Dodaj do ulubionych

poczucie krzywdy, poczucie winy i ...szczęście.

28.08.05, 11:31
Dlaczego człowiek, żyjąc w poczuciu krzywdy - nie zmienia swojego życia
tylko oczekuje, że inni (winni jego krzywdy) powinni to zrobić?

Czy żyjąc w poczuciu krzywdy łatwiej o dobre o sobie mniemanie?

Baba (na kursie u kowala ;-)
Obserwuj wątek
    • Gość: Też ze wsi Re: poczucie krzywdy, poczucie winy i ...szczęści IP: 195.205.6.* 28.08.05, 11:48
      Czy to kurs kucia żelaza póki gorące?
      W poczuciu krzywdy żyje się wygodniej ,bo nie trzeba robić nic.Natomiast
      szczęście ,które nas spotyka nawet to najmniejsze trzeba pielęgnować a to jest
      cięzka praca i wielki obowiązek . Dbając o swoje szczęście nie możemy zapominać
      o szczęściu innych . poczucie winny następuje tylko u ludzi ,którzy nie są
      egoistami . Egoista może mieć poczucie krzywdy ,ale nigdy winy ,bo to jest
      odniesieniem do innych ludzi. Osobiście wolę pielęgnować swoje szczęście przez
      szczęścienmoich najbliższych.
    • Gość: mirex Re: poczucie krzywdy, poczucie winy i ...szczęści IP: *.abhsia.telus.net 28.08.05, 12:06
      Biernat z Lublina

      Gdy się mocni mnożą, ludzi ubożą

      Złodziej niegdy się ożeniał
      A sąsiadów k swadźbie wezwał,
      Którzy się tam weselili,
      Tańcowali, jedli, pili.
      Aż jeden mąż starszy rzecze:
      "Szalenie się weselicie:
      Wiele złego sam podziałał,
      A cóż, gdy będzie dzieci miał!
      Słońce niegdy toż działało,
      Iż się też ożenić chciało;
      Ziemia tę rzecz zrozumiała,
      Tego dopuścić nie chciała,
      Rzekąc: ŤDosyć mam ciężkości,
      Cierpiąc twoje gorącości;
      Cóż, by drugich słońc narodził?
      Wszytko stworzenie by zgładziłť".
      Źle ciem, gdzie się mocni mnożą,
      Bo ine wszytki ubożą:
      Nie patrzą dobra pospolitego,
      Jedno pożytku swojego.

    • tricolour Babo! 28.08.05, 12:30
      Z pierwa na pierwych myslałem, że zadajesz pytanko z gatunku czysto
      teoretycznych, na które nie warto odpowiadać, bo i tak nic z odpowiedzi nie
      wyniknie.

      Ale na tym forum poczucie krzywdy (lekarskiej) jest wszechobecne, a więc pytanko
      zmieniło się na pytanio-prowokację.

      Jeżeli taka była Twoja intencja, to stawiam hipotezę, że dla wielu ludzi życie
      za 1000zł w poczuciu krzywdy jest "emocjonalnie tańsze" od pojęcia ryzyka
      poprawy swojego losu. Takie ryzyko jest zawsze związane z jakąkolwiek
      aktywnością, że się nie uda i będzie jeszcze gorzej.
      Ryzyko jest wielkie:
      1. trzeba spakować walizki, a trudne zadanie, bo zawsze rąbek wystaje, choćby
      nie wiem jak dusić kolanem.
      2. znaleźć pracę za granicą (czyli przeczytać gazetę, a kto nie umie, to kliknąć
      myszą)
      3. Pożegnać się z rodziną, która i tak chce od dawna, by stąd wiać,

      Pozostaje jeszcze nostalgia, ale od tego nie jestem specjalistą...
      Zresztą nie ma problemu, żeby raz na rok (lub częściej) wsiąść na wehikuł i
      odwiedzić kraj ojców.
      Tydzień wystarczy, by się przekonać o słuszności trudnej decyzji.
    • vlad Re: poczucie krzywdy, poczucie winy i ...szczęści 28.08.05, 12:57
      Bo od 1945 roku za obywatela myślało "państwo". Te 15 lat wolności to trochę za
      mało , żeby przestawić stereotypowy sposób myślenia.
      Jest jeszcze jeden aspekt polskiego malkontenctwa. Zwróć uwagę Babo, że Polska
      to kraj katolicki . A do ubogich należy królestwo niebieskie ( nieważne ,że
      duchem ubogich).
      Dla protestantów etos pracy jest elementem wiary- jeżeli pracujesz ( uczciwie)
      i pomnażasz bogactwo to znak, że Najwyższy ci sprzyja .
      Młodsze pokolenie opuszczające mury wyższych uczelni wie , gdzie należy lokowac
      przyszłośc i nie boi sie podemować decyzji. Vide:
      miasta.gazeta.pl/katowice/1,35019,2888131.html
      • baba_ze_wsi Re: poczucie krzywdy, poczucie winy i...szczęście 28.08.05, 13:42

        Nie uważam, że wina leży w "katolickości" Polski. Podstawą jest tu wszak
        "kochaj bliźniego JAK siebie samego", czyli nie mniej, ale i nie więcej. Nie ma
        więc mowy o poświęcaniu się dla innych, o życiu w poczuciu krzywdy.
        Moim zdaniem odpowiedzialny jest ten, który stworzył teorię altruizmu, jako
        alternatywę dla chrześcijańskiej miłości bliźniego. To idea altruizmu,
        przekonania, że tylko "bezinteresowniość" zasługuje na uznanie sprawia,
        że niektórzy ludzie nie są w stanie się zdecydować, czy wolą "się poświęcać",
        czy też po prostu uczciwie pracować i za swoją pracę dostawać zapłatę w postaci
        pieniędzy. Tak samo zresztą, jak niektórzy ludzie uważają, że
        uznanie/podziękowanie należy się tylko tym, którzy "pracują za darmo", a
        skoro ktoś dostaje "uczciwe" pieniądze za swoją pracę - to ta praca
        jest mniej warta.

