Przemysł zabiera absolwentów

    • Gość: angrusz Przemysł zabiera absolwentów IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 27.07.08, 14:14

      Mozna i pracowac w przemysle i robić doktorat .

      W mojej karierze zawodowej już raz spotkałem szefa stalowni , który
      w wieku ok. 50 lat zrobił doktorat i nauczyciela polonistę w wieku
      55 lat też zrobił doktorat .
      Tak. To wymaga sporo samozaparcia i ambicji , no ale i pieniędzy
      też .
    • Gość: aparatowy Przemysł zabiera absolwentów IP: *.159.31.78.cable.morena.jarsat.pl 27.07.08, 15:51
      Jestem inżynierem w rafinerii, niecały rok pracy, 10 lat w innej
      firmie i co? Jestem zwykłym fizolem z 2200 na rękę.
    • tafasola Re: Przemysł zabiera absolwentów 28.07.08, 11:59
      Aha.
      Według prof. Lutego błędne jest przekonanie, że człowiek po 5 latach
      studiów powinien na siebie zarabiać.
      Oczywiście, nie. Powinien robić doktorat i odbębniac idiotyczną
      dydaktykę nie na temat, w ilościach niewyobrażalnych, w soboty
      niedziele i po 18, bez dodatkowej zapłaty.
      W tym czasie powinni go utrzymywac rodzice, którzy już zbliżają się
      (najbidniej licząc) do emerytury i pewie myśleli sobie, że jak
      dziecko skończy studia, to odetchną (niestety, żyjemy w takim kraju,
      że większość studentów dziennych jest ostro wspierana przez
      rodziców).
      W czasie studiów doktoranckich nie będzie miał ubezpieczeń
      (przynajmniej do 26 rż, a ZUS-u nie będzie miał w ogóle). Nie będzie
      miał zniżek (poza wyjątkami), nie weźmie kredytu, nie będzie miał
      żadnych przywilejów rynku pracy. Jeśli pójdzie do pracy, będzie mu
      potwornie ciężko pogodzić ją z dydaktyką, ponieważ doktoranci (co
      jest jakos tam zrozumiałe) dostają najgorsze godziny, okienka itp.
      Doktoranci to wyrobnicy i żadne wielkie słowa tego nie zmienią.
      Obroniłam mój doktorat (specjalizacja techniczna) 5 lat temu. W
      czasie studiów doktorackich urodziłam dwoje dzieci, studiów nie
      przedłużałam. Dzięki otwartej postawie promotora mogłam połączyć
      jakoś wszystko, choć sprowadzało się to do pisania pracy po nocy (bo
      na uczelni w ciągu dnia to dydaktyka i różne wrzutki). Nie miałam
      płatnego macierzyńskiego, więc choć ze stypendium i grantu
      zarabiałam przyzwoicie, to w czasie przerwy nie miałam ani grosza.
      Nie chciałam kontynuowac kariery na uczelni, więc ominęło mnie
      jakiekolwiek rozczarowanie związane z brakiem etatów. Ze SD
      pamiętam, poza nieprzespanymi nocami, brak jakichkolwiek przywilejów
      pracowniczych, które mieli etatowi pracownicy: fundusz socjalny=0,
      moje dzieci nie dostawały paczek na Mikołaja, nie mogły iśc na
      zabawę. Nie mogłam wykupić wczasów ze zniżką w ośrodku uczelni, nie
      pojechałam na tańszą wycieczkę itp. Niby niewielka tragedia, ale w
      kontekście tego płaczu za doktorantami, wygląda jakos tak dziwnie.
      Jeśli chodzi o obowiązki, mieliśmy takie same jak etatowi.
      Dydaktyka, urlop tylko 6 tygodni, nie 3 miesiace przerwy jak
      studenci, poprawianie nie swoich kolokwiów, przygotowywanie nie
      swoich prezentacji itp.
      Pare miesięcy po doktoracie, gdy odchowałam dziecko, poszukałam
      pracy, znalazlam bez problemu, niedawno zmieniłam, tez bez problemu.
      Tytul doktora to coś, z czego jestem dumna, ale drugi raz bym się
      nie zdecydowała, nie na takich warunkach. Moze pracując, zaocznie
      tak. Studia doktoranckie nie.
      Do dzisiaj nie dostałam zapłaty za dydaktykę w soboty i niedziele,
      mimo ze rachunek do rozliczenia przedstawiłam na czas :)
      Gorsza jest historia mojego kolegi, który napisal znakomity
      doktorat, pracę realizował siedząc za granicą w fabryce, na tych
      własnie "kolanach" o których pisze autor pierwszego postu. Praca po
      angielsku, bardzo ciekawa i praktyczna, doktorat z wyróżnieniem.
      ogólnie rzadkość w powodzi dziwnych tematów rozpraw doktorskich. Po
      obronie (bo pan, panie X, jest dla nas bardzo cenny), zaproponowano
      mu kilka miesięcy za darmo, potem pół roku na zleconych, a od
      stycznia, wie pan, zwolni się etat techniczny, to pan by wskoczyl :)
      Kolega poszedł pracowac do przemysłu.
      Inną niezwykle irytującą sprawa, ale to już chyba specyfika polska,
      jest wzajemny stosunek do siebie kadr z przemysłu i uczelni. Zmaiast
      tworzyć konsorcja i rozwalać praktyczne problemy wolą udowadniać,
      że "ci na uczelni to teoretycy, nic nie wiedzą", a "ci w przemyśle
      to tacy najgorsi bez horyzontów i umiejętności myślenia". Przy takim
      podejściu to kadry nam w ogóle do niczego niepotrzebne. Ale to już
      osobny temat...
Inne wątki na temat:
Pełna wersja