Dodaj do ulubionych

Dalsze losy... Koncert życzeń

30.11.13, 11:18
Ciekawa jestem, która z bohaterek stworzonych przez LMM tak bardzo przypadła Wam do gustu, że chciałybyście przeczytać kolejną książkę o jej losach. Wybierzcie tylko jedną bohaterkę :-)

Ja chciałabym przeczytać o młodych latach Marigold Lesley - o pierwszych romansach, o dorastaniu, na końcu mógłby być jakiś ładny ślub w Świerkowym Obłoku, ze szlochającą ze wzruszenia Lorraine i całym mnóstwem barwnych postaci z klanu Lesleyów.
Obserwuj wątek
      • rosynanta Re: Dalsze losy... Koncert życzeń 04.12.13, 13:02
        yoyka napisała:

        > W Świerkowym.... czym?! Cóż to za profanacja.

        Cloud of Spruce w moim tłumaczeniu był Świerkowym Obłoku.
        Przykro mi, że skupiasz się na niezgrabnościach językowych pani Karoliny Bałłaban zamiast odpowiedzieć na pytanie. Jeśli chcesz kogoś oskarżać o profanację, to tłumaczkę, nie mnie.

        Myślałam, że to forum dla miłośniczek twórczości LMM, a nie adeptek jakiegoś tajemnego kultu oryginalnych wersji językowych :-)
        • yoyka Re: Dalsze losy... Koncert życzeń 04.12.13, 18:01
          Ale ja nie uderzałam personalnie w Ciebie, tylko w nazwę, czyli w sumie w tłumacza. Świerkowy Obłok brzmi absurdalnie nieco, nazwa totalnie abstrakcyjna.


          Co do dalszych losów to waham się między Pat a Emilką. Ale chyba bardziej jednak Pat :)
          • rosynanta Re: Dalsze losy... Koncert życzeń 05.12.13, 20:37
            yoyka napisała:

            > Ale ja nie uderzałam personalnie w Ciebie, tylko w nazwę, czyli w sumie w tłuma
            > cza.

            To nie zabrzmiało tak, plus: świętokradztwo? To chyba trochę za mocne słowo...

            > Świerkowy Obłok brzmi absurdalnie nieco, nazwa totalnie abstrakcyjna.

            Nie zgodzę się. Raczej bardzo dosłowne tłumaczenie. Zbyt dosłowne.
            Ale nie wydaje mi się, żeby było gorsze brzmieniowo od Złotego Brzegu, Szumiących Topoli, Wiecznej Zieleni, Srebrnego/Księżycowego Nowiu czy jakiejkolwiek nazwy wspomnianej w książkach LMM.

            Dla mnie to w ogóle, jako zwyczaj, dość dziwnie brzmi, bo jestem wychowana w kulturze, w której domów się nie nazywa - chociaż jako nastolatka marzyłam, żeby mój miał nazwę :-)

            > Co do dalszych losów to waham się między Pat a Emilką. Ale chyba bardziej jedna
            > k Pat :)

            Obawiam się trochę, że dorosłe życie Emilki byłoby trochę nudne. Mogłaby zboczyć ze swojej Alpejskiej Ścieżki między rodzeniem Tedowi kolejnych dzieci. Nie daj boziu by "zaniała" i stała się matroną, wycierającą zasmarkane noski i opatrującą obolałe kolanka ;-) Z tej dwójki też głosuję na Pat - była świetną siostrą, córką i ciocią, więc i jako żona i matka idealnie by się sprawdziła, pewnie by się przyjemnie to czytało :-)
            • asiunia311 Re: Dalsze losy... Koncert życzeń 07.12.13, 06:08
              Cóż, trylogia o Emilce to moje najukochańsze książki z twórczości Maud. Niemniej nie jestem pewna, czy jednak chciałabym czytać o jej dalszych losach, bo obawiam się dokładnie tego, o czym piszesz - że autorka zaserwowałaby Emilce i Tedowi dokładnie ten rodzaj 'szczęścia', co Ani. W przypadku Ani to było do przełknięcia z mojej strony, w przypadku Emilki - niekoniecznie. Dlatego poprzestanę chyba na moich wyobrażeniach ich dalszych losów.

              Jeśli chodzi o Pat - to jedna z najbardziej wkurzających, irytujących i drażniących bohaterek w książkach Montgomery. Zastrzegam, że czytałam tę dylogię pierwszy i ostatni raz jakieś 18 lat temu, ale już mnie - nastoletnią siksę wówczas - wielce drażniła ta egzaltowana i nieco patetyczna postać. Być może teraz odbiór tych dzieł byłby inny, ale jakoś nie ciągnie mnie, aby im dać kolejną szansę. Poza tym - cztanie o ciepełku rodzinnym w wydaniu srebrnogajowym - dziękuję, postoję. Już mnie zęby bolą;) To już wolałabym poczytać dalsze losy bohaterów "Błąkitnego zamku". Lubię tę książkę, ale nie na tyle, by się wkurzyć, gdyby akcja poszła nie po mojej myśli. A i bohaterowie są wyraziści, nie tak papierowi, jak w przypadku dylogii o Pat.
              • rosynanta Re: Dalsze losy... Koncert życzeń 08.12.13, 16:17
                asiunia311 napisała:

                > Jeśli chodzi o Pat - to jedna z najbardziej wkurzających, irytujących i drażnią
                > cych bohaterek w książkach Montgomery.

                Ciekawe, bo jesteś kolejną osobą, która tak na to patrzy...
                Mnie najbardziej chyba jednak wkurzała Ania. Książki o niej są fajne według mnie tylko ze względu na bohaterów drugoplanowych. A Pat lubiłam - może dlatego, że sama nie lubię zmian, a jako dziecko reagowałam na nie przesadnie.

                > Poza tym - cztanie o ciepełku rodzinnym w wydaniu srebrnogajowym - dziękuję,
                > postoję. Już mnie zęby bolą;)

                A znowuż w moim mniemaniu Gwiazdka w Srebrnym Gaju jest jedną z najlepszych scen zbiorowych napisanych przez LMM. Gdyby nie to, że Gardinerów były całe stada, to by to się mogło wszystko stać w moim domu.

                > A i bohaterowie są wyraziści, nie tak papierowi,
                > jak w przypadku dylogii o Pat.

                Tu się podpisuję obiema rękami. W Pat mamy Pat, Judysię i Tillytucka. I w zasadzie to tyle. Reszta kukiełki.
                • asiunia311 Re: Dalsze losy... Koncert życzeń 08.12.13, 20:42
                  rosynanta napisał(a):


                  > Ciekawe, bo jesteś kolejną osobą, która tak na to patrzy... Mnie najbardziej chyba jednak wkurzała Ania. Książki o niej są fajne według mnie tylko ze względu na bohaterów drugoplanowych. A Pat lubiłam - może dlatego, że sama nie lubię zmian, a jako dziecko reagowałam na nie przesadnie.


                  Cóż, pisałam już, że "Pat" czytałam niemalże 20 lat temu i od tego czasu nie dałam jej ponownej szansy. Wrażenie jednak robi swoje. Bo do Emilki wracam jakieś dwa razy do roku ( i mam na półce wszystkie dostępne w RP tłumaczenia - ale każdy ma swoje zboczenia;) Ania to kolejna postać, która traci w moich oczach z upływem czasu. Zresztą, od początku nie miałam o niej przesadnie dobrej opinii:) I zgodzę się z Tobą, że w sadze o Ani świetne są postaci drugoplanowe - z Marylą, Mateuszem i Małgorzatą ( wiem, że w oryginale jest Rachel, ale ta Małgorzata przylgnęła w moich oczach do tej postaci jak druga skóra ) na czele. Niemniej dylogii o Pat nie obroni nawet sama Judysia, bo drętwa główna bohaterka skutecznie jej to uniemożliwia...

                  > A znowuż w moim mniemaniu Gwiazdka w Srebrnym Gaju jest jedną z najlepszych scen zbiorowych napisanych przez LMM. Gdyby nie to, że Gardinerów były całe stada, to by to się mogło wszystko stać w moim domu.


                  Hmmm, jakby to ująć... Nie znoszę spędów rodzinnych, ze szczególnym uwzględnieniem spędów świątalnych. Dlategoż takie opisy działają na mnie odstręczająco, oględnie mówiąc. Niemniej de gustibus non disputandum est - więc rozumiem, że dla kogoś dobrze napisana scena świąteczna to spory wabik.
                  • rosynanta Re: Dalsze losy... Koncert życzeń 09.12.13, 15:01
                    asiunia311 napisała:

                    > > A znowuż w moim mniemaniu Gwiazdka w Srebrnym Gaju jest jedną z najlepszy
                    > ch scen zbiorowych napisanych przez LMM. Gdyby nie to, że Gardinerów były całe
                    > stada, to by to się mogło wszystko stać w moim domu.
                    > Hmmm, jakby to ująć... Nie znoszę spędów rodzinnych, ze szczególnym uwzględnien
                    > iem spędów świątalnych. Dlategoż takie opisy działają na mnie odstręczająco, og
                    > lędnie mówiąc. Niemniej de gustibus non disputandum est - więc rozumiem, że dla
                    > kogoś dobrze napisana scena świąteczna to spory wabik.

                    U Gardinerów były spędy. U mnie w rodzinie jest kolacja w 5 osób, taka jak zawsze, tylko trochę inne menu :-) Dlatego napisałam, że jednak to nie jest dokładnie to samo.

                    Lubię włoskie komedie ;-) A to dokładnie tak wygląda czasami, i w mojej rodzinie, i kiedy Winnie zaczyna rodzić w środku świątecznego obiadu. Z pewnym przerażeniem myślę o moim ślubie, bo też na pewno jakiś pies pożre peperomię albo kot wpadnie do miski z koktajlem... Ale przynajmniej będzie co opowiadać dzieciom ;-)
    • invisse Re: Dalsze losy... Koncert życzeń 11.12.13, 17:14
      A ja bym bardzo chętnie poczytała o Emilce i wcale nie sądzę, żeby jej przyszłość musiała być nudna - o ile LMM pociągnęłaby ją w wersji z 3 tomu, bez przerabiania na Anię. Wyliczając - depresja, rozdarcie między rodziną a twórczością, ten niemrawy Tadzio (gdyby pocisnąć, to wyemancypowana Emilka mogłaby nawet spróbować rozwodu), Dean przyjeżdżający po latach, coraz bardziej zamykające się w sobie ciotki ze Srebrnego Nowiu... O, jestem pewna, że można by było stworzyć o Emilce po latach naprawdę świetną historię! Ona by się nie dała zamknąć w roli dobrej gospodyni :D
      • rosynanta Re: Dalsze losy... Koncert życzeń 12.12.13, 10:53
        invisse napisała:

        > A ja bym bardzo chętnie poczytała o Emilce i wcale nie sądzę, żeby jej przyszło
        > ść musiała być nudna - o ile LMM pociągnęłaby ją w wersji z 3 tomu, bez przerab
        > iania na Anię.

        O ile.
        Ale obawiam się właśnie, że by to jednak zrobiła - w końcu nie bez powodu skończyła Emilkę na 3 tomach, po czym napisała jeszcze 7 innych powieści, w tym 2 o Ani, z czego jedną kompletnie nieznośną :-P

        > Wyliczając - depresja, rozdarcie między rodziną a twórczością,

        Uwielbiam Emilkę i dlatego właśnie nie chciałabym o tym czytać. Bo gdyby Emilka musiała wybrać, to skończyć by się to mogło tylko w jeden sposób: pchaniem wózka albo pięciu pod górę na Alpejskiej Ścieżce...

        > ten niemrawy Tadzio (gdyby pocisnąć, to wyemancypowana Emilka mogłaby nawet spró
        > bować rozwodu)

        Rozwodu? Mówimy wciąż o LMM?

        > Dean przyjeżdżający po latach, coraz bardziej zamykające się w
        > sobie ciotki ze Srebrnego Nowiu... O, jestem pewna, że można by było stworzyć o
        > Emilce po latach naprawdę świetną historię! Ona by się nie dała zamknąć w roli
        > dobrej gospodyni :D

        Zgadzam się, że dałoby się wycisnąć. Ale musiałby to zrobić ktoś inny niż autorka ;-)
        • kooreczka Re: Dalsze losy... Koncert życzeń 12.12.13, 18:20
          O Ani pisać nie chciała- polecam biografię, sprawa była dość skomplikowana.
          Nie wiem w sumie czemu zakładacie, że Emilka skończyłaby jak Ania. Tadzio nie był prowincjonalnym doktorem, a bywałym artystą, więc Emilka nie musiałaby przyjmować
          społecznej roli Pani Doktorowej.
          I czemu wózek miałby jej przeszkodzić w Alpejskiej Ścieżce? Pisarki miewały mężów i rodziny i w niczym im to nie przeszkadzało. Przypomina mi się pewna analiza Władcy Pierścieni, gdzie marudzono, że niby "wyzwolona królowa" Garadiela ma męża. Dlaczego wiąż tkwi w nas głęboko przekonanie, że ślub to dla kobiety zamknięcie, że nie można mieć związku opartego na miłości i współpracy?
          I Tadzio może był niemrawy, ale 100 razy bardziej widzę go w roli wspierającego i pokrewnej duszy niż uwielbianego tu kontrolującego psychopaty Humberta... soryy Deana
          • asiunia311 Re: Dalsze losy... Koncert życzeń 12.12.13, 23:30
            kooreczka napisał:

            > O Ani pisać nie chciała- polecam biografię, sprawa była dość skomplikowana. Nie wiem w sumie czemu zakładacie, że Emilka skończyłaby jak Ania. Tadzio nie był prowincjonalnym doktorem, a bywałym artystą, więc Emilka nie musiałaby przyjmować społecznej roli Pani Doktorowej. I czemu wózek miałby jej przeszkodzić w Alpejskiej Ścieżce? Pisarki miewały mężów i rodziny i w niczym im to nie przeszkadzało. Przypomina mi się pewna analiza Władcy Pierścieni, gdzie marudzono, że niby "wyzwolona królowa" Garadiela ma męża. Dlaczego wiąż tkwi w nas głęboko przekonanie, że ślub to dla kobiety zamknięcie, że nie można mieć związku opartego na miłości i współpracy? I Tadzio może był niemrawy, ale 100 razy bardziej widzę go w roli wspierającego i pokrewnej duszy niż uwielbianego tu kontrolującego psychopaty Humberta... soryy Deana


            Miałam odpowiadać wcześniej na post yoyki, ale kooreczka spłodziła powyższe parę zdań na moje zamówienie;) Właśnie w tym duchu chciałam napisać. Dziękuję za mimowolną pomoc!:)

            Już pisałam ongi, że Emilka i Ted to, moim zdaniem, najlepiej dobrana para w twórczości LMM. Kibicowałam im w dzieciństwie i (ponad) 25 lat nie sprawiło, bym zmieniła zdanie. To dwoje ludzi bardzo podobnych do siebie pod względem charakteru, jak i wykonywanego zawodu, a przez to do siebie idealnie pasujących. Przeciwieństwa przyciągają na krótką metę - na dłuższy związek to raczej nie ma szans, choć zdarzają się chlubne wyjątki. Ja w nich widzę oddaną sobie parę ludzi, którzy wspierają się nawzajem w swoich zawodowych dążeniach. I choć na samo słowo 'małżeństwo' mam dreszcze, to nie sądzę, by była to pułapka bez wyjścia (dla kobiety, rzecz jasna). Raczej chodzi tu o wzajemny szacunek i zrozumienie oraz o ustalenie pewnych pryncypiów, a poza tym, Emilka, choć wychowana w konserwatywnym domu Murrayów, to nie była kobieta, która dałaby się stłamsić i 'udomowić'. Chociaż, gdyby autorka pozwoliła jej zostać z tym śliskim, paskudnym, podstarzałym maniakiem kontroli, Deanem, to pewnie by się tak skończyło, bo dla tego odpychającego psychopaty Emilka była tylko elegancko opakowanym młodym trofeum, i niczym więcej. Na szczęście autorka okazała litość w tej kwestii;)
            • simply_z Re: Dalsze losy... Koncert życzeń 15.12.13, 22:46
              Mam takie same odczucia.Bardzo lubiłam tę parę ,natomiast Dean mnie przerażał.Brr strasznie mroczna postać.
              Chętnie poczytałabym sobie o dalszych losach Marigold ,chociaż obawiam się ,że byłaby to już kalka losów Pat/Emilki.
              • rosynanta Re: Dalsze losy... Koncert życzeń 18.12.13, 13:17
                simply_z napisała:

                > Mam takie same odczucia.Bardzo lubiłam tę parę ,natomiast Dean mnie przerażał.B
                > rr strasznie mroczna postać.
                > Chętnie poczytałabym sobie o dalszych losach Marigold ,chociaż obawiam się ,że
                > byłaby to już kalka losów Pat/Emilki.

                Ja sobie dorosłą Marigold wyobrażam trochę jak Gay Penhallow plus trochę charakterku i ostrego języczka :-)
        • invisse Re: Dalsze losy... Koncert życzeń 16.12.13, 16:19
          > Ale obawiam się właśnie, że by to jednak zrobiła - w końcu nie bez powodu skończyła Emilkę na 3 tomach, po czym napisała jeszcze 7 innych powieści, w tym 2 o Ani, z czego jedną kompletnie nieznośną :-P

          O której części mówisz?

          > Rozwodu? Mówimy wciąż o LMM?

          Tak, mówimy wciąż o LMM. I, odnosząc się nie tylko do tego komentarza - gdybamy. Takie części już nigdy nie powstaną, więc wszystko, co tu mówimy, pozostaje tylko w sferze wyobraźni. Chciałam tylko udowodnić, że w sadze o Emilce pozostało wiele furtek, które można by rozwinąć w kolejnych tomach (przy czym wcale nie uważam, że takie tomy powinny powstać - nie przy tamtym stanie zdrowia LMM).

          > Zgadzam się, że dałoby się wycisnąć. Ale musiałby to zrobić ktoś inny niż autorka ;-)

          Jeśli masz takie życzenie i znasz angielski, możesz zajrzeć na fanfiction.net, co najmniej kilka opcji dalszych losów Emilki.
          Dla mnie to się kompletnie mija z sensem.

          >>> Nie wiem w sumie czemu zakładacie, że Emilka skończyłaby jak Ania. Tadzio nie był prowincjonalnym doktorem, a bywałym artystą, więc Emilka nie musiałaby przyjmować
          społecznej roli Pani Doktorowej.

          O właśnie! Ich losy wyobrażam sobie raczej jak Joanny i Edwarda (Valancy i Barneya) - dużo podróży i odkrywania świata, dzieci - raczej mało :)

          I jeszcze o Tadziu - ja uwielbiałam go w pierwszym tomie, ale potem było go coraz mniej i mniej i teraz, jak wspominam trzeci tom, on wydaje mi się raczej wydmuszką albo samym imieniem bez charakteru. A Emilka była charakterna. Nie wiem, może zawiodła tu konstrukcja postaci Tadzia w trzecim tomie. Może zraził mnie ten wątek ze ślubem. Wątek z Deanem był (i mógł być, w tej hipotetycznej przyszłości) ciekawy, ale nie na dłuższą metę - w końcu Emilka była z Murrayów ;)
          • rosynanta Re: Dalsze losy... Koncert życzeń 18.12.13, 13:16
            invisse napisała:

            > > Ale obawiam się właśnie, że by to jednak zrobiła - w końcu nie bez powodu
            > skończyła Emilkę na 3 tomach, po czym napisała jeszcze 7 innych powieści, w ty
            > m 2 o Ani, z czego jedną kompletnie nieznośną :-P
            > O której części mówisz?

            O "Rilli ze Złotego Brzegu". Ania tam staje się jakimś rekwizytem domowym.

            > > Rozwodu? Mówimy wciąż o LMM?
            > Tak, mówimy wciąż o LMM. I, odnosząc się nie tylko do tego komentarza - gdybamy
            > . Takie części już nigdy nie powstaną, więc wszystko, co tu mówimy, pozostaje t
            > ylko w sferze wyobraźni. Chciałam tylko udowodnić, że w sadze o Emilce pozostał
            > o wiele furtek, które można by rozwinąć w kolejnych tomach (przy czym wcale nie
            > uważam, że takie tomy powinny powstać - nie przy tamtym stanie zdrowia LMM).

            Nie pasuje mi do Emilkowych realiów rozwód po prostu.
            Co by na to powiedziały ciotki? ;-)

            > > Zgadzam się, że dałoby się wycisnąć. Ale musiałby to zrobić ktoś inny niż
            > autorka ;-)
            > Jeśli masz takie życzenie i znasz angielski, możesz zajrzeć na fanfiction.net,
            > co najmniej kilka opcji dalszych losów Emilki.
            > Dla mnie to się kompletnie mija z sensem.

            Widziałam, nie podobało mi się. Styl nie ten :-P

            > >>> Nie wiem w sumie czemu zakładacie, że Emilka skończyłaby jak An
            > ia. Tadzio nie był prowincjonalnym doktorem, a bywałym artystą, więc Emilka nie
            > musiałaby przyjmować
            > społecznej roli Pani Doktorowej.
            > O właśnie! Ich losy wyobrażam sobie raczej jak Joanny i Edwarda (Valancy i Barn
            > eya) - dużo podróży i odkrywania świata, dzieci - raczej mało :)

            Tak, to by pasowało :-)
            Pisałam już, że obawiałabym się, że w ciągu dalszym Emilki autorka zrobiłaby z niej Anię - gdyby nie zrobiła, to jak najbardziej ok. Zresztą czy w całej trylogii o Emilce jest chociaż słowo na temat dzieci? Nie pamiętam takiego motywu, stosunku Emilki do niemowlaków.

            > I jeszcze o Tadziu - ja uwielbiałam go w pierwszym tomie, ale potem było go cor
            > az mniej i mniej i teraz, jak wspominam trzeci tom, on wydaje mi się raczej wyd
            > muszką albo samym imieniem bez charakteru. A Emilka była charakterna. Nie wiem,
            > może zawiodła tu konstrukcja postaci Tadzia w trzecim tomie. Może zraził mnie
            > ten wątek ze ślubem. Wątek z Deanem był (i mógł być, w tej hipotetycznej przysz
            > łości) ciekawy, ale nie na dłuższą metę - w końcu Emilka była z Murrayów ;)

            Kiedy pierwszy raz czytałam Emilkę, miałam wrażenie, że jej miłość do Teda w trzecim tomie jest takim zadurzeniem nastolatki w niedostępnym obiekcie albo sentymentem ze starych czasów. Trochę za mało tego Teda było w "Dorosłym życiu...", za to Dean przewijał się ciągle i pchał się z gębą :-P
            • sowca Re: Dalsze losy... Koncert życzeń 25.12.13, 22:04
              O, a ja bym zdecydowanie chciala poczytać o Emilce, ale nie w wersji aniowej, tylko właśnie mocnej i prawdziwej - coś takiego jak "Dzban ciotki Becky" albo "Błękitny Zamek", moim zdaniem dwie najbardziej realistyczne i prawdziwe utwry LMM, które czytałam. Moim zdaniem związek Emilki i Tadzia byłby niewypałem, Tadzio egocentryk, skupiony wiecznie na sobie i na swojej sztuce, szybko by się przekonał, że prawdziwa Emilka to nie Emilka z jego marzeń. Emilka zaś uświadomiłaby sobie, że przez całe lata czekała na coś, co wcale nie okazało się miłością. I ja widzę opcję szczęśliwego zakończenia: Emilka+Dean, który zrozumiał wreszcie, że Emilka musi mieć dużo wolności i własną wolę.
              • asiunia311 Re: Dalsze losy... Koncert życzeń 26.12.13, 22:11
                sowca napisała:


                > I ja widzę opcję szczęśliwego zakończenia: Emilka+Dean, który zrozumiał wreszcie, że Emilka musi mieć dużo wolności i własną wolę.


                Ekhem... szczęśliwego zakończenia - owszem, ale tylko dla psychopaty, pardon, Deana;) Bo dla Emilki skończyłoby się to niekoniecznie szczęśliwie. I trzeba mieć naprawdę sporo wiary i marzeń, by wierzyć, że ktoś może się zmienić o 180 stopni. I jakoś ciężko mi uwierzyć w Deana, który nagle nie jest zazdrosny o to, że Emilka poświęca swój czas na pisanie czy głaskanie kota, a powinna wszak w tej chwili wielbić swego pana i władcę.

                I mam pytanie, do wszystkich osób, które nie przepadają za postacią Teda. Skąd to przekonanie, że Ted to wybujały egocentryk? Nurtuje mnie to niezmiernie, bo ja w nim nie widzę w tej kwestii nic wystającego ponad tzw. normę u przeciętnego człowieka. Czy to 'zasługa' wypowiedzi nieszczęsnej Ilzy, którą można posądzić o wszystko, ale na pewno nie o prawdomówność? Jeśli to zbyt intymne pytania, to proszę mi kurtuazyjnie napisać, że mam trzymać mordę w kuble - zrozumiem:))
                • yoyka Re: Dalsze losy... Koncert życzeń 13.01.14, 10:46
                  Będzie brzydko, przepraszam.

                  Dla mnie Dean jest negatywnie nacechowany od samego początku. Emilkę przeczytałam tuż po obejrzeniu "Imienia Róży" i Dean nierozerwalnie zrósł się w moich oczach z postacią paskudnego Salvatore, ale nie wizualnie z twarzy (bo Dan podobno był przystojny), ale z sylwetki i z usposobienia. Nie pamiętam już co mnie skrzywiło, ale czytałaś coś, lata temu, gdzie było dosadnie wyrażone, że ludzie psychicznie chorzy(oczywiście niektórzy) mają silnie rozwinięte instynkty i potrzeby seksualne. W którejś części milczenia owiec Hannibal siedzi w celi obok chorego więźnia, który mówi brzydkie rzeczy do Jodie Foster, związane z seksem. Wszystko to spowodowało, że w mojej głowie ułomność Deana ma w sobie dla mnie coś brzydkiego, łączy wszystkie cechy negatywnych niepełnosprawnych bohaterów - zboczonych karłów, pełnych zwierzęcej chuci ludzi chorych na zespół Downa - chodzi o tę warstwę cielesności, zwierzęcego wyuzdania. Fakt, że Emilka spodobała mu się jako mała dziewczynka (mimo argumentów, które padały na tym podforum, że to było normalne), jest dla mnie zboczony i obleśny. Rozumiem, że to mogło być do zaakceptowania, ale nie dla mnie.
                  Maud pisała "czysto", więc nie napisałaby nigdy "brudnej" postaci, ale pod innym piórem wyszłaby postać Deana o wiele czarniejsza niż tylko złośliwa i zazdrosna. Byłby takim knującym prosiakiem, złośliwym, przewrotnym, kombinującym kłamczuchem, który korzystając z niewinności i szczerości Emilki próbowałby ją opleść swoją siecią. Lepką, brudną rzeczywistością, pełną obrzydliwych zboczeń i brzydkich myśli.
                  Widzę go w tych jego podróżach, jak próbuje uciech z nastoletnimi chłopcami we Francji, seksu gejowskiego w łaźniach w Grecji oraz przygód w brudnych zaułkach Tajlandii z transwestytami.
                  Te jego obietnice, że kiedyś nauczy Emilkę sztuki pisania scen miłosnych... oj tak, niejedno on widział, przeżył i mógłby jej pokazać!


                  Przepraszam za taki ohydny obraz Deana, pierwszy raz to sobie wizualizowałam aż tak dokładnie.Do tej pory wszystko to niejasno kołatało mi gdzieś z tyłu głowy.
            • raszefka Re: Dalsze losy... Koncert życzeń 04.01.14, 21:44
              rosynanta napisał(a):

              >
              > Nie pasuje mi do Emilkowych realiów rozwód po prostu.
              > Co by na to powiedziały ciotki? ;-)
              >
              > >
              > Pisałam już, że obawiałabym się, że w ciągu dalszym Emilki autorka zrobiłaby z
              > niej Anię - gdyby nie zrobiła, to jak najbardziej ok. Zresztą czy w całej trylo
              > gii o Emilce jest chociaż słowo na temat dzieci? Nie pamiętam takiego motywu, s
              > tosunku Emilki do niemowlaków.
              >
              > >

              Zastanowiłam się chwilę. A gdyby tak nie rozwód, a bardziej coś jak białe małżeństwo, rozczarowanie życiem rodzinnym? Dziecko jedno, może dwoje, potraktowane przez matkę jak pierwsza dwójka Scarlett O'Hary, za to uwielbiane przez ojca.
              • rosynanta Re: Dalsze losy... Koncert życzeń 07.01.14, 09:58
                raszefka napisała:
                >
                > Zastanowiłam się chwilę. A gdyby tak nie rozwód, a bardziej coś jak białe małże
                > ństwo, rozczarowanie życiem rodzinnym? Dziecko jedno, może dwoje, potraktowane
                > przez matkę jak pierwsza dwójka Scarlett O'Hary, za to uwielbiane przez ojca.

                Nie wiem, czy Emilka chciałaby dla swoich dzieci życia w chłodzie emocjonalnym.
                Jak białe małżeństwo, to śnieżnobiałe - bez dzieci.
                I niech robi karierę jak panna Royal.
                Tylko z mężem ;-)

                W ogóle zastanawia mnie, jak to mogłoby wyglądać. Czy znacie przypadek pisarki, która osiągnęła sukces pod panieńskim nazwiskiem, a następnie wyszła za mąż i pisała dalej pod mężowskim? Nie przychodzi mi nic do głowy - pewnie dlatego, że nie jestem specjalistką od biografii pisarek.

                Bo Emilka z pewnością osiągnęła sukces "Morałem róży". Ale jako Emilia Byrd Starr, a nie jako Emilia Kent.
                • sowca Re: Dalsze losy... Koncert życzeń 08.01.14, 22:12
                  Dean w moim odczuciu nie był psychopatą. Zazdrosnikiem tak, ale nie psychopatą. Moim zdaniem dotarliby się jakoś. Dean nie kontrolował Emilki, nie wypytywał ciągle, co robi, nie śledził, nie był stalkerem - był zazdrosny, bo wiedział, że dla Emilki nie jest na pierwszym miejscu, w dodatku miał kompleksy z powodu wieku. Myślę, że po pewnym czasie, pewien już jej uczuć, odpuściłby i dalby jej wolność, której potrzebowała.
                  A Tadzio? Ja nie mogę mu przebaczyć tego, ze chciał poślubić Ilzę, będąc ciężko zakochanym w Emilce.
                  • asiunia311 Re: Dalsze losy... Koncert życzeń 09.01.14, 14:43
                    Ha! Ile ludzi, tyle poglądów;) Ale skoro to forum i rozmawiamy w kulturalny sposób, to pozwolę sobie zachować votum separatum. Dean to - dla mnie, rzecz jasna - klasyczny typ egoisty, egotyka, w dodatku owładniętego zazdrością. Niebezpieczny tym bardziej, bo inteligentny
                    ( tego mu, niestety, nie mozna odmówić ) - w umiejętny sposób 'karał' Emilkę dłuższym milczeniem ( listownym ), gdy wyjeżdżał na swoje zimowe wyprawy ( vide: sytuacja w III tomie, po pożegnaniu Teda i Emilki w obecności Deana ). W paskudny sposób odnosił się do jej prób literackich, chcąc zniechęcić ją do tego. Te jego komplementy podkreślające jej urodę, a subtelnie wykpiwające jej twórczość - ohyda do kwadratu. Przecież gdyby nie rozstali się
                    ( na szczęście ) z Emilką w taki sposób, to ten drań nigdy by jej nie powiedział, co rzeczywiście sądzi na temat "Sprzedawcy snów". Ale zgadzam się z jednym - miał kompleksy i ta jego zaborczość i zazdrość miały w tym swoje źródło. Nie sądzę jedna, że upływ czasu by tu coś zmienił - jeśli już, to raczej na gorsze, bo tacy ludzie mają obsesyjną potrzebę kontroli. Ale oczywiście to czyste dywagacje, bo tego, w jaki sposób autorka widziała swoje postacie w dalszych - ewentualnych - częściach, to raczej się już nie dowiemy...;)

                    A Ted?... Ja zwracam uwagę, DLACZEGO chciał ożenić się z Ilzą. I dla mnie, gdy poznałam jego motywy, to był cichy dramat. To dla mnie Ilza, wielka przyjaciółka Emilki, która przez całe życie nie domyśliła się, kogo Emilka kocha, była w tej kwestii w bardzo dwuznacznej sytuacji. Rozumiem, że Emilka była introwertyczką i osobą skrytą, ale ciężko mi uwierzyć, że Ilza zupełnie nie zauważyła niczego. Zwłaszcza, że Ted był dla niej nikim...

                    Mam nadzieję, że nikogo nie urażam swoim udziałem w dyskusji, bo reprezentuję zgoła inne poglądy na temat Deana, ale "Emilka" to moje ukochane dzieło Maud:) Dlatego proszę o nieodgryzanie mi łepetyny; jestem do niej niezmiernie przywiązana!
                    • bmsien Re: Dalsze losy... Koncert życzeń - Emilka i Ilza 12.01.14, 14:42
                      Chciałabym się trochę wtrącić, zwracając uwagę na przyjaźń Emilki i Ilzy - Ilza przez cały czas była zazdrosna o Emilkę, ale próbowała to w sobie jakoś ukryć. Na pewno bolało ją, że obaj chłopcy, z którymi się przyjaźniły, podkochiwali się w Emilce, a ją uważali po prostu za kumpla. Ilza kochała Perrego, który wielokrotnie i ostentacyjnie zalecał się do Emilki, a nią nie zwracał uwagi, być może godząc się poślubić Teda chciała się w jakiś sposób zemścić na Emilce? Zresztą gdy opowiadała o powodzeniu Teda wśród kobiet też mogła się tym kierować i tak samo nie wiadomo, co Ilza naopowiadała Tedowi (nie wiem czy dobrze odmieniłam ;) ) o Emilce, może Ted uważał że przyjaźń między dziewczynami nadal jest bardzo intensywna.

                      Cała ta historia widziana z punktu widzenia Ilzy byłaby bardzo ciekawa, chętnie bym się dowiedziała co tak naprawdę kierowało Ilzą, może tuż przed ślubem z Tedem zdała sobie sprawę, że wychodząc za Teda skrzywdzi Emilkę? albo że pozbawi siebie szans na bycie z Perrym? Ted byłby pokrzywdzony w obu przypadkach, ale trochę sam sobie zasłużył oświadczając się komuś tak nieprzewidywalnemu jak Ilza ;)
                      • asiunia311 Re: Dalsze losy... Koncert życzeń - Emilka i Ilza 12.01.14, 23:32
                        Hm... O taką perfidię nie podejrzewałabym Ilzy, chociaż to postrzelone, chimeryczne i egoistyczne dziewuszysko MOŻE byłoby do tego zdolne. Bardziej chodziło mi o to, że Ilza była tak skoncentrowana na sobie, że kompletnie nie zauważała stanu ducha swojej - bądź co bądź - przyjaciółki. A może nie chciała zauważać, bo tak było wygodniej...? Nie wiem. Wiem na pewno, że miała fantazję i konfabulowanie nie stanowiło dla niej większego problemu.
                  • kooreczka Re: Dalsze losy... Koncert życzeń 09.01.14, 19:37
                    Sowco- pewnie, że mógł bić i zabić. Ale dlaczego odsądza się tu od czci i wiary młodego człowieka nie dając mu prawa do błędu i jednocześnie lekką rączką rozgrzesza się starego dziwaka zastrupiałego w zaborczości.

                    Z Tedem Emilka jest na równych warunkach, ale w jakiś sposób wmawia się, że z nim skończy jak Ania. U rhomantycznego Deana wszystko musiało się jemu podporządkować, ale on taki biedny bo stary i oh, nie jest na pierwszym miejscu.. Asiunia wyjaśniła w jaki sposób dręczył Emilkę a ja przypominam, że żałował jedynie, że sprawa się rypła. Dean nie odpuściłby z prostego powodu- nigdy nie byłby pewien uczuć Emilki, bo ona podskórnie wyczuwała, że coś jest z nim nie tak.
                    • sowca Re: Dalsze losy... Koncert życzeń 11.01.14, 21:19
                      Ależ dziewczyny, przeciez forum jest po to,żeby przedstawiać własne poglądy, choćby najróżniejsze, i nikogo nie krzywdzi, że ktoś powie, że Dean był psychopatą :)

                      Ja widzę w Deanie człowieka bardzo nieszczęśliwego i nie odbieram jego zachowania jako "dręczenia" Emilki. Był jej przyjacielem i wspierał ją, także intelektualnie był dla niej partnerem, bardzo jej pomógł w czasie jej choroby - na tyle, że zdecydowała się go poślubić. Mało tego, po zaręczynach kupił Emilce fantastyczny dom, jej wymarzony, i stawał na głowie, żeby go urządzić jak najlepiej, ale absolutnie nie narzucając Emilce swojego zdania. Pokonał niechęć własnej rodziny i rodziny Emilki, byle tyle móc z nią być. Był dla niej zawsze bardzo ważny. Co tak naprawdę Emilka podporządkowała jemu? Nic absolutnie. Zdecydowała się w pełni świadomie poślubić Deana, on jej nie zmuszał, więcej - on się jej nawet nie oświadczał, przekonany, że my odmówi. To raczej Dean podporządkował się jej, kupił dom, jaki ona chciała, zrezygnował ze swoich podróży i planów, byle tylko być przy niej, kiedy go potrzebowała i chorowała.
                      Co do twórczości Emilki, myślę, że mimo wszystko miał Dean sporo racji odnośnie jej pierwszych opowiadań. Mówił o nich "ładne pajęczynki", podkreślał, że pisze lekko i ma wyczucie pióra. Jednak pokazywał jej, że nie jest "drugą Austen" i wytykał jej, że jej powiastki nie są ambitne. Nie możemy tego ocenić, bo nie czytaliśmy jej utworów, ale gdyby porównać je do opowiadań Maud, które pisywała do gazet, to są to właśnie ładne pajęczynki, a nie monumentalne dzieła. Z drugiej strony mamy "Moralność Róży" i moment, kiedy Dean z pełną świadomością okłamał Emilkę. Tu jest jego najsłabszy punkt, zachował się OBRZYDLIWIE i wcale nie zamierzam go tu bronić.
                      Dlaczego źle oceniam Tadzia. Nie przemawia do mnie jego argument, że poślubiając Ilzę, byłby bliżej Emilki, tym bardziej, że relacje Ilzy z Emilką robily się coraz luźniejsze, a obie dziewczyny mieszkały daleko od siebie. Dla mnie bylo to... nie wiem, nawet nie tchórzostwo, jakiś żałosny krok, którego nie potrafię zrozumieć. I skończyłby się tragicznie dla wszystkich, gdyby nie decyzja Ilzy (przypomnijmy: to nie Tadzio się opamiętał, ze robi kretyństwo, to Ilza uciekła przed ślubem!). Tadzio stał jak wół i gotów był poślubić jedną kobietę, kochając inną, mając za nic fakt, że krzywdzi Ilzę. Powiedzmy, że o Emilce mógl nie wiedzieć, jednak moim zdaniem powinien mieć na tyle odwagi, żeby wyznac jej swoje uczucia, i to nie w liście.
                      • asiunia311 Re: Dalsze losy... Koncert życzeń 11.01.14, 22:54
                        Miałam nie pisać, bo usiłuję właśnie corocznie oderwać się od "Emilki", ale muszę, po prostu muszę - a wszystko przez sowcę, no;)

                        Przekonać się jedna drugiej raczej nie da - przecież nawet nie o to chodzi. Fascynujące jest to, jak dwie różne postacie, ważne skądinąd w tej trylogii, są diametralnie różnie postrzegane przez czytelników. Wracając do Deana - sowca podaje jako argument pozytywny, kupno Rozczarowanego Domu przez Deana. Oczywiście, szlachetny to gest i nie sposób mu odmówić zaangażowania, gdyby nie jeden mały szczegół. Dean kupił ów dom bez konsultacji z Emilką i miał gigantycznego farta, że akurat ten budynek tak ukochała sobie Emilka. Ten dom miał być taką złotą klatką. Dla mnie to kolejny przykład na to, że Emilka - w rojeniach Priesta - miała zająć się meblowaniem domu i innymi pierdołami okołodomowymi, z Deanem jako epicentrum, oczywiście, co skutecznie miało ją odciągnąć od bezsensownej bazgraniny. Przecież podczas tych żałosnych zaręczyn ani razu ten prawdziwy przyjaciel nie zająknął się, dlaczego Emilka już nie pisze. Nie pisze? To świetnie, wszak może się zająć tym co najważniejsze - schlebianiem próżności starego pierdoły. A szanowny Dean sobie wymarzył młode, ładnie opakowane trofeum - i prawie udało mu się to osiągnąć. I przecież nikt nie twierdzi, że Emilka od początku pisywała wiekopomne dzieła, ale lekceważenie Deana było druzgocące i służyło tylko jednemu - zniechęceniu Emilki do pisania i skierowaniu jej uwagi na jego osobę. Nie był w tej kwestii dla niej żadnym wsparciem - to pan Carpenter krytykował, ale jego krytyka była w większości przypadków merytoryczna. Cóż, szkoda tylko, że to właśnie pana Carpentera postanowiła autorka uśmiercić - bo była to bardzo barwna i niezwykle plastyczna postać:)

                        Sowco, ależ Ted kilkakrotnie ( oprócz tego nieszczęsnego listu ) próbował wyznać Emilce, co czuje. I za każdym razem został - przez głupie okoliczności - odtrącony ( w jego mniemaniu, rzecz jasna ). Ile razy miał jeszcze próbować, żeby nie narazić się na ośmieszenie i kolejne odtrącenie? Przecież wówczas byłby żałosną marionetką. Dla mnie Ted to przede wszystkim bardzo nieśmiały i jednoczesnie dumny człowiek - podobnie jak Emilka. Nieśmiałość to nie wada, przynajmniej w moich oczach. Owszem, jego decyzja o poślubieniu Ilzy była błędem, ale poznawszy jego motywację, widzę w tym jego osobisty dramat. Z całym szacunkiem - może scena ucieczki Ilzy sprzed ołtarza była bardzo barwna i efektowna, ale - po ludzku - to zwykłe sk...syństwo było. Nie chciałabym nigdy przeżyć takiego upokorzenia, zadane w dodatku przez osobę, która ma mnie głęboko w odwłoku. A Ilzy Ted kompletnie nie obchodził i miała go gdzieś. Tak więc decydując się na ślub z Tedem ( a on też jej raczej nie zmuszał do zamążpójścia ), a potem efektownie dając nogę, to raczej Ilza zachowała się żałośnie i tchórzliwie. Oczywiście, cieszę się, że ten nieszczęsny ślub nie doszedł do skutku, niemniej zawsze, gdy czytam te fragmenty, czuję niesmak. Bo z Ilzy wylazło wówczas wszystko, co najgorsze. Zresztą, wspominałam również, że ciężko mi uwierzyć, że nie domyślała się niczego o uczuciach Emilki, ale może w tym przypadku nadinterpretuję;)

                        Rzeczywiście, kto by przypuszczał, że taka kwestia rozrusza w jakiś sposób forum:) Rosynanta założyła dobry temat, ot co.
                      • kooreczka Re: Dalsze losy... Koncert życzeń 11.01.14, 23:29
                        Sowco, Dean pomylił Ci się z panem Carpenterem- ten drugi wytkał błędy i motywował, pierwszy dawał do zrozumienia, że do niczego się nie nadaje. Ładny mi partner intelektualny- raczej wannabe-Pigmalion, któremu -w jego mniemaniu- Galatea wymyka się z rąk.
                        Zgadzam się z Asiunią, że Emilka dla Deana miała być żoną- trofeum, nie oddzielnym bytem.

                        Co Dean jej podporządkował? Nic. On kupił dom, a podróże od początku przedstawiono jako metodę na ucieczkę. Opór rodziny- i tak go nie lubili, on ich też, a finansowo był bardziej niż niezależny, więc to żadne bohaterstwo. Ot, chciał chłopina młodej żonki, a ona śmie mieć własne plany na życie.
                          • asiunia311 Re: Dalsze losy... Koncert życzeń 12.01.14, 23:25
                            Cóż, dla mnie sprowadzanie kobiety do roli ładnego opakowania to właśnie to, co czynił Priest. Bym nie była gołosłowna - proszę, oto stosowny cytat:

                            "[...]- Wobec tego pojadę - oznajmił Dean, czekając, aż ta wspaniała, smukła dziewczyna o białej cerze, otoczona starym ogrodem, powie, że będzie za nim mocno tęskniła. Przez wszystkie lata ich znajomości mówiła to zawsze, gdy odjeżdżał jesienią. Lecz tym razem nie odezwała się słowem. Nie śmiała.
                            I znów: dlaczego?
                            Dean patrzył na nią oczyma, które potrafiły wyrażać czułość, smutek lub namiętność, a które teraz zawarły w spojrzeniu wszystkie te trzy uczucia. Musiał usłyszeć, że będzie za nim tęskniła. Tego roku wyjeżdżał wyłącznie po to, by jej uświadomić, że będzie go jej brakowało... By zdała sobie sprawę, że nie potrafi bez niego żyć.[...]
                            - No tak, oczywiście, praca - zgodził się Dean z lekkim rozbawieniem w głosie, które pojawiało się ZAWSZE, gdy mówił o jej pracy, zupełnie jekby go śmieszyło, że swoją pisaninę Emilka nazywa 'pracą'. Cóż, skoro tak uważało to urocze dziecko...[...]
                            -[...]Będę cię widział siedzącą w twoim pokoiku, jak przy oknie czatowni COŚ TAM SOBIE PISZESZ.[...]Zawsze, gdy wspomnę piękno Kryształowej Wody, będzie w nim także cząstka ciebie. W końcu przecież uroda całego świata jest tylko tłem dla pięknej kobiety."

                            ( L.M. Montgomery "Emilka szuka szczęścia", wyd. Prószyński i S-ka, tłum. Agnieszka Ciepłowska )

                            Oczywiście, podkreślenia moje;) Doprawdy, urocze i budujące przesłanie: nie zaprzątaj sobie ślicznej główki jakąś pisaniną, masz tylko ładnie wyglądać i się uśmiechać. Świetny przyjaciel, narzeczony i przyszły - niedoszły mąż. Mam nadzieję, że w jakiś sposób umotywowałam swoją opinię stosownym cytatem.
                            • sowca Re: Dalsze losy... Koncert życzeń 12.01.14, 23:39
                              Ja w tym widzę bardzo, bardzo zakochanego człowieka. Od lat, od momentu, kiedy uratował jej życie. I nawet poniekąd rozumiem jego zazdrość o pisanie Emilki. Co nie znaczy, że to popieram. Ale rozumiem. Gdyby chciał mieć po prostu ładną młodą żonkę, wybrałby byle kogo. W dodatku Emilka powiedziała wprost (tylko nie pamiętam, czy jemu, czy ciotce Elżbiecie), że nie chce rozmawiać o swoim pisaniu.
                              Co do domu - Dean był w porządnej panice, bał się, ze Emilce nie będzie się podobał jego nabytek. Nie było tak, że powiedział: kupiłem dom i mamy w nim mieszkać.
                              Ted - zamiast czerwienić się i dukać jak panienka, powinien raz a dobrze, po męsku się oświadczyć. I tyle.
                              Nie mam niestety czasu więcej się rozpisywać, ale chętnie i z wypiekami na twarzy przeczytam Wasze polemiki. Chyba odświeżę sobie "Emilkę" :)
                              • asiunia311 Re: Dalsze losy... Koncert życzeń 13.01.14, 15:55
                                A, to zmienia postać rzeczy. Widać mamy zupełnie inną optykę w tej kwestii. Bo dla mnie facet, który lekceważy pracę kobiety, bo ona zabiera czas, który dziewoja powinna poświęcić panu i władcy, to rzeczywiście jest baaaardzo zakochany. W samym sobie. I swoich potrzebach. Ja w jego zachowaniu nie widzę oznak zdrowej miłości do drugiego człowieka - za to całe morze zaborczości i chęć kontrolowania. Owszem, Emilka nie chciała rozmawiać na temat posania po wypadku, ale powiedziała to ciotce Laurze, która ją uprzednio o to ZAPYTAŁA. A Dean, cap jeden niedomyty, nawet nie kwiknął na ten temat - bo było mu wygodnie, gdy Emilka nie miała 'napadów' inwencji twórczej. Jeśli to się nazywa miłością - to ja postoję. Cieszę się, że Maud nie przeznaczyła takiego losu swojej najbardziej udanej bohaterce.
                                I, sowco kochana, w której sytuacji Ted czerwienił się i dukał jak panienka?;) Bo nijak nie mogę sobie przypomniec tejże sytuacji, a "Emilkę" znam prawie na pamięć.
                                A, i skoro chciałabys odświeżyć sobie lekturę "Emilki", to serdecznie polecam:) Może wówczas zmienisz zdanie w pewnych kwestiach. Daj znać, czy coś się zmieniło w odbiorze:)
                                • sowca Re: Dalsze losy... Koncert życzeń 13.01.14, 23:39
                                  Nie zapominaj, Asiuniu, że to było parę dziesiątek lat temu i pogląd na pracę kobiety był zupełnie inny.
                                  Ale jak tak piszesz, to faktycznie zaczynam się nad tym zastanawiać. jak tylko bedę miała czas, to przeczytam ponownie Emilkę. Ale Tadzio - nie, nie i jeszcze raz nie. Powinien był raz porządnie się jej oświadczyć! ;)
                                  • asiunia311 Re: Dalsze losy... Koncert życzeń 14.01.14, 10:41
                                    Nie zapominam, sowco:) Jednakowoż, wydaje mi się, że nie mówimy tu o uwarunkowaniach społeczno - kulturowych, tylko o osobie gloryfikowanego przez sporą grupę Deana, murowanego kandydata do kanonizacji... No i Ilza przecież nie miała większych przeszkód, by móc robić, to co lubi. Zawodowo:)
                                    I przeczytaj koniecznie - może wówczas zobaczysz w Tedzie kogoś więcej niż marionetkę. No i przypominam cichutko i nieśmiało, że to Emilka się oświadczyła gargulcowi, sorry - Deanowi;DD
        • jadwiga1350 Re: Dalsze losy... Koncert życzeń 12.07.15, 22:35
          rosynanta napisał(a):

          > invisse napisała:

          > wyemancypowana Emilka mogłaby nawet spróbować rozwodu

          >
          > Rozwodu? Mówimy wciąż o LMM?

          O rozwodach to (jak na tamte czasy) u LMM jest sporo. Jane Stuart zamartwia się myślą, że ojciec pojedzie do USA i załatwi sobie rozwód. Ciotka Irena bardzo namawiała brata do tego kroku. Andrew Stuart nadal kochał żonę i rozwodu nie chciał, w przeciwnym wypadku, to kto wie?

          Księżycowy Brodacz ze spokojem przyjmuje wiadomość o sekretnym ślubie córki, bo (jak się pociesza) jest jeszcze separacja i rozwód. Nic tu nie ma, że po rozwód trzeba jechać do USA.

          Wzmiankę o rozwodzie mamy też w Czarodziejskim świecie Marigold.
    • yoyka Re: Dalsze losy... Koncert życzeń 13.01.14, 11:10
      A co do samych dalszych losów to widzę to tak: ślub Emilki i Deana. Urządzają po swojemu Dom Rozczarowany. Emilka zaczyna pisać powieści, które są rozchwytywane. Tadzio dostaje jakieś stypendium/dobrą propozycję i wyjeżdża, pierwszą zimę małżeństwa spędzają osobo wymieniając się listami. Ciotki żyją i mają się dobrze. Chciałabym happy endu u ciotki Laury, dlatego widzę jej ślub - pewnie z ojcem Ilzy. Ilza zachodzi w ciążę i bardzo źle ją znosi. Wraca do Czarnowody na ostatnie 3-4 miesiące, ale ojciec doprowadza ją do szału i przenosi się do Emilki. Perry ma praktyki, przez które nie ma go w tym czasie przy Ilzie. Emilka jest przy porodzie syna Ilzy, umacnia to więź między dziewczętami.
      Emilka wyjeżdża z Tadziem na kilka lat gdzieś daleko (Paryż, Londyn, Tokio?), nie mają dzieci, nie wiadomo czy z wyboru czy nie mogą. Podróżują, przenoszą się z miejsca na miejsce. Ciotka Elżbieta postanawia ogarnąć w jakiś sposób temat i Księżycowy Nów ma być odziedziczony przez Emilkę, a nie Andrzeja, ale stawia jej warunek, że musi wrócić na stałe do Czarnowody. Tadzik przystaje na propozycję, ale ciągnie go do wielkiego świata. Godzą się na życie na pół gwizdka - Emilka cały czas siedzi Czarnowodzie, Tadzio wyjeżdża na kilka miesięcy każdego roku. Podczas jego nieobecności Emilka mieszka w Księżycowym Nowiu, do domu wraca, gdy mąż jest. Relacja między nimi jest skomplikowana - kochają się, rozumieją swoje potrzeby, ale jednocześnie Emilka czuje się samotna. Wraca Dean, odnawiają przyjaźń, Dean wie, że Emilka zna swoją siłę i talent i proporcje w ich przyjaźni się zmieniają, nie jest on już mocniejszą, silniejszą stroną. Oczywiście nadal próbuje uwieść Emilkę, sadzi komplementy.
      Emilka poznaje jakiegoś pana, nie wiem w jakich okolicznościach, kogoś kto na nią działa, jest między nimi chemia, ale nic się nie dzieje. Tadzio w końcu osiada w Czarnowodzie. Po kilku latach okazuje się, że jest chory i umiera (koło 40stki). Emilka nawiązuje jawny romans z tym kimś, kto tam jest w cieniu, ponownie wychodzi za mąż - czy też nawiązuje romans gorszący całą okolicę, ale nie wychodzi za mąż - w obydwu przypadkach zachodzi w ciążę i rodzi bliźnięta, jedno umiera. Depresja, maniakalne uwielbienie żyjącego dziecka, ale jednocześnie takie wychowanie surowe, jest zimna, żadne tam tęczę w stylu Ani. Cały czas pisze. Umiera ciotka Elżbieta, Ilza i Perry są szczęśliwy, on zaszedł wysoko, mieszkają na stałe w Montrealu i mają 4 dzieci.
      • asiunia311 Re: Dalsze losy... Koncert życzeń 14.01.14, 11:19
        O rany, toś pojechała;)
        Nie widzę Emilki jako osoby obsesyjnie zakochanej w dzieciaku, ale to moje wyobrażenie. To osoba zbyt zdystansowana do siebie i świata, by ulec takim histeriom. No i już nie psioczę, że po paru latach wspólnego życia rozwaliłaś moją ukochaną parę z twórczości Maud ( przypomninam, że odnaleźli się, gdy mieli ok. 30-32 lat ):) Ale to Twoja ars poetica - więc niekoniecznie musi się zgadzać z moją wizją:) No i Ilza otoczona stadem dzieciaków kompletnie mnie rozwaliła - to już niebezpieczny krok do 'zaniowienia' bohaterki:)
        • yoyka Re: Dalsze losy... Koncert życzeń 14.01.14, 12:05
          Obsesyjnie zakochana w dzieciaku, ale jak napisałam- bez fajerwerków, na chłodno, żadne pitu-pitu, jak u Ani. Bardziej -kocha tak mocno, że aż odpycha, żeby nie bolała strata - czy coś w ten deseń.
          Oni z Tadziem tak późno się znaleźli? Myślałam, że koło 26-28 roku ich życia na oko to było. W takim razie Tadzio umiera w okolicach 45 lat albo ich wspólne życie się skraca, żeby Emilka jeszcze mogła zajść w ciążę z kimś innym.

          A Ilzę widzę w otoczeniu dzieciaków, ale też mocno na dystans z nimi, ona na balach, a dzieciaki z nianią.
          • rosynanta Re: Dalsze losy... Koncert życzeń 29.01.14, 15:10
            yoyka napisała:

            > Oni z Tadziem tak późno się znaleźli? Myślałam, że koło 26-28 roku ich życia na
            > oko to było. W takim razie Tadzio umiera w okolicach 45 lat albo ich wspólne ż
            > ycie się skraca, żeby Emilka jeszcze mogła zajść w ciążę z kimś innym.

            Nie wiem, czy dobrze zrozumiałam - ciąża Emilki w wieku 45 lat?
            Toż nawet teraz, przy obecnym poziomie zaawansowania medycyny, to dość ryzykowna sprawa, być pierwiastką w tym wieku.

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka