Dodaj do ulubionych

okropne tłumaczenia "Ani" wyd. Prószyński i S-ka

13.07.11, 18:51
Witam wszystkich!
Jestem tu nowa, przejrzałam trochę starych wątków, w tym "koszmarne tłumaczenie" i chciałam podzielić się moimi odczuciami na temat koszmarnych tłumaczeń.

Wychowałam się na Aniach wydanych przez Naszą Księgarnię, w uroczym przekładzie Janiny Zawiszy-Krasuckiej. Język lekko staroświecki, romantyczny - taki jak sama Ania.

Ponieważ niektóre tomy zaginęły mi w pomroce dziejów, kupiłam sobie je w nowym wydaniu i - niestety - nowym tłumaczeniu Jolanty Bartosik.
Konkretnie chodzi o "Anię z Szumiących Topoli" i "Wymarzony Dom Ani"
Ludzie, co ta kobieta zrobiła z tych książek, to nóż się w kieszeni otwiera!!!

Pomijam zupełnie zmienione imiona bohaterów - z Rebeki Dew jakimś cudem zrobiła się Monika Rosa, ciocia Kasia jest ciocią Krysią, Ewa Moore stała się Leslie, ale tego czepiać się nie będę, być może takie imiona były w oryginale. Chociaż zamiany Ciotki Wywąchiwacz w ciocię Myszkę jej nie wybaczę.

Gorzej, że tłumaczka na siłę uwspółcześnia język, którym posługują się bohaterowie, a wyczucia nie ma za grosz, i wychodzą jej z tego rzeczy potworne.

Najbardziej spektakularne przykłady:
Ania z Szumiących Topoli:
Ania opisuje Gilbertowi swój pokój, pisze, że na półce stoi dzbanek "błękitny jak jaja dzięcioła" ( w wydaniu NK było "jak jajeczka raszki")

Ania rozmawia z Hazel, która jej mówi: "pani wszystko rozumie... nadajemy na tej samej fali"
W czasach przedradiowych ????

Frank Westcott do Ani: "Ojciec Jarvisa złamał serce trzem dziewczętom, bo ich rodziny wciskały mu je na siłę"
wyrażenie współczesne i prostackie

I mój "ulubiony" kwiatek - zakończenie "Wymarzonego Domu..." Ania chodzi po pokojach, żegnając się ze swym domkiem, piękna wzruszająca scena:
"Ona odjedzie, ale stary dom nadal będzie stał i spoglądał na morze swoimi dziwnymi oknami. Jesienne, żałobne wiatry będą go owiewały, szary deszcz będzie go grzmocił..."

W tym momencie ryknęłam śmiechem.
Jak Wam się to podoba?
Obserwuj wątek
    • invisse Re: okropne tłumaczenia "Ani" wyd. Prószyński i S 13.07.11, 20:38
      Nieźle się uchichrałam. Tłumacz, jak widać, nie jest zawodem dla każdego - czasem bardzo potrzeba wyczucia! Jaja dzięcioła? Epicka metafora. Już widzę jak kolejne pokolenia młodych Polaków zaczną mówić na widok nieba, że jest "błękitne jak jaja dzięcioła". (Swoją drogą ciekawi mnie, czy ten tłumacz widział kiedyś na oczy jaja dzięcioła...)
      A przy deszczu, grzmocącym biedny domek, prychnęłam śmiechem. Bajka, po prostu bajka! Jak ludzie mogą takie bzdury tworzyć?
      Ja też, nie przemyślawszy sprawy, kupiłam dwie książki w jednym z nowszych wydań - skusiła mnie chyba sympatyczna okładka (ta seria: www.poczytaj.pl/okl/21000/21535.jpg) - dla wyjaśnienia, wychowywałam się również na starych przekładach.
      Czego tam tłumacz nie nawymyślał! Bzdury i głupoty, aż śmiać się chce - najlepsze jest to, że w obydwu posiadanych przeze mnie tomach widać jak na dłoni, że przepisywał całe fragmenty ze starych tłumaczeń. Jak to zauważyłam, spytacie? No cóż, tłumaczowi zachciało się udoskonalać poprzednie tłumaczenia i pozamieniał postaciom imiona - Jasia uczynił Pawłem, a Ewie przywrócił oryginalne imię Leslie. (Nie będę wspominać o biednym Kubie i reszcie, tylko tych dwoje jest ważnych w mojej opowieści.) I może jeszcze bym to przełknęła (nie, nie przełknęłabym, nie ma co się oszukiwać), gdyby w przepisanych fragmentach nie zapominał poprzestawiać im imion. Dzięki temu, czytając książkę raz spotykam Jasia, raz Pawła (Wymarzony dom Ani), z reguły jest Leslie, a tu naraz Ewa jakaś! (Ania ze Złotego Brzegu) Współczuję czytelnikom, którzy nie znają starszych tłumaczeń i mogą zachodzić w głowę, o kogo w tej historii chodzi... W sumie można by przymknąć na to oko, bo postaci w końcu drugoplanowe...
      Skoro to z siebie wyrzuciłam, poszłam sprawdzić, kogo mogę dopisać do listy tłumaczy wyjątkowych ;) I wiecie co? Książki były tłumaczone przez różne osoby! Wymarzony dom Ani - Stefan Fedyński, Ania ze Złotego Brzegu - Aleksandra Kowalak-Bojarczuk. Ok, teraz już nic nie rozumiem - jak to możliwe, że obie osoby popełniały takie głupie pomyłki? Zmowa jakaś, czy co?
    • slotna Re: okropne tłumaczenia "Ani" wyd. Prószyński i S 13.07.11, 21:05
      > Pomijam zupełnie zmienione imiona bohaterów - z Rebeki Dew jakimś cudem zrobiła
      > się Monika Rosa, ciocia Kasia jest ciocią Krysią, Ewa Moore stała się Leslie,
      > ale tego czepiać się nie będę, być może takie imiona były w oryginale. Chociaż
      > zamiany Ciotki Wywąchiwacz w ciocię Myszkę jej nie wybaczę.

      Genialny zabieg - przetlumaczyc Rebeke, ale za to zakorzeniona juz starszymi tlumaczeniami Ewe zmienic z powrotem na Leslie. No w koncu trzeba czyms sie wyroznic, nie? ;)
    • mela54 Re: okropne tłumaczenia "Ani" wyd. Prószyński i S 14.07.11, 13:20
      Proponuję Złote Pióro dla tłumaczki, a może Złote Usta (ewentualnie Złotą Klawiaturę)? Biedna Maud pewnie w grobie się przewraca! Wychowałam się na starych wydaniach Ani z NK i też trudno mi przejść do porządku dziennego nad bzdurami z nowych tłumaczeń. Pisałam gdzieś tu już na forum, że w "Ani z Szumiących Topoli" w tłumaczeniu Ireneusza Sochy pani Linde tytułuje Anię panienką! Ale z drugiej strony jest to chyba najskrupulatniejsze tłumaczenie i nie ominięto wielu wątków, które, jak wiemy, w wydaniach NK opuszczano. Dopiero po latach dowiedziałam się różnych rzeczy czytając nowe wydania, m. in. że Zuzanna dostała jedyną w życiu propozycję małżeństwa. Niektóre naprawdę nie są złe, ale brakuje im atmosfery tych starych, niezupełnie może kompletnych...
    • ananke666 Czyje jaja? 14.07.11, 18:48
      Jako ciekawostkę mogę dodać, że tak naprawdę nie chodziło ani o dzięcioła, ani o raszkę. Tajemniczym ptakiem jest... drozd wędrowny :) Robin to rzeczywiście raszka, czyli rudzik, ale w Europie. W Ameryce ich nie ma, tam "robin" to właściwie "American robin", czyli właśnie drozd! I to on ma takie niebieskie jajeczka. Rudzik ma brązowawe, a dzięcioł białe.
      • pi.asia Re: Czyje jaja? 14.07.11, 21:59
        "Robin to rzeczywiście raszka, czyli rudzik, ale w Europie. W Ameryce ich nie ma, tam "robin" to właściwie "American robin", czyli właśnie drozd! I to on ma takie niebieskie jajeczka. Rudzik ma brązowawe, a dzięcioł białe."

        No nareszcie rozumiem - mogły się te robiny tłumaczce pomylić, nie musiała wiedzieć jakie ptaki występują w Ameryce, a jakie w Europie. Czyli chodziło o jajeczka drozda.

        A swoją drogą, i tak dobrze, że nowa tłumaczka napisała "jaja dzięcioła" a nie "jaja Robina". Mogłoby się skojarzyć z Robinem Hoodem albo Williamsem.
        --
        • ananke666 Re: Czyje jaja? 31.07.11, 14:36
          > No nareszcie rozumiem - mogły się te robiny tłumaczce pomylić, nie musiała wied
          > zieć jakie ptaki występują w Ameryce, a jakie w Europie.

          Pewnie. Po co miała się wysilać i otwierać słownik. Słownik tłumaczowi jest całkowicie zbędny.
            • jottka Re: Czyje jaja? 01.08.11, 10:42
              nessie-jp napisała:

              > W dzisiejszych czasach to się może wydawać niewiarygodne, ale 20 lat temu tłumaczenie to nie była taka sielanka, że jak w jednym słowniku coś nie styka, to się sprawdza w drugim, trzecim, piątym, jedenastym. Porównuje natychmiast z encyklopedią angielską. Przeszukuje błyskawicznie specjalistyczne pozycje, dostępne z poziomu Google. Zagląda do Wikipedii, wyświetla sobie OBRAZEK tego, o co w tekście chodzi. Przegląda analizy stosownego fragmentu w języku obcym i własnym, sporządzane w różnych okresach. Itd. itp.


              ach, nessie, jakie ty masz piękne wyobrażenie o tłumaczach... szkoda, że niezupełnie realne:(
              • nessie-jp Re: Czyje jaja? 01.08.11, 20:18
                > ach, nessie, jakie ty masz piękne wyobrażenie o tłumaczach... szkoda, że niezup
                > ełnie realne:(

                Jottko, ja JESTEM tłumaczką :) I uwierz mi, robię to codziennie, wiele razy. Tak przebiega właśnie praca tłumacza. Teraz. 20 lat temu to było nie do wyobrażenia, żeby w ciągu 10 godzin zdobyć dostęp do takiej liczby źródeł, przeszukać je, zrobić notatki i porównać różne wersje językowe. Teraz
                • jottka Re: Czyje jaja? 02.08.11, 10:46
                  nie, nessie, mnie o co innego chodziło:) też wykonuję ten zawód, w związku z czym widzę, że opisywane przez ciebie abecadło jest w realu rzadko spotykane. a parę lat temu udało mi się nawet usłyszeć od adepta zawodu, że widać mam za dużo czasu, skoro "chce mi się sprawdzać tyle drobiazgów zamiast zarabiać pieniądze"... ekhm. tego.
                  • nessie-jp Re: Czyje jaja? 02.08.11, 16:00
                    > słyszeć od adepta zawodu, że widać mam za dużo
                    > czasu, skoro "chce mi się sprawdzać tyle drobiazgów zamiast zarabiać pieniądze
                    > "... ekhm. tego.

                    O święta Matyldo :))) No to faktycznie, grzmocony domek i jaja dzięcioła w tym kontekście przestają dziwić...
                  • soova Re: Czyje jaja? 02.08.11, 16:05
                    Może to był taki adept pracujący za 3,50, który nie będzie przecież sprawdzał, co to są "acts of God", tylko po prostu napisze w umowie, że siła wyższa obejmuje akty boskie? :d
      • slotna Re: Czyje jaja? 03.11.16, 13:57
        Znalazlam taki tekst o tlumaczeniu "Wielkiego Gatsby'ego" przez Dehnela: nameste.litglog.org/wp-content/uploads/2014/12/BKU-Dehnel-na-trawniku.pdf

        Cytat w temacie:

        "Proponuję przyjrzeć się kilku przykładom, pochodzącym z krótkiego fragmentu
        rozdziału III, który wydawnictwo Znak zamieściło w „Gazecie Wyborczej”, jak się domyślam, w celach promocyjnych.

        1.
        A chauffeur in a uniform of robin’s egg blue crossed my lawn early that
        Saturday morning with a surprisingly formal note from his employer – the
        honor would be entirely Gatsby’s, it said, if I would attend his „little party”
        that night. He had seen me several times and had intended to call on me
        long before but a peculiar combination of circumstances had prevented
        it – signed Jay Gatsby in a majestic hand.

        W ową sobotę o poranku szofer w uniformie błękitnym jak jajko rudzika
        przemierzył mój trawnik z zaskakująco oficjalnym bilecikiem od swego
        pracodawcy: uczyniłbym, jak mogłem wyczytać, prawdziwy honor Gatsby’emu,
        gdybym zechciał wziąć udział w jego „skromnym przyjęciu” tego
        wieczora. Widział mnie już kilkakrotnie i zamierzał mnie zaprosić znacznie
        wcześniej, lecz uniemożliwił mu to niecodzienny splot okoliczności – podpisano,
        majestatycznym charakterem pisma, Jay Gatsby.

        „W ową sobotę o poranku” – już tu daje znać o sobie brak umiaru. Fitzgerald
        pisze „that Saturday morning”, co przekłada się po prostu „w tamtą sobotę
        rano”, lub coś w podobnym tonie. Ale Dehnel nie potrafi lub nie chce się opanować
        i tworzy mały kiczyk, radość o poranku. Umyka mu natomiast istotny szczegół:
        „robin’s-egg blue” to nie kolor błękitny, jajko rudzika jest turkusowe, i nie chodzi
        tu jedynie o przymiotnik. Pod ręką tłumacza świeży, pełen blasku obrazek ulega
        spłaszczeniu, informacja zaś – zafałszowaniu. Młodzi ludzie, pierwszy raz czytający
        Wielkiego Gatsby’ego, będą odtąd już zawsze widzieli na trawniku plamę błękitu
        i być może nigdy się nie domyślą, jaki kolor ma jajko rudzika."

        Nie wiem czy sie smiac czy plakac :D
    • truskawa1987 Re: okropne tłumaczenia "Ani" wyd. Prószyński i S 22.08.11, 00:06
      Narzekacie na tłumaczenie wyd. Prószyński. Ono nie wydaje mi się takie złe w porównaniu do nowego tłumaczenia WYDAWNICTWA LITERACKIEGO. Dla mnie jest nieakceptowalne.

      Sama tłumaczka stwierdza: "Styl, którym posługuje się Bernsteinowa wydaje się nazbyt sentymentalny i czułostkowy jak na dzisiejsze gusta i niekoniecznie oddaje ducha oryginału.". Ania jest więc prowincjonalna i ordynarna. Dialogi są siłą uwspółcześniane (a niby miały nie być...). Wolę kilka lapsusów językowych, z którymi cała książka "trzyma się kupy" niż wulgarne podlizywanie się współczesnym nastolatkom. "U Bernsteinowej Ania zwraca się do Maryli: „Nigdy nie przypuszczałam, że Maryla będzie się o to gniewała”. Forma ta obecnie razi swoją sztucznością". To mnie DOBIŁO! To tak, jakby tłumaczyć Szekspira czy Mickiewicza na piosenki hip hopowe. Dla niektórych-śmieszne, ale dla innych- NIEDOPUSZCZALNE!

      "Anne of Green Gables” czyli kanadyjską „Anię z Zielonego Wzgórza” cechuje przede wszystkim humor i ironia, a nie ckliwość." Pani Kuc nie rozumie czym była romantyczność Ani. A z drugiej strony to końcowe "Gdy Bóg jest na niebie, bezpieczny jest świat"- jest bardziej sztuczne niż w starych, znanych nam przekładach "Życie jest piękne". Jak reszta tomów jest taka jak pierwszy- nigdy nie tknę tego tłumaczenia i starym wyjadaczom LMM pragnę poradzić to samo.

      PS. Gdzie w starych przekładach były "dworki" zamiast "folwarków"; "Księża" zamiast "pastorów"? Nigdzie się nie zetknęłam z tymi wyrażeniami. Coś mi się wydaje, że ktoś tu namieszał... :/

      link do materiałów prasowych nowego tłumaczenia "Ani.." Wyd. Lit.:
      ania.wydawnictwoliterackie.pl/konferencja_metodyczna_krakow_2008.pdf
      • klymenystra Re: okropne tłumaczenia "Ani" wyd. Prószyński i S 22.08.11, 11:02
        Nie miałam w rękach tłumaczenia z WL, ale ten pdf brzmi rozsądnie - bardzo podoba mi się rozwiązanie z tłumaczeniem "swear". Fantastyczne jest też to, że wreszcie nazwy geograficzne i imiona nie są tłumaczone - teraz już się tego nie robi i mocno mnie to drażniło. Oczywiście, wskazywanie pewnych wyrażeń i konstrukcji jako "niezrozumiałych" jest czymś bardzo subiektywnym, ale już niezgodności z polską frazeologią faktycznie w klasycznych tłumaczeniach Ani występują.
        Akurat wiersz Pippa Passes rozumialam zawsze inaczej niz pani Kuc - ale to jej prawo do interpretacji - bo, jak napisala - kazdy przeklad to interpretacja. No i faktycznie - te dworki i ksieza - jakos nie kojarze.
        Podoba mi sie ogolnie ten dokument, moze warto by bylo zmienic przyzwyczajenia i zajrzec do nowego tlumaczenia.
      • rozcinam-pomarancze Re: okropne tłumaczenia "Ani" wyd. Prószyński i S 22.08.11, 13:44
        Dzięki Truskawa za linka do tej ciekawej prezentacji.

        Cóż, tłumaczenia pani Kuc w całości nie widziałam, ale są punkty, z którymi trzeba się zgodzić, jak na przykład tłumaczenie wierszy prozą (niedopuszczalne w mojej opinii), czy gry słowne (pamiętam, że jako dziecko byłam przekonana, że "przysięganie" musi być niezgodne z religią protestancką). Zgadzam się również z nietłumaczeniem imion, choć i ja uważam, że Małgorzata Linde musi już pozostać Małgorzatą Linde :)

        Nie jestem natomiast pewna, czy dobrym wyjściem jest rezygnacja z tłumaczenia nazw własnych, czym chwali się tłumaczka. Nazwy typu Jasna Rzeka, Sosnowe Wzgórze i inne typu Jezioro Lśniących Wód dla mnie jako dziecka tworzyły niepowtarzalny i magiczny czar książek Montgomery. Nie znałam wtedy angielskiego więc nietłumaczone nazwy nie mówiły by mi nic, a tak miałam wrażenie, że Wyspa Księcia Edwarda jest zaczarowana. Wolę czytać Anię z Zielonego Wzgórza niż Anię z Green Gables.

        Truskawa, a może zamieścisz parę przykładów z tłumaczenia pani Kuc, które sugerują, że Ania jest "ordynarna i wulgarna"? (Nawiasem mówiąc, "ordynarny" to też słowo którego nauczyłam się dzięki Ani, tylko tam, o ile dobrze pamiętam, ordynarny był... koszyk. Niezbyt szczęśliwie, moim zdaniem.)

        PS Co do frazeologii, to zgadzam się choć nie zawsze. Zbitka "porządnie zmęczony" brzmi dla mojego ucha jak najbardziej naturalnie. A dla Was?
    • dumnadanka321 Re: okropne tłumaczenia "Ani" wyd. Prószyński i S 21.05.18, 17:53
      Właśnie czytam jakąś dziwną wersję "Ani na uniwersytecie" na wolnelektury.pl wolnelektury.pl/katalog/lektura/montgomery-ania-z-wyspy.html
      Czegoś takiego jeszcze nie czytałam. Nawet płody z policzkami wystąpiły i zagubione nasienie:

      — Jabłoń… w takim ustroniu! — wykrzyknęła Ania z zachwytem.

      96
      — Tak, prawdziwa rodząca jabłoń, tutaj, pomiędzy sosnami i bukami, o milę od najbliższego sadu. Byłem tu pewnego dnia wiosną i zastałem ją ubieloną od kwiecia. Postanowiłem więc powrócić jesienią, aby się przekonać, czy będzie miała jabłka. Patrz, ugina się pod owocem. I jabłka wydają się nawet dobre, rumiane, z ciemnymi policzkami. Większość dzikich płodów bywa zielona i nieapetyczna.

      97
      — Przypuszczam, że jabłoń ta musiała przed laty wyrosnąć z przypadkowo zgubionego nasienia — rzekła Ania z zadumą. — I jak to dzielne, zuchwałe drzewko wyrosło tu, rozwinęło się, samotne pośród obcych!"

      Tłumaczył Marceli Tarnowski.
      • julia_na_wysokim_balkonie Re: okropne tłumaczenia "Ani" wyd. Prószy 21.05.18, 19:42
        O, to właśnie to tłumaczenie czytałam jako dziecko :) Fakt, wydawało mi się nieco dziwaczne podobnie jak język pani Bernsteinowej.
        W ogóle jako dziecko czytałam wszystkie części "z innej parafii", współczesne i bardzo współcześnie brzmiące (Ania z Zielonego Wzgórza Katarzyny Jakubiak, Ania ze Złotego Brzegu Inki Malcher, Rilla Grzegorza Rejsa), jak i te trącące myszką (Ania z Avonlea Bernsteinowej, Ania na uniwersytecie Andrzeja Magórskiego - zdaje się, że to był pseudonim cytowanego przez Ciebie Marcelego Tarnowskiego). Dziecku trudno się połapać w takich zmianach stylu z tomu na tom. Szkoda, że jeszcze nikt nie przełożył konsekwentnie wszystkich części;)
        • dumnadanka321 Re: okropne tłumaczenia "Ani" wyd. Prószy 21.05.18, 20:48
          julia_na_wysokim_balkonie napisał(a):

          > O, to właśnie to tłumaczenie czytałam jako dziecko :) Fakt, wydawało mi się nie
          > co dziwaczne podobnie jak język pani Bernsteinowej.
          > W ogóle jako dziecko czytałam wszystkie części "z innej parafii", współczesne i
          > bardzo współcześnie brzmiące (Ania z Zielonego Wzgórza Katarzyny Jakubiak, Ani
          > a ze Złotego Brzegu Inki Malcher, Rilla Grzegorza Rejsa), jak i te trącące mysz
          > ką (Ania z Avonlea Bernsteinowej, Ania na uniwersytecie Andrzeja Magórskiego -
          > zdaje się, że to był pseudonim cytowanego przez Ciebie Marcelego Tarnowskiego).
          > Dziecku trudno się połapać w takich zmianach stylu z tomu na tom. Szkoda, że j
          > eszcze nikt nie przełożył konsekwentnie wszystkich części;)

          Tak, dokładnie, doczytałam właśnie, że to jego pseudonim. Nigdy wcześniej nie czytałam Ani w tym tłumaczeniu. Do tego Fila zamiast Izy!
        • mariamm87 Re: okropne tłumaczenia "Ani" wyd. Prószy 22.05.18, 08:42
          Heh, miałam tak samo. Miałam swoją książkę, takie zbiorcze wydanie Ani z Zielonego Wzgórza i Ani z Avonlea, jeszcze po mamie, z tłumaczeniem Bernsteinowej, a potem kolejne pożyczyłam z biblioteki szkolnej, każda w innym tłumaczeniu. A jakby tego było mało, to potem dostawałam czy sama kupowałam kolejne części, żeby mieć własną kolekcję, ale też każdą od innego tłumacza. Przerobiłam więc i Filę i Izę Gordon, i Leslię i Ewę Moore, Rebekę Dew i Monikę Rosę, Florę i Faith Meredith, Szumiące Topole i Szumiące Wierzby i jeszcze pewnie milion innych nieścisłości, których nie pamiętam :)
      • pi.asia Re: okropne tłumaczenia "Ani" wyd. Prószy 07.07.18, 22:28
        dumnadanka321 napisał(a):


        > — Przypuszczam, że jabłoń ta musiała przed laty wyrosnąć z przypadkowo zgubione
        > go nasienia — rzekła Ania z zadumą.
        >
        > Tłumaczył Marceli Tarnowski.

        I co ja biedna zrobię, że natychmiast stanął mi przed oczami tekst biblijny o Onanie:

        " tracił z siebie nasienie na ziemię, aby nie wzbudził potomstwa bratu swemu".

        Zboczona jestem. Nie ma dla mnie ratunku.
        A swoją drogą Gilbert, słysząc z ust Ani o przypadkowo zgubionym nasieniu, tez musiał mieć zdrożne myśli.
            • jadwiga1350 Re: okropne tłumaczenia "Ani" wyd. Prószy 15.07.18, 11:53
              pi.asia napisała:

              > lilimeye napisała:
              >
              > > Skoro ta jabłoń wyrosła z nasienia, przestają dziwić rumiane policzki jab
              > łek :D
              > >
              > >
              > I "dzikie płody" też już nie dziwią :D


              Przesadzacie, moje panny, zdecydowanie przesadzacie.

              Skoro dzięcielina może pałać panieńskim rumieńcem to dlaczego jabłka nie mogą mieć rumianych policzków?

              Nasienie to przecież synonim ziarna. Co w tym dziwnego? Płód i owoc tez często używano zamiennie(zwłaszcza w języku literackim)

              Chcecie literatury czy traktatu naukowego?
              • aniadm Re: okropne tłumaczenia "Ani" wyd. Prószy 15.07.18, 19:54
                No właśnie - byłam przekonana, że "rumiane jabłuszko" to całkiem normalny związek frazeologiczny. Czyżbym nie zauważyła, jak odszedł w zupełne zapomnienie? Aż taki ze mnie dinozaur?

                "Płody rolne" już nic nikomu nie mówią?

                Z czego ta jabłoń wyrasta, jak nie z nasienia? (nasiono i nasienie wciąż jeszcze są w botanice synonimami, o ile mi wiadomo)
                • pi.asia Re: okropne tłumaczenia "Ani" wyd. Prószy 18.07.18, 00:28
                  Płody rolne - to wyrażenie jak najbardziej znam i używam. Ale "dzikie płody" to jakieś curiosum. "Nasienie" też mi się kojarzy jednoznacznie. Pisałam wcześniej, że jestem zboczona i nie ma dla mnie ratunku.W odniesieniu do nasion roślin wolę określenie "nasionko" lub "ziarenko" niż "nasienie". Zresztą tłumaczka mogła napisać o zgubionej pestce i byłoby ładnie, aczkolwiek jabłko jest ziarnkowcem, a nie pestkowcem.
                  • 1karo_ka Re: okropne tłumaczenia "Ani" wyd. Prószy 19.07.18, 17:31
                    To ja z innej strony; uśmiałam się do łez czytając tłumaczenie fragmentu tekstu „Ani na Uniwersytecie” w opracowaniu Grażyny Szaraniec, wyd. Bellona. Otóż Diana przygotowuje się do swojego ślubu z Fredem, Ania właśnie upięła welon na jej włosach, rozmawiają, śmieją się i Diana nagle stwierdza, że
                    jest okropnie zdenerwowana i upadnie, gdy już zejdzie ze schodów na dół do salonu - na to Ania odpowiada: „Nie upadniesz-ostudziła jej dygot trzeźwym słowem Ania.- A jakby co, to osobiście przyniosę kubek wody i cię ocucę. Tylko makijaż ci się popsuje”. Jest rok 1886, na oewno
                • lilimeye Re: okropne tłumaczenia "Ani" wyd. Prószy 20.08.18, 19:46
                  W wyrażeniu rumiane jabłuszko nie ma niczego dziwnego i gdyby tłumacz sformułował to w taki sposób, nikt by się nie czepiał. Natomiast te policzki brzmią kuriozalnie. Podobnie z nasieniem, można było użyć słowa "nasiono" i wszystko byłoby jasne i jednoznaczne, bez skojarzeń z wyspą doktora Moreau :)
    • slotna Re: okropne tłumaczenia "Ani" wyd. Prószyński i S 05.12.18, 19:32
      Krytykujemy polskie tłumaczenia, a jak jest w innych krajach?

      Kupiłam sobie wydanie hiszpańskie, bardzo ładna twarda okładka, obrazki... Od razu zauważyłam, że jest okrojone, bo wycięto z opowieści pani Linde dziewczynkę, która otruła rodzinę wrzucając strychninę do studni. Ale to nic. Czytam dalej i trafiam na takie cudo: Mateusz wyjaśnia Ani, że imię Diany mu się nie podoba, bo jest pogańskie, TO IMIĘ BOGINII Z MITOLOGII GRECKIEJ. :O Oj, musiałam pozbierać się z podłogi.
    • uenostation54 Re: okropne tłumaczenia "Ani" wyd. Prószyński i S 24.01.20, 12:17
      a mnie smieszy pierwszy przekład, Bernstainowej - gdy Tadzio mówi, że musi ZWALIĆ Karolka czy kogos tam. matko... ona w dodatku jest przyczyną rozpowszechniania fałszywego tytułu. Ania to wcale nie Ania, tylko Anne (niech będzie, ze Anna po polsku), a Zielone Wzgórze wzięła z błędnego szwedzkiego tłumaczenia - Green Gables - to są zielone, spadziste dachy - czy też dach.
      w ogóle Bernstainowa posiłkowała się szwedzkim tłumaczeniem, bo angielski znała dużo gorzej. tragedia. a "Anna" to nie była ksiązka dla dzieci, tylko tak od 15 lat w górę. Berstainowa zniszczyła "Anne".
      • aniadm Re: okropne tłumaczenia "Ani" wyd. Prószy 25.01.20, 14:48
        No dobrze, ale jak po polsku oddać tę różnicę między "Ann" i "Anne"? Przecież ona jest czysto wizualna. Czytają książki w dzieciństwie nigdy nie mogłam zrozumieć, o co Ani chodzi, bo imię Ania nie wydawało mi się szczególnie romantyczne, a z Andzią w nigdy się w realnym życiu nie spotkałam. Ale obiektywnie trzeba przyznać, że cała sprawa "chcę być Anne a nie Ann" jest nieprzetłumaczalna.

        "Anne z Domu o Zielonych Szczytach" jako tytuł nie brzmi najlepiej, a "Dom o Zielonych Szczytach" niezbyt się dla mnie sprawdza jako nazwa domu/posiadłości (czy tam gospodarstwa, ale u nas gospodarstwo nie nadaje się nazw, raczej willom). Zielone wzgórze wydaje mi się dopuszczalnym zamiennikiem.
Inne wątki na temat:

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka