trzpiotka
21.06.10, 14:01
Wiem, że jest taki wątek jak Kącik pisarski, który z resztą sama założyłam i nadal
zachęcam, żeby z niego korzystać, ale za względu na to, że pilnie potrzebuje porad, a owy
kącik przestał raczej funkconować, postanowiłam założyć nowy wątek, w którym proszę
o wszelkie rady i opinie związane z fragmentem pierwszego rozdziału mojej nowej książki.
"Rejs"
-Elizo, podejdź proszę!
Od barierki statku oderwała się młoda dziewczyna. Lekko, niczym sarna podbiegła do
dwóch pań, stojących przy drzwiach, prowadzących do wnętrza „Kremowej perły”. Młoda
dama delikatnie dygnęła, przyozdabiając swoją twarz jednym ze swoich uroczych
uśmiechów. Kobieta w siwych włosach zmarszczyła nos z niesmakiem.
-To ta, o której mówią, że swoją urodą przyćmiła wszystkie dziewczęta ze statku? –
spytała, zerkając to na Elizę, to na jej matkę – Susanne.
-Nie wiem co mówią, droga koleżanko, ale chciałam Ci przedstawić moją ukochaną córkę. I
oto ona.
-Phi! Na moje jest strasznie nieokrzesana! – stwierdziła starsza pani. – No, młoda damo,
czy może przynajmniej potrafisz coś robić?
-O tak! Eliza wspaniale gra na pianinie – wyręczyła córkę Susanne.
-Doprawdy? To może zagra nam dziś do kotleta?
-Zagra z wielką przyjemnością.
Kobieta pochyliła swoją siwą głowę i odeszła.
-Mamo, wiesz dobrze, że nie lubię grać! Dlaczego to powiedziałaś? – spytała oburzona Eliza.
-Żeby utrzeć tej starej jędzy nosa. Wiedz, że Betrha uważa się za wielką damę i dziedziczkę,
choć jej maniery są godne pożałowania, a fortuna, nawet w małym stopniu, nie
dorównuje naszej. Zazdrości, dlatego tak niemiło cię potraktowała. Byłaby mi obojętna,
gdyby nie to, że jej zdanie, jakimś dziwnym trafem liczy się w naszym światku, słynącym z
luksusu i plotek... Nie pozwolę, żeby bezpodstawnie wygadywała o tobie bzdury. Dlatego
właśnie zagrasz dziś do kotleta – aby pokazać, na co cię stać. To tylko dwa, czy trzy
utwory, na więcej nie pozwala ci twoje pochodzenie. Nie powinnaś być kojarzona z kimś,
przygrywającym do kotleta, ale z bardzo utalentowaną, młodą damą. Rozumiesz, Elizo?
-Tak... Przeżyję te dwa utwory.
-Moja córeczka – zaszczebiotała Susanne, głaszcząc córkę po policzku.
Eliza posłusznie skłoniła się przed matką, po czym ponownie podeszła do barierki. Jej
wzrok sięgał daleko, aż za szafirową taflę morza aż za horyzont... Uwielbiała ten morski
widok już od dziecka. Niektórzy mówili, że od zbyt częstego przyglądania się morzu, oczy
Elizy stały się jego częścią. Bywały szafirowe, szarawe, a jeszcze inni twierdzili, że dopatrują
się w nich, czegoś podobnego lekkich fal. Eliza nie wierzyła w te opowieści. Twierdziła, że jej
oczy są po prostu niebieskie i to od światła zależy, jaki odcień przybierają. Wszyscy
serdecznie się wtedy śmiali, powtarzając, że oto jest okaz prawdziwie skromnej, rzeczowej i
zarazem uroczej dziewczyny. Powiadano też, że nie jednemu zawróciłaby w głowie. I te
plotki dochodziły do uszu Elizy, jednak słuchała ich z przymrużeniem oka. Zapewne
dlatego, że w jej sercu wciąż mieszkał chłopak z dawnych lat.
Eliza odwróciła się nagle, rozglądając się wokół. Kiedy stwierdziła, że jest sama,
ponownie spojrzała na morze i opierając się łokciami o barierkę, zaczęła cicho śpiewać.
W toni morskich fal,
Utopiłam...
Wszystkie moje łzy,
Cały smutny świat...
Kto pomyślałby,
Że... niedawno tak,
Niedostępny był,
Dla mnie taki raj.
Teraz życie me,
Przepełnia radość... tak,
Ale dziwne sny
Nie pozwalają spać!
O co martwię się?
Przecież wszystko mam.
Ale jednak, coś...
Gnębi mnie od lat!
Czego szukam wciąż?
Czego wciąż mi brak?
Ach, odpowiedz mi,
Szumie morskich fal...
-Ty hultaju, marsz do kuchni, tam jest twoje miejsce! – krzyknął pewien mężczyzna.
Eliza dobrze go usłyszała, ale nic nie zobaczyła. W oddali tylko słychać było narzekania
tego samego głosu, który z resztą w każdej sekundzie stopniowo się oddalał. Eliza zdała
sobie sprawę z tego, że ktoś ją przed chwilą obserwował, ale biorąc pod uwagę, że osoba
ta prawdopodobnie była zwykłym kuchcikiem, nie przejęła się zbytnio zaistniałą sytuacją.
Zawsze było tak, że służba starała się zasmakować nieco luksusowego życia, które było
tak blisko i jednocześnie tak daleko.
Elizie szkoda było tych biedaków, gdyż wiedziała, że gdyby los się do niej nie
uśmiechną, należała by teraz do ich nieszczęsnego świata. Szybko jednak odtrąciła os
siebie te myśli, ponieważ zbliżała się pora jej występu.
Weszła do swojego pokoju, w którym czekała już służąca z naszykowaną suknią. Eliza
dotknęła materiału owej kreacji, spojrzała na ozdabiające ją błyskotki i stwierdziła,
splatając ręce:
-Beznadziejna.
Służąca przez chwilę nie wiedziała co powiedzieć. Uchyliła tylko usta ze zdziwienia, a jej
oczy przybrały wielkość pięciozłotówek.
-Ależ panienko – wykrztusiła wreszcie – przecież sama panienka wybierała...
-Wtedy jeszcze nie miałam grać do kotleta, Melanio.
-A co to za różnica?
-Droga Melanio... Nawet, gdybym ci powiedziała, nie zrozumiałabyś.
-No cóż... To co ubieramy?
-Niech będzie ta oliwkowa, od Cherry.
Eliza przekręciła oczami na widok zagubionej w jej garderobie Melanii. Podeszła bliżej i
bezczelnie trzasnęła drzwiami od szafy przed służką, przez co ta podskoczyła
przestraszona.
-Zostaw to już – mruknęła zniecierpliwiona Eliza – i wyjdź.
-A kto pomoże panience przy zapinaniu sukni?
Młoda dama ciężko westchnęła i powiedziała, że z pewnością do sobie radę. Faktycznie,
sukienka wymagała jedynie bezbłędnej figury. Była bez ramion i należało ją na siebie
wciągnąć. Od linii kolan, aż po biust ciasno przylegała do ciała, natomiast jej dolna część aż
do ziemi była rozkloszowana, ale wycięta tak, że przy chodzie odsłaniała stopy. Dzięki
temu, że suknia posypana była obsypana błyszczącym brokatem, Eliza przypominała
niezwykle drogocenną syrenę. Dekold i uszy ozdobiła brylantami, a włosy spięła w bardzo
dojrzały, elegancki kok. Całości dopełniły białe rękawiczki, sięgające poza łokieć oraz
błyszczące szpilki. Do makijażu posłużyła jej jedynie jaskrawo czerwona szminka i czarny
tusz do rzęs.
-Elizo, wyglądasz wspaniale! – krzyknęła Susanne od progu, wyraźnie zachwycona.
-Dziękuję mamo. Starałam się.
-Jak dojrzale...
-Mam 19 lat, taki styl do mnie pasuje.
-Masz rację kochanie. Pięknie wyglądasz i tylko to się liczy – stwierdziła radośnie, po czym
spytała – Co zamierzasz zagrać?
-Hm... Jeszcze o tym nie myślałam.
-Elizo!
-Przepraszam. Zaraz coś wymyślę... Co powiesz na „Anioła”?
Nagle oczy Susanne przybrały dziwny wyraz... Można było dopatrzeć się w nich elementy
niedowierzania, zaskoczenia i nostalgii. Wolnym krokiem podeszła do sofy i usiadła na niej.
-Mamo? Mamo... czy coś się stało? – Spytała niepewnie Eliza.
-To niezwykle długi utwór..
-Ja tam nie mam nic przeciwko. Zamiast dwóch krótkich, zagram jeden długi.
-Wiesz czyj to utwór?
-Oczywiście. Elizabeth Dupon (czyt. Dipą).
-Tak. Moja babcia.... Była doskonałą pianistką i niesamowitym człowiekiem.
-Ale to ty pierwsza zagrałaś mi „Anioła”. Od tamtej pory...
-Wiem – przerwała jej matka. – Zagraj ten utwór, Ale pamiętaj, żeby okazał się magiczny,
musisz włożyć w niego całe swoje serce i duszę.
-Rozumiem mamo.
-To dobrze, westchnęła Susanne unosząc się z sofy. – A teraz już czas na nas. Gotowa na
występ?
-Nie zawiodę cię mamo – zapewniła Eliza z błyskiem w oczach.
W komentarzu poniżej zamieszczę dalszą częśc tego fragmentu, bo miejsca mi nie
starczyło.