Dodaj do ulubionych

NOWE TŁUMACZENIE "ANI Z ZIELONEGO WZGÓRZA"!

22.10.12, 14:26
www.skrzat.com.pl/index.php?p1=pozycja&id=1264

Swoją drogą - ciekawe, jak to się stało, że kilkuletni monopol Wyd. Literackiego został złamany? ;)

Super! Wpisuję ją do mojego katalogu tłumaczeń L. M. M.
Obserwuj wątek
    • marysia_am Re: NOWE TŁUMACZENIE "ANI Z ZIELONEGO WZGÓRZA"! 26.10.12, 19:33
      Już ją mam! Twarda oprawa, ponad 360 stron, kredowy papier i wszędzie rudy kolor - od okładki, przez nagłówki, po zakładkę.To jeśli chodzi o samą edycję graficzną.
      Co mi się "rzuciło w oczy" jeśli chodzi o tłumaczenie:
      Lyndowa Dolinka, Sadowy Stok, część imion w oryginale, część w swojsko brzmiących tłumaczeniach, nazwy miejscowości oryginalne, przypisy do odniesień do literatury angielskiej, "kindred spirit" to bratnia dusza, nie ominięto "Partyjskiej strzały", a finałowe zdanie nie jest lekkim "Świat jest piękny", tylko wiernie przetłumaczonym: "Bóg jest na niebiem świat dobrze się ma".
      Na razie mniej więcej tyle wychwyciłam.
        • marysia_am Re: NOWE TŁUMACZENIE "ANI Z ZIELONEGO WZGÓRZA"! 29.10.12, 18:41
          :)
          Zaraz na pierwszej stronie. U Bernsteinowej po prostu: "[...] lecz zbliżając się do doliny Linde'ów stawał się coraz spokojniejszym [...]". W oryginale jest: "[...] but by the time it reached Lynde's Hollow it was quiet [...]". Pisownia (wielkie litery w każdym z wyrazów) świadczy, że miejsce to miało swoją lokalną "avonlejską" nazwę. Nowy tłumacz oddał więc charakter tej nazwy. "Ot co" :)
          Dla porównania w innych tłumaczeniach:
          Łozińska-Małkiewicz: "kotlinka pani Linde"
          Kuc: "kotlinka, w której mieszkała pani Linde"
          Jackowicz: "dolina Linde'ów"
          Zawadzka: "Kotlina Lynde'ów"
          Jakubiak: "Kotlina Lindów"
          Piekarski: "dolina Lindów"
          Kraśniewska: "Dolina Linde'ów"
          Sałaciak: "dolina pani Linde"
          Dawidowicz: "kotlina Lindów"
          Ważbińska: "płytka dolinka zwana kotliną Lindego"
            • jottka Re: NOWE TŁUMACZENIE "ANI Z ZIELONEGO WZGÓRZA"! 31.10.12, 17:07
              jakoś nikt nie podał, że tłumaczem jest paweł beręsewicz, skądinąd autor znakomity, hm. znaczy też mnie to zastanawia, bo ta "lyndowa dolinka" nie brzmi dobrze, no ale może trzeba przeczytać więcej dzieła:)

              a co do okładki, to mam wrażenie, że jest ona stylizowana na okładki jeżycjady - twarz głównej bohaterki w zbliżeniu. też mi się nieszczególnie podoba, chyba że to z okazji halloween, bo ania wygląda jak świeże zombie.
            • pberesewicz Re: NOWE TŁUMACZENIE "ANI Z ZIELONEGO WZGÓRZA"! 01.11.12, 09:10
              Witam. A ja jednak będę trochę bronił tej Lyndowej Dolinki. Ale tylko trochę, bo sam nie jestem z niej do końca zadowolony. Chodziło o prostą analogię do naszych swojskich nazw takich jak np. "Maćkowa Łąka" "Kowalowe Wzgórze" "Bachledowa Dolina" itp. Niestety rzeczywiście ten przymiotnik od obcego nazwiska nie wygląda zbyt swojsko, szczególnie przez to nieszczęsne "y". Rozważałem również wariant "Dolinka (Dolina wydała mi się zbyt poważna w tym przypadku) Lyndów/Lyndego". Przez chwilę, ośmielony poczuciem humoru autorki, myślałem nawet o "Dołku Lyndego", ale ostatecznie stchórzyłem. Podsumowując, jak niestety bardzo często bywa w pracy tłumacza, "Lyndowa Dolinka" była raczej wyborem mniejszego zła niż pewnym strzałem w dziesiątkę. Ocenę, czy zło było rzeczywiście mniejsze, pozostawiam Państwu.
              Przy okazji, skoro już do Państwa trafiłem, wytłumaczę się Państwu z kilku innych wyborów translatorskich. Po pierwsze sprawa zawsze budząca ogromne emocje — imiona. Nie lubię spolszczać imion. W czasach, kiedy wszyscy od małego osłuchani jesteśmy z obcymi, szczególnie anglojęzycznymi imionami i nazwiskami, nie ma takiej potrzeby. Najchętniej zostawiłbym wszystkie w wersji oryginalnej. Trudno jednak na przykład nie spolszczyć samej Ani. Przede wszystkim Ania pojawia się już w tytule, a zmienianie tytułu byłoby pozbawione sensu. Zarówno Ania, jaki i Zielone Wzgórze żyją w naszej kulturze własnym życiem i tylko tłumacz-samobójca mógłby próbować przy tym majstrować. Drugi wyjątek zrobiłem dla Mateusza. Oryginalnego Matthiew nijak nie da się po polsku odmienić, a nieodmienne imię, szczególnie imię męskie, to prawdziwy koszmar tłumacza. Żeby więc uniknąć składniowej ekwilibrystyki zdecydowałem się jednak na Mateusza. Do tej dwójki, dla sprawiedliwości dołączyła również Maryla, a wszystkie pozostałe imiona, o ile pamiętam, zostały w wersji oryginalnej, niewyłączając pani Rachel Lynde (przyszło mi teraz do głowy, że być może warto było dodać przypis ze wskazówką wymowy: "rejczel").
              Nietłumaczone również zostały nazwy geograficzne z wyjątkiem nazw poszczególnych farm. Farmy przetłumaczyłem po pierwsze dlatego, że, jak już wcześniej wspomniałem, wymusza to tytuł, a po drugie stanowią one element lokalnego kolorytu, który szkoda by było pominąć.
              To tyle, co na razie przychodzi mi do głowy, być może dyskusja jeszcze się rozwinie.
              Pozdrawiam serdecznie wszystkich Miłośników L.M.Mongomery, do których również od czasu pracy nad przekładem Ani się zaliczam. Paweł Beręsewicz



              • jottka ooo:) 01.11.12, 10:56
                czy mogę przy okazji wyrazić uwielbienie dla Pańskich dzieł autorskich?:) jeśli wolno, to wyrażam gorąco!

                a do rzeczy - nie bardzo mogę podjąć dyskusję, bo przekładu jeszcze w ręce nie miałam, ale problem rozumiem. a nie dało się, zważywszy na tę fatalną obcość nazwiska, zrobić nazwy dolinki odimiennie? ale wtedy chyba musiałby Pan pozostać przy małgorzacie, a nie racheli - dolina małgorzaty źle by nie brzmiała, zresztą może dolina racheli też nie, tyle że trzeba by ją było ciut spolszczyć na końcówce.

                to w ogóle jest straceńczy heroizm rzucać się w przekład klasyki:) zasadniczo i tak się jest na straconej pozycji, bo wszyscy wiedzą, jak co należało napisać, i że małgorzata absolutnie nie ma na imię rachel(a). tak głośno myśląc, to nie wiem, czy akurat w przypadku "ani" nie można by spokojnie pójść wbrew dzisiejszemu obyczajowi pozostawiania imion w oryginale i twardo spolszczyć wszystko. i podpisać przekład nie jako przekład, ale spolszczenie, coś wzorem spolszczeń-przekładów j.m. rymkiewicza (tak, wiem, że montgomery to nie calderon:)?
                • pberesewicz Re: ooo:) 01.11.12, 12:53
                  Co do miłych słów w pierwszym akapicie, wypada mi się spłonić i skromnie podziękować.

                  Jeżeli chodzi o Dolinę Małgorzaty lub Racheli, to też nie całkiem by się to sprawdziło, bo pani Lynde, choć wydaje się odwieczna i niezniszczalna, w końcu tylko chyba się "wżeniła" zarówno w nazwisko jak i w samą dolinkę, a podejrzewam, że nazwa mogła powstać wcześniej niż ten brzemienny w skutki fakt. Można by oczywiście wykpić się Cichą Dolinką, albo Cienistą Kotlinką, co pasowałoby do avonlejskiej stylistyki, ale podpadałoby pod paragraf translatorskiej samowoli.

                  W ogóle tłumaczenie takiej książki to setki tego typu pułapek, z których raz udaje się wybrnąć lepiej, raz gorzej. Pisze Pani, że to straceńczy heroizm rzucać się w przekład klasyki. Święte słowa! Poniżej pozwolę sobie zacytować fragment wywiadu, w którym opowiadam o tej przygodzie:

                  - Czytelnicy często przyzwyczają się do wcześniejszych przekładów. Czy łatwo tłumaczy się klasyczne utwory literatury dziecięcej i młodzieżowej?

                  Na pewno jest to bardzo ciekawa przygoda i na pewno należy liczyć się z tym, że u części czytelników jest się z góry skazanym na klęskę. Ukochane lektury z młodości to dla wielu osób dużo więcej niż tylko książki – to część pejzażu szczęśliwej krainy dzieciństwa. Nowe tłumaczenie jawi się jak zamach na tę krainę i choćby nie wiem jak było dobre, i tak zostanie przyjęte z nieufnością. Nowe tłumaczenie przypomina trochę renowację znanego zabytku. Czasem, zaglądając pod warstwy tynku i farby można dokonać zaskakujących odkryć. Może się okazać, że pierwotny wygląd budynku był całkiem inny od tego, do jakiego przywykliśmy. Próby przywrócenia tego pierwotnego wyglądu jednych fascynują, a innych drażnią. Z drugiej strony przekład jest również procesem twórczym. Każde tłumaczenie jest trochę innym spojrzeniem na tę samą książkę. Ja oczywiście staram się jako tłumacz spoglądać na tekst oczami autora, ale do końca nie jest to możliwe. W rezultacie na przykład Ania z Zielonego Wzgórza w moim tłumaczeniu jest też trochę „moją” Anią. I znowu prawdopodobnie niektórzy poczują się tym zachęceni, a inni wprost przeciwnie.

                  - Czy powieść napisana ponad sto lat temu nadal może poruszać i bawić współczesną młodzież?

                  Jeżeli jest dobrze napisana, jeżeli dotyka spraw uniwersalnych, jeżeli pełna jest inteligentnego humoru, jeżeli nie jest nachalnie dydaktyczna, na pewno znajdzie wdzięcznych czytelników i dzisiaj. Pewnie nie zwycięży w rankingach z Harrym Potterem i wampirami, ale wielu młodym ludziom może nadal sprawić radość. Myślę, że Ania z Zielonego Wzgórza spełnia te wszystkie warunki i przeżyje jeszcze niejedno pokolenie.

                  - Powszechnie uważa się, że „Ania z Zielonego Wzgórza” to typowo dziewczyńska powieść, pochłaniana z wypiekami na twarzy przez nastolatki, ale odtrącana ze wstrętem przez chłopców…

                  Sam byłem jednym z tych, którzy odtrącali ją ze wstrętem. Już sama Ania w tytule wzbudza podejrzenia o dziewczyńskość. Do tego jeszcze do książki przylgnęła etykietka ckliwej i czułostkowej. Z takim też nastawieniem podchodziłem do pracy nad tłumaczeniem. Czekało mnie zaskoczenie. Owszem powieść jest ciepła i wzruszająca, ale na pewno nie ckliwa. Uderzyło mnie podobieństwo do innej książki, którą również miałem przyjemność tłumaczyć, a mianowicie do Przygód Tomka Sawyera. Ten sam cięty dowcip, ten sam dystans do świata dorosłych – a po kalenicy dachu spokojnie mógłby zamiast Ani spacerować Tomek.

                  - Co nowego czytelnik znajdzie w Pana tłumaczeniu „Ani”?

                  Mam wrażenie, że czytając mój przekład, czytelnik będzie się częściej uśmiechał niż przy poprzednich tłumaczeniach. Czasem też pewnie zapłacze, ale wydaje mi się, że autorce zależało na tym, żeby w jej książce śmiech i łzy były dobrze wyważone.
                  • marysia_am Re: ooo:) 02.11.12, 10:54
                    Witamy w gronie bratnich dusz! :)
                    I ja na początku zacznę od wyrazów uznania! Szczególnie za tę "Anię...".
                    Co do Dolinki, to jako czytelniczka i tropicielka tłumaczeń L.M.M. nie miałabym nic przeciwko "Dołkowi". Może dlatego, że takie określenie słyszałam gdzieś kiedyś w swoim życiu, w sformułowaniu: "Ci co mieszkają tam na dołku obok [...]". Wyobrażam sobie więc, że mieszkańcy Avonlea rzeczywiście mieli na myśli coś takiego, mówiąc o siedzibie Lynde'ów :).
                  • jottka Re: ooo:) 02.11.12, 16:57
                    pberesewicz napisał(a):

                    > Jeżeli chodzi o Dolinę Małgorzaty lub Racheli, to też nie całkiem by się to sprawdziło, bo pani Lynde, choć wydaje się odwieczna i niezniszczalna, w końcu tylko chyba się "wżeniła" zarówno w nazwisko jak i w samą dolinkę, a podejrzewam, że nazwa mogła powstać wcześniej niż ten brzemienny w skutki fakt.


                    szczegóły światło ćmiące:) można by zawsze twierdzić, że siła osobowości nowego nabytku rodziny, tj. pani małgorzaty el, była tak wielka, że i nazwa nieco zmutowała.


                    > Można by oczywiście wykpić się Cichą Dolinką, albo Cienistą Kotlinką, co pasowałoby do avonlejskiej stylistyki, ale podpadałoby pod paragraf translatorskiej samowoli.


                    to raczej anina stylistyka, więc byłby anachronizm... ale chyba najbardziej przeszkadza ta niepolska zbitka "ly", której w dowolnym zestawieniu nie sposób obejść.



                    > Może się okazać, że pierwotny wygląd budynku był całkiem inny od tego, do jakiego przywykliśmy.


                    no ja wprawdzie wiem, że hulka-laskowski straszne rzeczy poczynił w przekładzie szwejka, ale i tak nie mogę pogodzić się ze współczesnym tłumaczeniem kroha, mimo respektu i podziwu doń:)


                    > Do tego jeszcze do książki przylgnęła etykietka ckliwej i czułostkowej. Z takim też nastawieniem podchodziłem do pracy nad tłumaczeniem.

                    o. z tego passusu wynikałoby, że nie Pan zapragnął dokonać nowego przekładu, tylko raczej Pana o ten przekład poproszono. a wolno zapytać w takim razie o motywację? tzn. zajrzałam w katalogi i widzę, że Pan przetłumaczył sporą serię klasyków, czyli to tak w ramach odnawiania staroci?:)

                    • pberesewicz Re: ooo:) 02.11.12, 21:49
                      W sprawie Lyndowej Dolinki nie mam już nic więcej na swoją obronę. Klamka zapadła. Mogło być gorzej, może mogło być lepiej. Jeżeli to najsłabszy punkt tłumaczenia, będę bardzo zadowolony.

                      Teraz co do zasadniczego i bardzo sensownego pytania: "Po co kolejne tłumaczenie, skoro jak powszechnie wiadomo, lepsze jest wrogiem dobrego?". Otóż - być może zabrzmi to jak bluźnierstwo - z mojego punktu widzenia to wcale nie było kolejne tłumaczenie, tylko zupełnie pierwsze. Nie wychowałem się na Ani, nie była to lektura mojego dzieciństwa, nie znałem jej na pamięć, nie sypałem cytatami jak z rękawa. Myślę, że musiałem ją czytać w szkole, na pewno oglądałem film i kiedyś widziałem przestawienie. Ani Ani specjalnie nie lubiłem ani nie nie lubiłem. Nie miałem zdania na temat poprzednich tłumaczeń. Nie wiem, czy przetłumaczyłem ją lepiej czy gorzej niż moi poprzednicy - wiem, że zrobiłem to najlepiej jak potrafię. Dostałem propozycję z Wydawnictwa, skorzystałem i świetnie się bawiłem. Teraz wiem, że to fajna książka.
                      Co więcej moje tłumaczenie jest pierwsze wcale nie tylko z mojego punktu widzenia, ale również z punktu widzenia tych, którzy jeszcze Ani nie czytali i przeczytają ją (pewnie całkiem przypadkowo) najpierw w mojej wersji.
                      Pozostaje (wiem, że bardzo liczna) grupa fanów, dla których będzie to kolejne tłumaczenie i tu mogę tylko mieć nadzieję na życzliwe przyjęcie. Moje nazwisko zaczyna się na Ber, a to w przypadku Ani nie najgorzej rokuje.
                      • wedrowiec2 Re: ooo:) 02.11.12, 22:17
                        Z niecierpliwością będę czekała na kolejne wydanie (dodruk?), by móc przeczytać nową "Anię".
                        W nazwie "Lyndowa Dolinka" przeszkadza mi wymowa - nie mogę oprzeć się pokusie wymawiania z akcentem na ostatnie sylaby;) Czytając zmienię oczyma duszy na Dolinkę Lyndów. Inaczej będę czytać "Anne zelené kopce";)
                        • lucy-lotta Re: ooo:) 03.11.12, 19:57
                          wedrowiec2 napisała:

                          > Z niecierpliwością będę czekała na kolejne wydanie (dodruk?), by móc przeczytać
                          > nową "Anię".

                          To podobnie jak ja :)

                          Och, pozwoliłam zaszaleć swojej fantazji i oczyma duszy ujrzałam już cudownie i rzetelnie przetłumaczone przez Pana, panie Beręsewicz, kolejne tomy Ani :) A co tam, zaszalejmy - biografię Maud i jej pamiętniki ;) Bądź co bądź, czekam na mój egzemplarz Pańskiej "Ani" :)
                          • marysia_am Re: ooo:) 04.11.12, 22:43
                            > wedrowiec2 napisała:
                            >
                            > > Z niecierpliwością będę czekała na kolejne wydanie (dodruk?), by móc prze
                            > czytać
                            > > nową "Anię".
                            >
                            > To podobnie jak ja :)



                            Po co czekać? Książka ma mały nakład i rzeczywiście w niektórych księgarniach już jest niedostępna, ale jest jeszcze do kupienia na Allegro i w Merlinie (nie to żebym robiła jakąś reklamę ;))
                            allegro.pl/listing.php/search?string=ania+zielonego+wzg%C3%B3rza+skrzat&category=0&description=1&sg=0
                • pberesewicz Re: NOWE TŁUMACZENIE "ANI Z ZIELONEGO WZGÓRZA"! 08.11.12, 09:15
                  jhbsk napisała:

                  > Witam pana tłumacza! Choć jestem nieuleczalną wielbicielką tłumaczenia pani Ber
                  > nsteinowej, to Pańską wersję przeczytałam z dużą przyjemnością. Choć przyznam,
                  > że trochę mi brak spolszczonych nazw. Zawsze bardzo lubiłam Białe Piaski.

                  Ja z kolei za spolszczaniem nazw nie przepadam, choć oczywiście rozumiem Pani sentyment. Pani wędrowiec2 w którymś z poprzednich wpisów zapowiada, że czytając, zmieni sobie oczyma duszy na nazwę, która bardziej Jej pasuje. Może też mogłaby Pani spróbować. A tak w ogóle to serdecznie pozdrawiam i dziękuję za miłe słowa.
                    • zozol109 Re: NOWE TŁUMACZENIE "ANI Z ZIELONEGO WZGÓRZA"! 12.11.12, 19:57
                      Właśnie wróciłam z zagranicy, a tu taka niespodzianka ? Znowu jakiś wydawca postanowił zarobić na klasyce dziecięcej ? Bo przeciezylko o to tu chodzi. Swoją drogą to zabawne, że LMM doczekała się już prawie tylu tłumaczeń co Szekspir :)
                      Tylko Kubusia Puchatka prosze nie porawiać jeszcze raz !!!!!!
                        • jottka Re: NOWE TŁUMACZENIE "ANI Z ZIELONEGO WZGÓRZA"! 16.11.12, 11:13
                          no ale kubuś po angielsku ma żeńskie imię:) więc ta fredzia jest jak najbardziej w porządku, pech chciał tylko, że spolszczenie ireny tuwim okazało się być genialnym...

                          zresztą monika adamczyk, tłumaczka wierna oryginałowi, wiedziała, w co się pakuje, ale chciała niejako wprowadzić do naszej kultury wersję, jak by to powiedzieć - kanoniczną? z iją jako kłapouchym i tak dalej. to irena tuwim szalała po tekście, przycinając "winnie-the-pooh" do polskich upodobań i oczekiwań, no i wyszło jej nad podziw znakomicie. ale nie ma powodu, by odsądzać od czci i wiary drugą tłumaczkę.
                        • agnieszka_azj Re: NOWE TŁUMACZENIE "ANI Z ZIELONEGO WZGÓRZA"! 16.11.12, 18:33
                          ananke666 napisała:

                          > Kubuś nie był poprawiony, tylko zmasakrowany, pono tłumaczka sama miała stwierd
                          > zić, że odwaliła kawał dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty - śmiech pusty i zgr
                          > oza. To było straszne - przynajmniej w tych paru fragmentach, na które miałam p
                          > echa się natknąć. Fredzia!...

                          Nie tłumaczka sama o sobie tylko KTT (Krzysztof Teodor Toepliz) tak o niej napisał w felietonie w "Polityce".
                          Że ze słownikiem w ręku odwaliła kawał dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty.

                          A Milne o Winnie the Pooh pisał per "he", natomiast imię Winnie nie było zdrobineniem od Winiefred (co jest imieniem zarówno żeńskim, jak i męskim) ale od Winnipeg, bo tak nazywała się niedzwiedzica, ktorą do londyśkiego ZOO podarowali zołnierze kanadyjscy.
Inne wątki na temat:

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka