lohengrin4
10.03.07, 16:13
1. to pacjent jest stroną potrzebującą. Wszędzie jest tak, że to ten kto
potrzebuje idzie do tego który daje. Wyjątki są, ale oznaczają bajońskie
wynagrodzenie, np. można sobie zamówić wódkę taksówką, ale to kosztuje drugie
tyle co wódka.
2. wizyta domowa jest reliktem okresu PRL - ze skruchą należy stwiedzić, że
to sami lekarze spowodowali utrwalenie tej formy. W PRL większość wizyt
zwłaszcza na wsi kończyło się gratyfikacją finansową dla lekarzy. Dlatego
forma ta przetrwała, bo lekarze nieetycznie korzystali z tego nieoficjalnego
źródła dochodów. Nasza wina, nasza wina, nasza bardzo wielka wina.
3. wskazania do wizyty domowej (te faktyczne) są niezwykle wąskie. Po
wyeliminowaniu tych wizyt, które odbywa się tylko dla świętego spokoju (bo ma
się już dość roszczeniowości pacjentów, aktualnej w związku z "zamawianiem"
wizyty, i ewentualnej przyszłej, po odmowie) zostaje kilka niezwykle rzadkich
przypadków wskazań. Są to:
a) stwierdzenie zgonu - tu nie ma wątpliwości (jedyny powód wizyt domowych w
Skandynawii, inne tam po prostu nie istnieją).
b) zmiana objawów chorobowych u osoby obłożnie chorej, takich objawów, które
nie rodzą konieczności natychmiastowej hospitalizacji.
c) wymiana cewnika u osoby obłożnie chorej - choć tu nie rozumiem, dlaczego
wprawna pielęgniarka nie może wykonywać wymiany cewnika w mężczyzn. I tylko
dlatego że nie wolno tego robić pielęgniarce, jest to wskazanie do wizyty
lekarskiej.
z grubsza tyle.
95 % rozmów związanych ze zgłaszaniem wizyt domowych pokazuje bezsens tej
instytucji. W 70 % przypadków okazuje się że chory może bez problemu dotrzeć
do lekarza, pomysł wizyty wynikał tylko z wygodnictwa. 15 do 20 % to
przypadki w których przekazuje się wizytę ratownictwu, bo stan pacjenta łączy
się z ich wskazaniami do interwencji. 5 % to przypadki, kiedy pogotowie
odmawia interwencji, a po przyjeździe okazuje się, że jednak wywiad to
podstawa i oczywiście dzieje się to co było to wiadomo od razu po rozmowie z
pacjentem lub rodziną, i tak karetka musi przyjechać, ale lepiej było ubrać
lekarza POZ w godzinę wyłączenia jego aktywności, tylko po to by napisał dwa
papierki i wezwał karetkę. Totalny brak zaufania dyspozytorów ratownictwa do
lekarzy POZ ociera się już gdzieniegdzie o stan permanetnej wojny POZetów ze
stacjami ratownictwa.
Pozostałe 5 % (góra!) to powyższe przypadki, gdy wizyta domowa jest
uzasadniona. Poniekąd.
Tak naprawdę wątpliwości nie ma jedynie co do zgonu.
Pozostałe przypadki w których wizyta ma być "czymś pomiędzy", pokazują, że
to "coś pomiędzy" (czekaniem lub natychmiastową interwencją karetki) jest
bardzo wąskie. Na ogół i tak się okazuje, że albo w ogóle nie trzeba lekarza,
albo trzeba pomocy natychmiast, ze sprzętem i możliwością transportu (czyli
trzeba karetki). I to jest w zasadzie ad punkt trzeci, ale tak naprawdę jest
to niezależny, czwarty, najważniejszy powód bezsensu wizyt domowych.
To właśnie, że jeśli już faktycznie jest tak, że powinien przyjechać lekarz,
to oznacza to (z minimalnymi wyjątkami), że pacjent nadaje się do szpitala.
Czyli ciąganie lekarza wyposażonego w słuchawki i recepty po wizytach
domowych mija się z celem. Nawet te 5 % ewentualnych wskazań ogranicza się do
tego jednego procentu zgonów, gdzie oczywiście należy zjawić się w domu i
zgon stwierdzić.
i jeszcze jeden powód, już wzmiankowany:
5. im bardziej kraj rozwinięty, tym wskazania do wizyt mniejsze i mniejsza
wymagalność tego typu działalności od lekarzy. Kraje naprawdę rozwinięte
NIE MAJĄ WIZYT DOMOWYCH!!!