        Baba (też kiedyś rozżalona na niewdzięczność tych,dla których się poświęcała)
        • Gość: Doki e tam IP: *.246-200-80.adsl-fix.skynet.be 13.09.05, 21:47
          Przerabialiscie ten watek podczas moich wakacji. A teraz ktos go odkopal i nie
          podaruje.

          > Nie uważam, że wina leży w "katolickości" Polski. Podstawą jest tu wszak
          > "kochaj bliźniego JAK siebie samego", czyli nie mniej, ale i nie więcej. (...)
          Moim zdaniem odpowiedzialny jest ten, który stworzył teorię altruizmu, jako
          > alternatywę dla chrześcijańskiej miłości bliźniego.

          No nie do konca. Po pierwsze, przypomnij sobie te slowa Jezusa: "Jesli ktos chce
          Mnie nasladowac, niech sie zaprze samego siebie, niech wezmie swoj krzyz i idzie
          za mna". Nieprawda, ze jest jakas szczegolna chrzescijanska milosc blizniego.
          Religia zawsze odrywa od zycia doczesnego, wiec i od dobr doczesnych.

          Nie widze roznicy miedzy miloscia blizniego a altruizmem, przyznaje bez bicia. I
          jedno, i drugie jest z reguly nieoplacalne.
          • baba_ze_wsi tam, tam ;-) 13.09.05, 22:25

            Gość portalu: Doki napisał(a):

            > No nie do konca. Po pierwsze, przypomnij sobie te slowa Jezusa: "Jesli ktos
            > chce Mnie nasladowac, niech sie zaprze samego siebie, niech wezmie swoj
            > krzyz i idzie za mna".

            No ale tu (tak mi się wydaje) chodzi również o chrześcijańską miłość:-)
            Jak się dzieje coś złego (krzyż) - to nie zmieniaj swoich zasad moralnych
            dlatego, że nieszczęście dotyczy akurat Ciebie/Twojej rodziny, a nie innych
            (obcych) ludzi.


            > Nieprawda, ze jest jakas szczegolna chrzescijanska milosc blizniego. Religia
            > zawsze odrywa od zycia doczesnego, wiec i od dobr doczesnych.

            Różnica tkwi w sposobie "odrywania" :-)

            > Nie widze roznicy miedzy miloscia blizniego a altruizmem, przyznaje bez
            > bicia.
            > I jedno, i drugie jest z reguly nieoplacalne.

            Zdefiniuj w takim razie opłacalność :-)


            Pozdrawiam

            Baba z odkopanego wątka ;-)
            • Gość: Doki Re: tam, tam ;-) IP: *.246-200-80.adsl-fix.skynet.be 13.09.05, 23:36
              baba_ze_wsi napisała:

              >
              > Gość portalu: Doki napisał(a):
              >
              > > No nie do konca. Po pierwsze, przypomnij sobie te slowa Jezusa: "Jesli k
              > tos
              > > chce Mnie nasladowac, niech sie zaprze samego siebie, niech wezmie swoj
              > > krzyz i idzie za mna".
              >
              > No ale tu (tak mi się wydaje) chodzi również o chrześcijańską miłość:-)
              > Jak się dzieje coś złego (krzyż) - to nie zmieniaj swoich zasad moralnych
              > dlatego, że nieszczęście dotyczy akurat Ciebie/Twojej rodziny, a nie innych
              > (obcych) ludzi.

              Zwroc jednakze uwage na aspekt zaparcia sie samego siebie. Wynikaloby z tego, ze
              milosc blizniego nie zna granic i prowadzi do autonegacji. Chrzescijanin zapiera
              sie siebie i dopiero blizni, ktorych umilowal, pozwala mu sie na nowo odnalezc i
              zrealizowac. Brzmi dosc oblednie, jak dla mnie. I jest altruizmem.

              > Różnica tkwi w sposobie "odrywania" :-)

              A co to za roznica, skoro przyczyna jest zewnetrzna wobec nas. Niewazne czy jest
              to Bog, czy tez jakos inaczej nazwana koncepcja.

              > Zdefiniuj w takim razie opłacalność :-)

              Oplacalnosc: cecha oznaczajaca mozliwosc odniesienia korzysci. Oplaca mi sie to,
              z czego mam korzysc. Niekoniecznie bezposrednio. Dlatego altruizm bywa
              oplacalny, ale wtedy i tylko wtedy, gdy moge liczyc na wzajemnosc. Moze miec to
              miejsce wylacznie w przypadku, gdy wchodzisz w regularnie powtarzane relacje z
              innymi czlonkami spolecznosci. Wtedy swoim altruistycznym zachowaniem
              powodujesz, ze inni zaciagaja dlug wdziecznosci wobec ciebie. Jesli nie mozesz
              liczyc na wdziecznosc, albo zachowujesz sie altruistycznie wobec ludzi, ktorych
              nigdy wiecej nie spotkasz, to jestes kto?

              SUCKER! LOSER!

              A gdy powyzsze do ciebie dojdzie to masz co?

              Poczucie krzywdy.

              QED
              • baba_ze_wsi Re: tam, tam ;-) 14.09.05, 08:16
                Gość portalu: Doki napisał(a):

                > Zwroc jednakze uwage na aspekt zaparcia sie samego siebie.
                > Wynikaloby z tego, ze milosc blizniego nie zna granic i prowadzi do
                > autonegacji. Chrzescijanin zapiera sie siebie i dopiero blizni, ktorych
                > umilowal, pozwala mu sie na nowo odnalezc i zrealizowac. Brzmi dosc
                > oblednie, jak dla mnie. I jest altruizmem.

                No rzeczywiscie taka interpretacja wydaje mi się (o)błędna ;-)
                Zwróć uwagę, że w przekazach ewangelicznych Chrystus zawsze czekał, aż ktoś
                Go poprosi - wtedy zaczynał działać ("pomagać" potrzebującym ludziom).
                Zaprzeć się siebie - to podzielić się z bliźnim kawałkiem swojego chleba,
                gdy o ten chleb prosi(chociaż kawałek mały, i może nie starczy na długo). Ale
                zaprzeć się siebie - to również o ten kawałek chleba poprosić (nie: zażądać,
                ale właśnie poprosić). Chleb jest tu oczywiście przenośnią, chociaż może być
                potraktowany dosłownie :-)

                Istotą altruizmu jest "świadczenie dobra" bez proszenia ("ja wiem najlepiej, co
                kto potrzebuje") ale istotą altruizmu jest również nie oczekiwanie niczego w
                zamian (w zwiazku z czym altruizm tzw idealny w praktyce nie istnieje ;-)

                To, o czym Ty piszesz, nazywajac altruizmem - to nawet nie handel, który
                z istoty swej polega na oficjalnej wymianie tego, co stronom potrzeba.
                To, o czym piszesz - to wciskanie komuś swojego "dobra" (o które on nawet nie
                prosił i nierzadko nie potrzebuje) z deklaracją, że to "za darmo", a potem
                oczekiwanie wdzięczności/odpłaty i rozżalenie, że się jest "niedocenionym".
                (Nawiasem mówiąc - bardzo częsta przyczyna konfliktów małżeńskich: "ja dla nie
                (go/niej) wszystko a on(a) tak(i/a) niewdzięczn(y/a)"...)

                Miłego dnia!

                Baba (wpadnięta w filozofowanie )
                • Gość: GTelega Re: tam, tam ;-) IP: 141.106.111.* 14.09.05, 17:06
                  Mysle, ze pare nieporozumien pomiedzy Wami wynika z tego, ze probujecie wcisnac
                  na jedna plaszczyzne dwa stwierdzenia dotyczace dwuch odmiennych spraw.

                  "Kochaj blizniego swego jak siebie samego" dotyczy kontaktow pomiedzy ludzmi.
                  Jak to rozumiem - aby kochac blizniego TRZEBA kochac i darzyc szacunkiem samego
                  siebie, byc szczesliwym, kochach zycie i dzielic sie tym z innymi.

                  "Niech wezmie krzyz swoj, zaprze sie samego siebie i niech mnie nasladuje..."
                  dotyczy uladu pomiedzy czlowiekiem a jego misja/losem narzuconymi mu przez
                  Boga. Jezus daje przyklad tego w Wieczerniku ("panie wez ten kielich... nie
                  moja ale Twoja wola niech sie stanie..."). Chodzi o to by zaakceptowac swoj
                  los/misje oddajac sie w rece Boga, nie biorac pod uwage swojego ja, zrobic to
                  co trzeba zrobic niezaleznie od konsekwencji. Ma to ZAPOBIEC poczuciu krzywdy w
                  kontaktach z Bogiem. Nie znaczy to bynajmniej, ze inni ludzie moga zadac
                  wypelnienia misji na tym poziomie, ze komukolwiek poza Bogiem nalezy
                  sie "zaparcie wlasnego siebie". W chrzescjanstwie altruizm ma sens tylko jako
                  realizacja misji narzuconej przez Boga. Proba budowania altruizmu na podstawie
                  etyki stosunkow miedzy ludzkich nie ma sensu.
                  • vacia Re: tam, tam ;-) 15.09.05, 13:58
                    Człowiek nie może nic żądać od drugiego człowieka, bo to należy do Boga ale może
                    mu przypomnieć jakie wymagania stawia mu Bóg ( dla jego dobra) :-)
                    • Gość: GTelega Re: tam, tam ;-) IP: 141.106.111.* 15.09.05, 19:00
                      Czlowiek moze zadac od drugiego czlowieka wypelnienia zobowiazan, jak
                      najbardziej. Nie moze jednak wymagac samoposwiecania, "zaparcia sie samego
                      siebie" czy nawet milosci.

                      > ale może
                      > mu przypomnieć jakie wymagania stawia mu Bóg ( dla jego dobra) :-)

                      Zakladajac, ze wiesz na pewno czego Bog chce od innych. Bog zadal takich rzeczy
                      jak: zbuzenie miasta, zabicia kochanka, zdrady zony z niewolnica. Nie bylbym
                      wiec zbyt skory do wypowiadaniu sie w imieniu Boga. Z tego co widac Bog potrafi
                      sie komunikowac samodzielnie jezeli sytuacja tego wymaga.
                      • baba_ze_wsi Re: tam, tam ;-) 15.09.05, 20:57
                        Gość portalu: GTelega napisał(a):

                        > Z tego co widac Bog potrafi
                        > sie komunikowac samodzielnie jezeli sytuacja tego wymaga.


                        Dzięki za ten i za poprzedni wpis :-)

                        Baba (pod wrażeniem :-)
                      • vacia Re: tam, tam ;-) 16.09.05, 10:51
                        Gość portalu: GTelega napisał(a):

                        > Zakladajac, ze wiesz na pewno czego Bog chce od innych. Bog zadal takich
                        rzeczy> jak: zbuzenie miasta, zabicia kochanka, zdrady zony z niewolnica. Nie
                        bylbym > wiec zbyt skory do wypowiadaniu sie w imieniu Boga. Z tego co widac
                        Bog potrafi> sie komunikowac samodzielnie jezeli sytuacja tego wymaga.

                        Przytaczając takie kontrowersyjne oczekiwania Boga lepiej abyś operował
                        konkretami : na przykład zburzenia jakiego miasta i dlaczego wymagał Bóg.
                        No bo czytając Ciebie, co mógłby sobie pomyśleć jakiś niewierzący czytelnik
                        Forum o Bogu, na przykład lekarz ateista ( mógłby się zgorszyć), przecież Bóg
                        wymaga od ludzi dobrych rzeczy uczciwości, pracowitości, współczucia,
                        dobroci,prawdomówności i miłości.
                        Sugerowanie , że Bóg jak zechce nawiąże bezpośrednią kontakt z człowiekiem jest
                        nie adekwatne do tego co miało miejsce w przeszłości.
                        Bóg kontaktował się z narodem wybranym za pomocą proroków a przypadki
                        indywidualnego kontaktu z innymi ludźmi należały do wyjątków.
                        Gdyby postępować według Twojej rady nikt nie mógłby nauczać religii ani
                        popularyzować Biblii nawet wśród własnych dzieci.


                        • Gość: GTelega Re: tam, tam ;-) IP: 141.106.111.* 16.09.05, 22:50
                          Sluze:

                          1. Zburzenie miasta:

                          I rzekł Pan do Jozuego: «Spójrz, Ja daję w twoje ręce Jerycho wraz z jego
                          królem i dzielnymi wojownikami. Wy wszyscy, uzbrojeni mężowie, będziecie
                          okrążali miasto codziennie jeden raz. Uczynisz tak przez sześć dni. Siedmiu
                          kapłanów niech niesie przed Arką siedem trąb z rogów baranich. Siódmego dnia
                          okrążycie miasto siedmiokrotnie, a kapłani zagrają na trąbach. Gdy więc zabrzmi
                          przeciągle róg barani i usłyszycie głos trąby, niech cały lud wzniesie gromki
                          okrzyk wojenny, a mur miasta rozpadnie się na miejscu i lud wkroczy, każdy
                          wprost przed siebie (...) Z woli Bożej opanowali miasto i urządzili nieopisaną
                          rzeź do tego stopnia, że leżące obok jezioro, szerokie na dwa stadia, wydawało
                          się pełne krwi, która tam spłynęła.

                          2. Zabicie kochanka:

                          I podeszła do słupa nad łożem przy głowie Holofernesa, zdjęła jego miecz ze
                          słupa, a zbliżywszy się do łoża ujęła go za włosy i rzekła: «Daj mi siłę w tym
                          dniu, Panie, Boże Izraela!» I uderzyła go dwukrotnie z całej siły w kark, i
                          odcięła głowę. ... A (kaplan) Ozjasz powiedział do niej: «Błogosławiona jesteś,
                          córko, przez Boga Najwyższego, spomiędzy wszystkich niewiast na ziemi,
                          i niech będzie błogosławiony Pan Bóg, Stwórca nieba i ziemi, który cię
                          prowadził, abyś odcięła głowę wodza naszych nieprzyjaciół.

                          3. Co do zdrady zony sytuacja jest nieco bardziej skaplikowana, zona, godzi sie
                          na zdrade, potem tego zaluje a Bog... uwaza ze wszystko jest w porzadku.

                          Saraj, żona Abrama, nie urodziła mu jednak potomka. Miała zaś niewolnicę
                          Egipcjankę, imieniem Hagar. Rzekła więc Saraj do Abrama: «Ponieważ Pan zamknął
                          mi łono, abym nie rodziła, zbliż się do mojej niewolnicy; może z niej będę
                          miała dzieci». Abram usłuchał rady Saraj...

                          (Saraj oczywiscie wscieka sie na Harar tak, ze Harar ucieka... po czym...)

                          Anioł Pański znalazł Hagar na pustyni u źródła przy drodze wiodącej do Szur i
                          zapytał: «Hagar, niewolnico Saraj, skąd przyszłaś i dokąd idziesz?» A ona
                          odpowiedziała: «Uciekłam od mojej pani, Saraj». Wtedy (aniol rzekl) «Jesteś
                          brzemienna i urodzisz syna, któremu dasz imię Izmael, bo słyszał Pan, gdy byłaś
                          upokorzona...

                          (po calym tym mezaliansie...)

                          ... gdy Abram miał dziewięćdziesiąt dziewięć lat, ukazał mu się Pan i rzekł do
                          niego: «Jam jest Bóg Wszechmogący. Służ Mi i bądź nieskazitelny, chcę bowiem
                          zawrzeć moje przymierze pomiędzy Mną a tobą i dać ci niezmiernie liczne
                          potomstwo»...
                          • vacia Re: tam, tam ;-) 17.09.05, 11:21
                            Gość portalu: GTelega napisał(a):

                            >> 3. Co do zdrady zony sytuacja jest nieco bardziej skaplikowana, zona, godzi
                            sie> na zdrade, potem tego zaluje a Bog... uwaza ze wszystko jest w porzadku.

                            Jeśli chodzi o tą zdradę to nie był pomysł Boga ani nawet Abrahama ale pomysł
                            Sary, która nie mogła doczekać się własnego dziecka.
                            Bóg zaakceptował rzeczywiście taką sytuację ale nie była ona z woli Boga.
                            ( Bóg jest zwolennikiem monogamii i wierności małżeńskiej ).
                            Pozatym Bóg i tak rozwiązał problem braku potomstwa u tej pary , Sara urodziła
                            Izaaka, gdy Abraham miał 100 lat.

                            >
                            > Anioł Pański znalazł Hagar na pustyni u źródła przy drodze wiodącej do Szur i
                            > zapytał: «Hagar, niewolnico Saraj, skąd przyszłaś i dokąd idziesz?»
                            > A ona > odpowiedziała: «Uciekłam od mojej pani, Saraj». Wtedy (aniol rzekl)
                            > «Jesteś
                            brzemienna i urodzisz syna, któremu dasz imię Izmael, bo słyszał Pan, gdy byłaś
                            > > upokorzona...
                            >
                            > (po calym tym mezaliansie...)

                            Bóg miłował Abrahama ( jest on nazwany przyjacielem Boga) a także zlitował się
                            nad Hagar i jej synem, Bóg wiedział dobrze,ż Abraham kocha syna z niewolnicy
                            Hagar , dlatego zaopiekował się nią i pobłogosławił jej w życiu.
                            Bóg jak gdyby pomógł rozwiązać trudną sutuację jaka powstała w wyniku
                            nierozważnych działań ludzi.


                            • Gość: GTelega Re: tam, tam ;-) IP: *.wi.res.rr.com 17.09.05, 18:28
                              Zakladam, ze dwa pierwsze punkty przyjmujesz bez zastrzezen.

                              Ja przyjmuje Twoj punkt - to nie Bog wywolal cale to zamieszanie
                              godne "Niewolnicy Izaury". Jednak musisz przyznac, ze rodzina Panstwa
                              Abrahamow, nie zachowuje sie zupelnie wedlug zasad Twojej religii dla
                              grzecznych dzieci.

                              Masz racje Bog woli monogamie, ale z pewnoscia nie uwaza tego za najwazniejszy
                              aspekt zycia skoro na zalozyciela religii wybral poligamiste i wlasciciela
                              niewolnikow.
                              • vacia Re: tam, tam ;-) 18.09.05, 14:07
                                Gość portalu: GTelega napisał(a):

                                > Zakladam, ze dwa pierwsze punkty przyjmujesz bez zastrzezen.

                                Niezupełnie, musiałam dokonać pewnego wyboru.

                                >
                                > Ja przyjmuje Twoj punkt - to nie Bog wywolal cale to zamieszanie
                                > godne "Niewolnicy Izaury".

                                To doprawdy cud , że przyznajesz rację komuś na Forum.

                                Jednak musisz przyznac, ze rodzina Panstwa
                                > Abrahamow, nie zachowuje sie zupelnie wedlug zasad Twojej religii dla
                                > grzecznych dzieci.

                                Rodzina Abrahamów może stanowić dla nas wzór. Takie jest moje zdanie.
                                >
                                > Masz racje Bog woli monogamie, ale z pewnoscia nie uwaza tego za
                                najwazniejszy > aspekt zycia skoro na zalozyciela religii wybral poligamiste i
                                wlasciciela > niewolnikow.

                                Abraham zasłynął z ogromnej wiary w Boga, z posłuszeństwa wobec Boga i z
                                wielkiej uprzejmości wobec ludzi wszelkiego pokroju.
                                Te cechy jego osobowości sprawiły , że Bóg z nim przymierze.
                                A niewolnictwo w tamtych czasach miało swoje podłoże ekonomiczne i społeczne
                                i nie można tego rozpatrywać jako winę Abrahama.


                                • Gość: GTelega Re: tam, tam ;-) IP: 65.90.124.* 19.09.05, 20:56
                                  To doprawdy cud , że przyznajesz rację komuś na Forum.

                                  No bez przesady, vacia, lubie Cie draznic, ale nie jestem oporny na argumenty.

                                  > Abraham zasłynął z ogromnej wiary w Boga, z posłuszeństwa wobec Boga i z
                                  > wielkiej uprzejmości wobec ludzi wszelkiego pokroju.
                                  > Te cechy jego osobowości sprawiły , że Bóg z nim przymierze.

                                  Znowu sie z Toba zgadzam!! O tym wlasnie mowie, ze Bog woli ludzi z poczuciem
                                  wiary i swiadomocia swojej misji, niz tylko "grzecznych". Dlatego nie jest
                                  latwo powiedziec do jakiej misji Bog powolal innych ludzi.

                                  Wyobraz sobie, ze spotkal Cie Jozue i powiedzial: "Czesc Vacia, wlasnie
                                  postanowilem zbuzyc Jerycho i dac zolnierzom szanse by sobie pohasali. Rzez
                                  dobrze im zrobi bo sie im nudzi ostatnimi czasy, mysle, ze Bogu tez sie to
                                  spodoba, ale Ty podobno wiesz czego Bog chce - lepiej sie upewnic, w koncu
                                  chcialbym spac spokojnie widzac trupy plywajace w jeziorze".

                                  albo Judyta: "Sluchaj Vacia, ten Holofernes zasluzyl na kare, poderzne mu
                                  gardlo... a tym (tu poklepje sie po biodrach) bede mogla go przekonac by
                                  zbytnio nie protestowal. Hej nie patrz sie tak Vacia... co by nie mowic
                                  przystojny z niego facet... (puszczajac oko) Pomozesz Vacia? Moze Bog tak
                                  chce..."

                                  Co powiedziala bys w takiej sytuacji?
                                  • xv123 Re: tam, tam ;-) 20.09.05, 20:47
                                    Gość portalu: GTelega napisał(a):

                                    > > Co powiedziala bys w takiej sytuacji?

                                    Jeśli chodzi o moje zdanie to Jozeumu bym odpowiedziała ale Ty nim nie jesteś,
                                    on nie szydził ze Słowa Bożego. Jeśli chodzi o Ciebie to musisz się najpierw
                                    oduczyć szydzić z tego, co nie powinno być przedmiotem szderstwa.
                        • Gość: GTelega Re: tam, tam ;-) IP: 141.106.111.* 16.09.05, 22:58
                          > No bo czytając Ciebie, co mógłby sobie pomyśleć jakiś niewierzący czytelnik

                          Bynajmniej, uwazny czytelnik Biblii... , ktora bynajmniej nie zawsze jest
                          zgodna z Twoja naiwna wersja swiata.

                          > Sugerowanie , że Bóg jak zechce nawiąże bezpośrednią kontakt z człowiekiem
                          > jest nie adekwatne do tego co miało miejsce w przeszłości.

                          Zarowna Biblia jak i historia kosciola daja niezliczone przypadki bezposrednich
                          kontaktow z Bogiem.

                          > przecież Bóg
                          > wymaga od ludzi dobrych rzeczy uczciwości, pracowitości, współczucia,
                          > dobroci,prawdomówności i miłości.

                          Czasami tak... czasem wymaga innych rzeczy...

                          > Gdyby postępować według Twojej rady nikt nie mógłby nauczać religii ani
                          > popularyzować Biblii nawet wśród własnych dzieci.

                          Bynajmniej nie twierdze, ze nie nalezy czytac Biblii, nie nalezy jej jednak
                          czytac w rozowych okolarach bo wiele rzeczy mozna wtedy pominac.
          • baba_ze_wsi przepraszam Panie Psorze... 17.09.05, 11:19

            ...ale nieprzygotowana dzisiaj jestem :-(

            Będę więc strzelać ;-)

            Co do tej miłości "która jest otwarta ale czeka na pierwszy krok z drugiej
            strony" to nie jest wszystko: tam jeszcze baba napisała o drugiej stronie,
            kiedy to przejawem miłości jest prosić o pomoc a nie czekać, aż ktoś "się
            domyśli i sam z siebie pomoże".
            Ale żeby ktoś cię poprosił o pomoc - musisz mu się wydać osobą godną zaufania,
            "nie być nikim". Pomagać innym tak, żeby nie zaszkodzić - to wielka
            odpowiedzialność.

            Dostanę chociaż trzy na szynach? ;-)

            Baba prawie tabula rasa.
            • Gość: Doki siadajcie, babo, chyba dobrze... IP: *.219-200-80.adsl.skynet.be 17.09.05, 11:24
              > Będę więc strzelać ;-)

              Czuje sie zastrzelony.

              > Co do tej miłości "która jest otwarta ale czeka na pierwszy krok z drugiej
              > strony" to nie jest wszystko: tam jeszcze baba napisała o drugiej stronie,
              > kiedy to przejawem miłości jest prosić o pomoc a nie czekać, aż ktoś "się
              > domyśli i sam z siebie pomoże".

              Jakos nie bardzo widze sytuacje, gdy milosc blizniego czy jej okazywanie zalezy
              od tego, ze blizni sie domysli, ze chcesz okazac. Milosc jest albo nie.

              > Pomagać innym tak, żeby nie zaszkodzić - to wielka odpowiedzialność.

              Gorzej- to zycie w niepewnosci. Tak naprawde nie jestes do konca przewidziec
              wszystkich konsekwencji swojego dzialania. Dlatego w ocenie moralnej dzialan w
              etyce chrzescijanskiej (i nie tylko) duzy nacisk kladzie sie na intencje. To
              intencja wyznacza wartosc moralna.

              > Dostanę chociaż trzy na szynach? ;-)

              A skad ja mam wiedziec? To ja sie chcialem czegos od Was nauczyc, a nie uczyc Was.
              • baba_ze_wsi hmmm... 17.09.05, 11:49
                Gość portalu: Doki napisał(a):

                > Jakos nie bardzo widze sytuacje, gdy milosc blizniego czy jej okazywanie
                > zalezy od tego, ze blizni sie domysli, ze chcesz okazac. Milosc jest albo
                > nie.

                Jakoś się pogubiłam, więc spróbuję jeszcze raz: po pierwsze miłość
                chrześcijańska jest kwestią woli (to tak dla porządku, jakby co ;-).
                Po drugie: Prosić kogoś o pomoc wymaga pokory. Nie jest to przyjemne.
                Wymaga też sprecyzowanie oczekiwań (proszę o coś, czego nie jestem
                w stanie sam, a więc przyznaję się do swojej słabości). Proszę - a więc okazuję
                zaufanie, a zaufanie to przejaw miłości.


                > > Pomagać innym tak, żeby nie zaszkodzić - to wielka odpowiedzialność.
                >
                > Gorzej- to zycie w niepewnosci. Tak naprawde nie jestes do konca przewidziec
                > wszystkich konsekwencji swojego dzialania. Dlatego w ocenie moralnej dzialan w
                > etyce chrzescijanskiej (i nie tylko) duzy nacisk kladzie sie na intencje. To
                > intencja wyznacza wartosc moralna.

                Oczywiście masz rację z tą intencją. Intencje są podstawą i wynikają z miłości.
                Ale na podstawie trzeba budować. "Nie bójcie się wziąć odpowiedzialność",
                to właśnie nie bójcie się budować, chociaż nie ma pewności, czy się nie zawali.


                No tak... teraz to już nie wiem, czym pod tablicą, czy na ambonie?;-)

                Baba (do garów!;-)
              • baba_ze_wsi Doki... 17.09.05, 16:17
                Przeczytałam właśnie wątek o In Vitro. Niech mi wolno będzie
                wyrazić swój podziw i szczere uznanie dla Ciebie. (Przyrzekam, że już nigdy nie
                ośmielę się nawet zbliżyć do ambony w rozmowie z Tobą :-)

                Przypomniało mi się pewne zdarzenie z zamierzchłej przeszłości :-)
                Kiedy stawiałam pierwsze kroki w nauce angielskiego - zostałam spytana
                przez panią profesor o jakąś zasadę gramatyczną i...dostałam dwóję za jej
                nieznajomość :-( Cóż było jednak za zdziwienie pani profesor (połączone prawie
                z oburzeniem ;-) gdy okazało się, że w praktyce stosuję tę zasadę bez żadnych
                problemów. "Jak można posługiwać się językiem nie znając zasad ?!" Stwierdziłam
                wtedy, że zasady są po to, aby móc się do nich odwołać w razie jakichś sporów,
                ale niekoniecznie trzeba się ich uczyć na pamięć, aby je stosować (i nawet
                niekoniecznie musi się wiedzieć, że się stosuje akurat taką zasadę :-).

                Miłego popołudnia, Doktorze :-)

                baba
            • Gość: GTelega Re: Baba do tablicy! IP: *.wi.res.rr.com 17.09.05, 18:41
              Poczucie wlasnej wartosci, milosc samego siebie jest PODSTAWA milosci blizniego.

              "Kochaj blizniego swego JAK SIEBIE SAMEGO" wyraznie zaklada, ze milosc
              blizniego NIE JEST MOZLIWA bez milosci samego siebie.

              Nie wyobrazam sobie jak ktos kto nie ma poczucia wlasnej wartosci moze podniesc
              kogos na duchu, nie wyobrazam sobie jak ktos kto nie kocha wlasnego zycia moze
              pocieszyc strapionych.

              Ludzie ktorzy walcza o wlasne ja najczesciej NIE MAJA poczucia wlasnej wartosci
              i musza je podbudowywac niszczac innych. Ludzie ktorzy nie potrafia cieszyc sie
              wlasnym zyciem probuja (na prozno) znalesc radosc marnujac zycie innym ludziom.
              • Gość: Doki Re: Baba do tablicy! IP: *.246-200-80.adsl-fix.skynet.be 18.09.05, 09:47
                Gość portalu: GTelega napisał(a):

                > Poczucie wlasnej wartosci, milosc samego siebie jest PODSTAWA milosci blizniego

                Dokladnie. A z drugiej strony, ksiadz mowi kazdemu z nas co roku "pamietaj, ze
                prochem jestes i w proch sie obrocisz". Z jednej strony poczucie wartosci, z
                drugiej- swiadomosc nicosci.

                To wlasnie jest w Biblii (i w przedluzeniu: w religiach bioracych w Biblii
                poczatek) piekne, ze mozna znalezc cytat na kazda okazje, takze cytaty wzajemnie
                sprzeczne. I wtedy dzieki wlasciwemu doborowi warunkow interpretacji mozemy
                udowodnic co trzeba.

                Ktory to zydowski medrzec powiedzial, ze jedyne istotne slowa w Torze to wlasnie
                Przykazania Milosci, a reszta to komentarze?
                • baba_ze_wsi Re: Baba do tablicy! 18.09.05, 11:15
                  Gość portalu: Doki napisał(a):

                  > To wlasnie jest w Biblii (i w przedluzeniu: w religiach bioracych w Biblii
                  > poczatek) piekne, ze mozna znalezc cytat na kazda okazje, takze cytaty
                  > wzajemnie sprzeczne. I wtedy dzieki wlasciwemu doborowi warunkow
                  > interpretacji mozemy udowodnic co trzeba.

                  Moim skromnym zdaniem sprzeczność niektórych cytatów biblijnych wynika z
                  wyrwania ich z kontekstu. To mniej więcej tak, jakby zarzucać jakiejś księdze
                  medycznej, że ponieważ na stronie 584 napisano tam, iż lek X ratuje życie a na
                  1176 że absolutnie nie należy go stosować, bo zagraża życiu - że jest pełna
                  sprzeczności :-)).

                  Wszystkiego miłego!

                  baba
                  • Gość: Doki slowo heretyka na niedziele IP: *.246-200-80.adsl-fix.skynet.be 18.09.05, 11:34
                    > Moim skromnym zdaniem sprzeczność niektórych cytatów biblijnych wynika z
                    > wyrwania ich z kontekstu.

                    Niektorych na pewno. W przypadku innych chodzi o kontekst historyczny. Biblia
                    nie zostala zrzucona w postaci gotowego folialu z nieba, tylko jest zbiorem pism
                    z roznych momentow w historii. Mozna uwazac ja za natchniona, ale tak przede
                    wszystkim jest to zbior literatury pewnego bliskowschodniego ludu i jako taki
                    ten zbior odzwierciedla poglady tego ludu na rozne istotne sprawy. Te poglady
                    nie zawsze byly niezmienne.

                    Dodatkowy zamet wprowadzil Jezus, na nowo interpretujac lub wywracajac do gory
                    nogami niektore starotestamentowe zasady. Nie mam pod reka Ewangelii, bom w
                    robocie, ale chodzi o ten fragment, gdy Jezus kilkakrotnie zaczyna nauczanie od
                    "slyszeliscie, ze powiedziano..." czy mniej wiecej tak.

                    Gdy jednak wyjdziemy poza literalna tresc Biblii i sprobujemy wydestylowac z
                    tego jakas filozofie, to tez nie bedzie latwo, jak we wspomnianym przeze mnie
                    przykladzie milosc wlasna vs. nicosc czlowieka. Niby chodzi o nicosc wobec Boga,
                    ale wtedy pakujemy sie w druga sprzecznosc- z teza, ze Bog kocha wszystko, co
                    stworzyl, wiec i czlowieka i ze jego stworzenie jest dla niego wazne; albo w
                    jeszcze gorsza sprzecznosc- jak pogodzic nicosc czlowieka z tym, ze jest on
                    stworzony na obraz i podobienstwo Boga?

                    Doki- heretyk, ale nie calkiem zaparty
                    • baba_ze_wsi chyba tak: 18.09.05, 11:48
                      Gość portalu: Doki napisał(a):


                      > jak pogodzic nicosc czlowieka z tym, ze jest on
                      > stworzony na obraz i podobienstwo Boga?

                      "Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz,
                      ale
                      Bóg cię wskrzesi w Dniu Ostatecznym"

                      baba nie dzielna
                    • Gość: GTelega Re: slowo heretyka na niedziele IP: *.wi.res.rr.com 20.09.05, 02:57
                      Jak by to baba powiedziala moze nie mamy sprzecznosci, moze mamy paradoks -
                      pozorna sprzecznosc wiadaca do glebszej prawdy. Jak by na to nie patrzyc
                      jestsmy prochem w porownaniu z wielkoscia wszechswiata, dlugoscia zycia bez
                      znaczenia w stosunku do geologii. A jednak potrafimy spojrzec na to z
                      dystansem, potrafimy prowadzic ta rozmowe, potrafimy cieszyc sie zyciem,
                      potrafimy kochac... wiec moze rzeczywiscie jestesmy dziecmi Boga, ktore
                      zasluguja na milosc i szacunek.
    • Gość: młody lekarz Re: poczucie krzywdy, poczucie winy i ...szczęści IP: *.acn.waw.pl 28.08.05, 13:58
      > Czy żyjąc w poczuciu krzywdy łatwiej o dobre o sobie mniemanie?

      Oczywiście, że łatwiej. Wszak to oni są winni, a nie ja.

      To oni są winni, że mi się małżeństwo rozpada. Płacą mało, muszę pracowac po
      nocach, widujemy się z żoną raz na tydzień. Wszystko przez nich.

      To oni są winni, że mi dziecko zaczyna ćpać albo szwendać się w nieodpowiednim
      towarzystwie. Przez to, że mi mało płacą, nie mam czasu na rozmowę z dzieciakiem.

      To oni są winni, że nie mam samochodu, że nie mam domu, że mam długi.
      Oni są winni, że popełniam błędy, bo przez nich jestem przemęczony i nie mam
      motywacji do solidnej pracy.

      Oni są też winni, że jestem tłumok, bo nie mam za co się dokształcać.

      Łatwiej jest tak żyć, zarabiając 1000 PLN. Łatwiej, bo można uciec w pracę
      zamiast żyć. Łatwiej, bo zawsze to przyjemniej powiedzieć sobie, że to wszystko
      przez nich niż przyznać się, że ze mnie dupa nie facet i sobie w życiu nie radzę.
      • Gość: młody lekarz Re: poczucie krzywdy, poczucie winy i ...szczęści IP: *.acn.waw.pl 28.08.05, 15:17
        Bo większość lekarzy wcale nie chce nic zmieniać.

        Nieliczna garstka, której obecna sytuacja nie odpowiada, wyjeżdża.

        Trudno jest zmieniać coś tu, na miejscu, w Polsce. Zawsze się znajdzie kupa
        sępów - Kolegów i Koleżanek, którzy tylko czyhają ta no, by Cię pożreć.

        Walczyli anestezjolodzy - pozostali lekarze obrócili się przeciwko nim zamiast
        poprzeć. Walczyli lekarze rodzinni - pozostali ich krytykowali.

        To taka lekarska logika: anestezjolodzy są be, rodzinni są be, bo zarabiają
        dużo. Powinni byli zawalczyć również o nas.

        Solidarność lekarzy skupia się w Polsce wokół jednego: narzekania na niskie
        zarobki. Nie ma już etosu zawodu - jeden lekarz krytykuje (zazwyczaj
        niesłusznie) drugiego przy pacjencie. Jest wzajemne podgryzanie się, jest
        czyhanie na cudze błędy, jest odmawianie pomocy i wsparcia Kolegom i Koleżankom.
        Jedyne co nas jednoczy to narzekanie na złe zarobki. Skoro oparliśmy solidarność
        zawodową o narzekanie na złe zarobki, skoro równocześnie (jak stwierdzono)
        człowiek to istota społeczna i poczucie przynależności do grupy mu potrzebne, to
        niewielu zależy na rozbijaniu tej solidarności grupowej opartej na narzekaniu.

        A też prawda jest, że większości łatwiej jest zarabiać 1000 PLN i mieć wszystko
        w doopie niż zarabiać 5000 złotych, dokształcać się po kilkanaście godzin
        tygodniowo, pracować solidnie, ponosić odpowiedzialność za swoje błędy itd.
        • Gość: docuk Czy oplaca sie ryzykować-mało czy dużo ? IP: *.server.ntli.net 14.09.05, 03:27
          To już było gdzieś napisane. Użalanie się, projekcja własnych niepowodzeń to
          moze byc pprzyczyną zgnuśnienia i wylewanych żalów (na forum czy w przychodni
          gdziekolwiek) Ja bym do tego może jeszcze dodał szczyptę naturalnej i jakże
          silnej potrzeby poczucia bezpieczeństwa. Przecież ta sama droga do pracy, ten
          sam autobus te same twarze, poczucie że jest stabilnie dziś i nadzieja że
          będzie stabilnie jutro, że przyjdzie ktoś i to zmieni na lepsze (a ja nie będe
          musiał w tych zmianach ucztestniczyć).Ja z nich sobie po prostu skorzystam.
          Trudne decyzje to nie ja niech inni. Tak środowisko lekarskie w Polsce (oprócz
          całej masy wad i zalet) niestety jest niejednolite bo podzielone wg dystansu do
          korytka i kolejnosci dziobania (a raczej skubania).
          Jako że skubanie odbywa się na zasadach określonych przez czarny rynek, kwoty
          do wzięcia są spore i nie dla wszystkich.
          Duży może więcej dlatego duży ma w poważaniu małego. W sytuacji normalnej
          gdy "duży" dlatego został duZym bo cos tam na pewnym etapie życia poświęcił (a
          to posiadanie dzieci a to założenie rodziny a to brak czasu albo zwyczajnie
          parę lat nieprzespanych nocy i głodnych dni) taki "duży" nie boi się, że mały
          który zazdrośnie patrzy na sukcesy dużego przyjdzie i podstęonie zabierze mu to
          co duży z takim wysiłekiem budował.Wie, że to wybór osobisty małego, kwestai
          zdolności do poświeceń zadecydowały o różnicy.
          W sytaucji anormalnej gdy duży dlatego został dużym bo jego tata donosił do
          podsatwowej organizacji partyjnej, sprzedał sąsiadkę i własnego brata, zamachał
          styropianem w odpowiednim momencie historii, taki sztucznie wykreowany duży
          zawsze będzie podejrzliwie patrzeć na wszystkich mniejszych od niego. Wie on
          bowiem, że pozycja jaką obecnie zajmuje może się zmienić na skutek zmiany
          doraźnej społeczno-politycznej koniunktury. Mając to na uwadze duży musi starać
          się maksymalnie zgnoić wszystkich potencjalnie niebezpiecznych małych
          czyhających na schedę po dużym. Musi mieć dużo siły oganiac się od stada hien
          bo za jego plecami gromadzą sie mali czyhając na chwile słabości.Dlatego duży
          nie zajmuje się sobą i swoim osobistym rozwojem. Energię przeznacza raczej na
          zlokalizowanie i zneutralizowanie najgroźniejszych małych. W ten sposób polska
          medycyna od kilkunastu dobrych lat (kiedy wolny rynek spowodował wzrost
          zamożnosći społeczeństwa) zmierza w kierunku etycznego i merytorycznego dna.
          (mówiąc o całości wyłączając jednostki wybitne których coraz mniej).
          Ratunkiem (zarówno dla coraz barzdiej zmęczonych dużych) i coraz bardziej
          głodnych małych jest rozdzielenie. Taką mozliwość stworzyło otwarcie się
          granic. Dlatego średnia wieku wyjeżdzających będzie ulegać stopniowemu
          obniżeniu i dobrze/ Pytanie tylko czy mali, którzy wyjechali by stanąc do walki
          o bardziej przejrzystych zasadach będą chcieli jeszcze wrócić? No bo i po co?
          Przecież gdzieś tam z daleka od miejsc gdzie się urodzili zapuszczą nowe
          korzenie. Ich dzieci będą mówić płynnnie w obcym języku i poprawiać wymowę
          rodziców, którzy na zawsze pozostaną ludzmi z przeszłością.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka