Dodaj do ulubionych

Rilla - babole translatorskie Jolanty B.

17.03.21, 22:01
Wpadła mi w ręce "Rilla ze Złotego Brzegu" w tłumaczeniu Jolanty Bartosik. O ludzie.... jakie tam kwiatki znalazłam...

Podzielę się, a jakże. Miejcie trochę radości. Polecę chronologicznie.

Przede wszystkim Jerry'ego Mereditha przerobiła na GUCIA. Mary Vance jest u niej MARYSIĄ.
Riila w jej opisie była "przeraźliwe chuda", a "włosy miała czerwone jak płomień" (Merida Waleczna?)
Jim opowiada Florze o lekarzu: "Doktor stracił obydwie nogi. Została z nich galareta." (mam skojarzenia kulinarne)
Miller Douglas „uważał, że Marysia jest właścicielką wyjątkowo uzdolnionego języka” (mam skojarzenia niekulinarne)
W jej tłumaczeniu Srokaty Kobziarz jest zaczarowanym grajkiem (zgodnie z oryginałem). Ale funduje nam ona takie zdanie „przyszedł wędrowny muzykant i nie przestanie grać na swojej fujarce" (i znów mam skojarzenia)
Dowiadujemy się, że "przed ołtarzami ustawionymi na wzgórzach płonie ogień." - jakieś pogańskie obrzędy?
Krewna Normana Douglasa to "Kitty Aleksandrowa"
Wtorek zwija się w kłębek na dachu szopy.
„Jims nagle się zaśmiał prawdziwym, gulgocącym, gdaczącym, uszczęśliwionym, rozkosznym śmiechem”
Nawłoć w jej tłumaczeniu raz jest złotogłowem, a raz złotokapem, ale nigdy nawłocią

I najlepsze - Mary Vance mówi o starej ciotce Krystynie MacAllister:
"Jak wiecie, to ona przywróciła mnie do życia, kiedy umarłam na zapalenie płuc… "

Gdzie była redakcja???
Obserwuj wątek
    • galena91 Re: Rilla - babole translatorskie Jolanty B. 18.03.21, 23:01
      Piękne! Uwielbiam takie kwiatki.
      Gucio jest... jest... taki... nawet nie mogę znaleźć określenia. Wyobrażam sobie Nan zakochaną w Guciu. Jakże to romantycznie brzmi.
      Skoro Miller twierdził, że Mary ma uzdolniony język to chyba wiedział co mówi :P
      Gulgocące i gdaczące...? Och...
      Tak, też zastanawiam się gdzie była redakcja. Nie po raz pierwszy zresztą w przypadku tłumaczeń L.M Montgomery.

      Na marginesie:
      Dorastałam na przekładzie Błękitnego Zamku z Bubą, Edwardem, Joanną itd. Potem dowiedziałam się, że jest to okrojona wersja, więc znalazłam nieokrojoną, a w końcu przeczytałam oryginał. O ile zmiany imion i wycięte fragmenty już przebolałam, to dalej nie rozumiem jednego szczegółu. Maleńkiego, ale bardzo mnie irytującego. Na jaką cholerę tłumacz zmienił maj na marzec??? W wersji z Joanną czytamy, że piknik się nie odbył bo w marcu padał deszcz. Zawsze dziwiło mnie, że w ogóle ktoś chciał robić piknik w marcu. Potem z oryginału dowiedziałam się, że to był MAJ. Dlaczego tłumacz to zrobił, dlaczego?! Był już tak niedouczony, leniwy, czy co? Totalnie tego nie rozumiem.
      • pi.asia Re: Rilla - babole translatorskie Jolanty B. 27.03.21, 15:07
        galena91 napisał(a):

        > W wersji z Joanną czytamy, że piknik się nie odbył bo w marcu padał deszcz. Zawsze dziwiło mnie, że w
        > ogóle ktoś chciał robić piknik w marcu. Potem z oryginału dowiedziałam się, że
        > to był MAJ. Dlaczego tłumacz to zrobił, dlaczego?! Był już tak niedouczony, le
        > niwy, czy co? Totalnie tego nie rozumiem.

        W mojej wersji (z Joanną) nie ma ani słowa o pikniku. Jest "uroczystość rodzinna", która się nie odbyła, bo "pewnego marcowego poranka" padał deszcz.
        Dlaczego tłumacz to zmienił? Pojęcia nie mam, ale mam teorię.
        Otóż opis tego poranka jest tak przygnębiający, że mogło mu to po prostu nie pasować do maja, który wszak w Polsce jest raczej miesiącem słonecznym, barwnym, pachnącym i pełnym uroku (choć bywa oczywiście brzydki), i tak właśnie pozytywnie się kojarzy.
        Inna sprawa, że zmieniając miesiąc musiał również zrezygnować z "pikniku" na rzecz "uroczystości", sprawiając, że dociekliwy czytelnik nie mógł zrozumieć, czemu deszcz przeszkodził w urządzeniu przyjęcia w domu.

        Leniwym ani niedouczonym bym Karola Bobrzymowskiego (onże tłumacz) żadną miarą nie nazwała. Wszakże to spod jego pióra wyszedł najcudniejszy fragment o ciotkach i kuzynkach "dziesiątego stopnia pokrewieństwa, które miały "akurat to samo" i "padły, proszę ciebie, trupem na miejscu, nie zdążywszy nawet pisnąć".

        W czytelniczej grupie na fb zastanawialiśmy się na cięciami dokonanymi w tekście i doszliśmy do wniosku, że prawdopodobną przyczyną tych cięć były braki papieru w przedwojennej Polsce.
        Inna sprawa, że dopiero z nowszego przekładu dowiedziałam się, czemu wg Joanny największym szczęściem było kichnąć, gdy miało się na to ochotę.
          • pi.asia Re: Rilla - babole translatorskie Jolanty B. 02.04.21, 16:22
            simply_z napisała:

            > wydaje mi się, że w starszym przekładzie Bobrzymowskiego też była wzmianka na t
            > emat kichnięcia.

            Mam pierwsze wydanie z 1926-go roku i nowsze z 1985, oba w tłumaczeniu Bobrzymowskiego. W obydwóch jest tylko wypowiedź Joanny, że "największym szczęściem jest kichnąć, kiedy ma się ochotę".
            Nigdy nie rozumiałam, czemu jest to takie szczęście, aż dowiedziałam się, że w tym przekładzie wycięto istotny fragment, mówiący o tym, że kichanie w towarzystwie było bardzo, ale to bardzo źle widziane, i należało się od niego powstrzymać w jakiś tam sposób, już nie pamiętam dokładnie jaki.
        • galena91 Re: Rilla - babole translatorskie Jolanty B. 31.03.21, 14:11
          Z drugiej strony zabieg z marcem spowodował, że tłumacz musiał w ten marzec brnąć dalej. Czyli, tam gdzie jest mowa o paleniu w piecu - w oryginale od października do maja - on musiał napisać do marca. I to naszym czytelnikom musiało już się wydać dziwne. Jak można stwierdzić, że nie trzeba palić w piecu po 24 marca? Czy pani Fryderykowa była aż tak radykalna? Przecież początek kwietnia rzadko kiedy jest upalny. A i na początku maja zdarzają się przymrozki.
          Dziwne to trochę, że tłumacz na siłę chciał wytłumaczyć brzydką pogodę marcem, a potem nie przejmował, że tworzy w ten sposób inne problemy.
          Np. opisując wydarzenia z następnego roku wspomina o "kwietniowym księżycu". Zaraz, a to Valancy nie miała przeżyć tylko rok? A tu wyraźnie żyje ponad i nic o tym nie wspomina, nie odczuwa żadnego niepokoju, nie ma żadnych podejrzeń?
          Po prostu niespójne mi się to wydaje.
          I oczywiście doceniam niektóre fragmenty tego tłumaczenia. Brakowało mi ich w następnych przekładach i dlatego w końcu sięgnęłam po oryginał.
          A co do kichnięcia, to kiedyś rozumiałam to tak, że czasem człowieka coś łaskocze w nosie a nie może kichnąć i to o tym mówi Joanna. A dopiero potem dowiedziałam się, że chodziło jej o faux pas...

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka