchroni nas przed kryzysem
finansowym.
"Samo się zrobi
Socjaldemokratyczne reformowanie finansów państwa ma cykl
dwufazowy. W fazie pierwszej, gdy gospodarka jest w stagnacji,
socjaldemokracja zapewnia, że doskonale sobie zdaje sprawę, jak
bardzo taka reforma jest potrzebna, ale, niestety, w chwili
obecnej "nie ma przestrzeni dla obniżki podatków", dochody budżetu
i tak ledwie wystarczają na opędzenie wydatków, a owe wydatki są
już tak poobcinane, że bardziej nie można. Faza druga zaczyna się,
gdy gospodarka rusza z miejsca (następujące od czasu do czasu
ożywienie gospodarcze wynika z praw natury i nawet najbardziej
lewicowe rządy nie są w stanie całkowicie mu zapobiec). Wtedy
pytania o reformę zaczynają być po prostu zbywane wzruszeniem
ramion. Po co reformować, jeśli samo idzie w dobrym kierunku?
Produkcja wzrasta, a skoro tak, to przybędzie miejsc pracy i
wzrosną dochody z podatków. Nic nie trzeba robić, byczo jest, kto
nie wierzy, niech poczyta statystyki. Może nie tak byczo jak za
poprzednich rządów SLD, kiedy socjaldemokraci radośnie
zmarnotrawili i przerobili na wyborczą kiełbasę wypracowany przez
solidarnościowe gabinety sześcioprocentowy wzrost PKB, ale w
każdym razie można już odetchnąć z ulgą i zaprzestać nawet
pozorowania prac nad reformami.
Wiele wskazuje, że myślenie członków rządu i podwładnych weszło
już w fazę drugą. Nie dalej niż wczoraj oglądałem w telewizji
któregoś z szefów odpowiedzialnych za Fundusz Pracy, jedną z owych
dziwacznych agend, które dla ratowania na papierze rządowych
bilansów brną w długi w bankach komercyjnych (długi agencji i
funduszy nie są bowiem oficjalnie wliczane do deficytu
budżetowego, jakby zaciągano je na konto świętego Mikołaja, a nie
podatników). Wspomniany fundusz pobił w tym roku kolejny rekord,
wyczerpawszy swe środki już w lipcu, a jego zadłużenie
prawdopodobnie zamknie się na koniec roku sumą od 3 do 3,5
miliarda złotych. Co miał do powiedzenia dziennikarzom i
podatnikom odpowiedzialny za to urzędnik? To, że przecież wzrasta
nasz eksport i poprawia się koniunktura, więc spoko, będzie
lepiej.
Poprawa kilku wskaźników najwyraźniej wystarczyła, aby prominenci
lewicy uznali, iż kłopoty mają za sobą. Warto im przypomnieć, że i
w Meksyku, i w Czechach, i w Argentynie w przededniu krachu
finansowego te same wskaźniki wyglądały równie dobrze, a nawet
znacznie lepiej. Wzrost eksportu i produkcji to jedno, a kryzys
finansowy - drugie. Będzie lepiej - zapewniają niewzruszenie
Miller i jego ministrowie. Ale kiedy? Po 2005 roku, odpowiadają
zgodnie. Innymi słowy, nawet oni sami przyznają, że lepiej będzie
dopiero wtedy, kiedy SLD przestanie rządzić. To zapewne prawda,
ale skoro premier i ministrowie to wiedzą, chciałoby się, żeby
zechcieli poprzeć słowa czynem i pożegnać się wreszcie z
gabinetami, które zajmują z najgorszym dla Polski skutkiem.
Rafał A. Ziemkiewicz"
www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_030823/publicystyka/publicystyka_a_5.html