Gość: gość
IP: 212.87.241.*
16.03.09, 22:11
“Unijnym popiwkiem” w polskie stocznie
Aktualizacja: 2009-03-16 11:18 am
Byłe NRD-owskie stocznie dzięki pomocy państwa (na co zezwala Niemcom unijne
prawo) są unowocześniane, rozbudowywane i mają się dobrze, a będą się miały
jeszcze lepiej po likwidacji polskich stoczni.
Stocznie gdyńska i szczecińska w świetle unijnego prawa nie mogły korzystać z
pomocy środków publicznych i teraz wraz z procentami muszą je zwrócić. W tym
celu mogłyby sprzedać część swojego majątku, opłacić należności i przy
zmniejszonym potencjale kontynuować swoją działalność. Skąd zatem wziął się
pomysł sprzedaży całego majątku stoczni, wielokrotnie przewyższającego
zobowiązania, oraz ich likwidacji w sytuacji, gdy takie zalecenie nie leżało w
kompetencji Komisji Europejskiej?
Funkcjonowanie w Polsce wolnego rynku według unijnych zasad nie przewiduje
pomocy publicznej dla podmiotów gospodarczych, chyba że takie odstępstwo
zostałoby uzgodnione z Komisją Europejską (KE). W negocjacjach związanych z
naszym wstąpieniem do UE nie poruszono nawet możliwości specjalnego
potraktowania przemysłu okrętowego w okresie jego restrukturyzacji, choćby w
oparciu o niemiecki precedens
Traktat ustanawiający Wspólnotę Europejską (TWE)1 w sekcji pt. “Pomoc
przyznawana przez państwa” w art. 87 ust. 1 zastrzega, że państwo członkowskie
nie ma prawa udzielać pomocy przedsiębiorstwom w jakiejkolwiek formie. Ale już
ust. 2 ma brzmienie: “Zgodna ze wspólnym rynkiem jest: (…) c) pomoc
przyznawana gospodarce niektórych regionów Republiki Federalnej Niemiec
dotkniętych podziałem Niemiec, w zakresie, w jakim jest niezbędna do
skompensowania niekorzystnych skutków gospodarczych spowodowanych tym
podziałem”. Zauważmy, że w tym zapisie “pomoc (…) niezbędna” - jej skala,
zakres i czas trwania są pozostawione do interpretacji rządu niemieckiego.
Oczywiście zasadniczą przyczyną zacofania gospodarczego w byłej NRD była
księżycowa gospodarka socjalistyczna, a nie podział Niemiec, tylko tego nie
napisano, bo takie same zasady socjalistycznej gospodarki obowiązywały w
Polsce i we wszystkich pozostałych krajach bloku wschodniego, powodując
podobne zacofanie gospodarcze, chociaż żaden z tych krajów nie był podzielony
tak jak Niemcy. Dlatego powołano się w TWE na “podział” Niemiec, żeby innych
krajów postsocjalistycznych wstępujących do UE nie postawić na równej z
Niemcami, uprzywilejowanej pozycji.
Byłe NRD-owskie stocznie dzięki pomocy państwa są unowocześniane,
rozbudowywane i mają się dobrze, a będą się miały jeszcze lepiej po likwidacji
polskich stoczni. Podobnie zresztą jak stocznie w Holandii - ojczyźnie pani
komisarz UE ds. konkurencji Neelie Kroes.
Gdyby nasi negocjatorzy ustalający warunki akcesji Polski do UE myśleli
perspektywicznie o polskiej gospodarce, mogliby się powołać na następny ustęp
wspomnianego wyżej artykułu TWE: “3. Za zgodną ze wspólnym rynkiem może zostać
uznana: a) pomoc przeznaczona na sprzyjanie rozwojowi gospodarczemu regionów,
w których poziom życia jest nienormalnie niski, lub regionów, w których
istnieje poważny stan niedostatecznego zatrudnienia; b) pomoc (…) mająca na
celu zaradzenie poważnym zaburzeniom w gospodarce Państwa Członkowskiego”.
Jeśli chodzi o pkt 3a, to po likwidacji stoczni gdyńskiej i szczecińskiej całe
nasze Wybrzeże stanie się regionem wybitnie dotkniętym bezrobociem. Czy
dopiero wtedy, tj. po likwidacji stoczni, państwo polskie będzie mogło
udzielić pomocy publicznej temu obszarowi? Alternatywą likwidacji stoczni
byłoby przyznanie pomocy przez państwo, aby nie kreować obszaru wybitnie
dotkniętego bezrobociem. Z gospodarką jest jak ze zdrowiem - lepiej zapobiegać
chorobom, niż je leczyć.
Z kolei pkt 3b ewidentnie upoważniał do uwzględnienia ratowania stoczni przez
państwo, by nie wywołać poważnego zaburzenia w polskiej gospodarce. Niestety,
temat ten nie został podjęty przez naszych negocjatorów, którzy dobrowolnie
zrezygnowali z okresów przejściowych. To karygodne zaniedbanie.
Polski przemysł okrętowy w UE
Aby zrozumieć cały mechanizm prawno-finansowy, który doprowadził do decyzji KE
o zwrocie przez stocznie długu publicznego, należy zapoznać się z kilkoma
pojęciami z dziedziny funkcjonowania naszego przemysłu okrętowego w unijnym
gorsecie.
Armator, który zamawia statek w stoczni, po położeniu stępki wpłaca zadatek,
na ogół w wysokości 10 proc. wartości statku. Następne 10 proc. wpłaca po
wodowaniu, a resztę przy ostatecznym odbiorze. Armator wpłacając zaliczki,
musi mieć na nie gwarancje. W Polsce takich gwarancji udziela Korporacja
Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych (KUKE) i od tej instytucji nasze stocznie
otrzymywały gwarancje. Należy podkreślić: tylko gwarancje, bo KUKE nie
dopłaciła do stoczni ani złotówki.
Przemysł okrętowy jest skomplikowanym organizmem i opiera się na trzech filarach.
Pierwszym jest eksport statków, który winien być oparty na znajomości rynku
stoczniowego na całym świecie i wyborze takiego produktu, którego np. nie
potrafią jeszcze robić Chińczycy (wykonujący konstrukcje proste i tanie), ale
posiadającego wyjątkowe cechy techniczne, a więc konkurującego z produktami
stoczni krajów rozwiniętych. Do realizacji takiego celu jest potrzebne
stabilne, apolityczne, interdyscyplinarne gremium fachowców, opiniujące
bieżącą działalność stoczni i wyznaczające krótko- i długookresowe prognozy.
Po likwidacji Rządowego Centrum Studiów Strategicznych w roku 2006 (niestety,
dzieło PiS), powstała prognostyczna próżnia2. Takim interdyscyplinarnym i
stabilnym gremium nigdy nie były rady nadzorcze stoczni; np. w ciągu ostatnich
4 lat skład rady nadzorczej Stoczni Gdynia SA zmienił się czternastokrotnie.
Drugim filarem, na którym opiera się przemysł okrętowy, są: zaplecze naukowe
przemysłu okrętowego, wyposażenie techniczne stoczni i umiejętności załogi. Te
wartości są u nas na wysokim poziomie, ale to one właśnie mają ulec
destrukcji, zgodnie ze stoczniową “specustawą”. Stanie się tak dlatego,
ponieważ to właśnie one stanowią podstawę konkurencyjności polskiego przemysłu
okrętowego.
Trzecim filarem jest władza polityczna, która - poczynając od 2004 r. - w
gąszczu unijnych przepisów nie potrafiła zawalczyć o właściwy status stoczni w
okresie ich restrukturyzacji i programowo negowała działania i ustalenia
poprzedników, bez ich głębszej analizy. Naszą tragedią jest to, że walka
polityczna i deprecjacja poprzedników są dla rządzących ważniejsze niż
pragmatyzm gospodarczy.
Nasze stocznie od lat były fatalnie zarządzane. Z informacji, jakie można
otrzymać z Ministerstwa Skarbu Państwa (MSP)3 oraz bezpośrednio od osób
kompetentnych zatrudnionych w stoczniach, wynika, że co najmniej od roku 2004
budowa wszystkich statków przynosiła straty. Próby usprawiedliwiania takiego
stanu rzeczy osłabieniem kursu dolara czy wzrostem cen stali nie wytrzymują
krytyki, gdyż to sprzedaż polskich banków (dzieło AWS) uniemożliwiła
praktyczne kompensowanie wahań parytetu złotego (w pewnym zakresie), jak
również sprzedaż hut w okresie boomu na stal (dzieło SLD) zaowocowała tym, że
nowi ich właściciele z miejsca podnieśli ceny stali. Ówczesne rządy dokonujące
wspomnianych “prywatyzacji” albo nie wiedziały o tym, że gospodarka stanowi
system naczyń połączonych, albo wiedziały o tym i świadomie - zdając sobie
sprawę ze skutków - realizowały czyjś plan.
Gdy poszczególne rządy stwierdzały, że na budowie statków ponosimy straty,
należało natychmiast, w trybie nadzwyczajnym, dokonać dogłębnej analizy
przyczyn takiego stanu rzeczy i wyciągnąć wnioski, nie wyłączając konsekwencji
personalnych. Takiego rachunku sumienia nie zrobił żaden rząd i dlatego
dopłacimy również do tych statków, których budowa ma się zakończyć w pierwszej
połowie 2009 roku
www.bibula.com/?p=7765