sithicus
05.07.07, 20:17
Kilkanaście razy w ciągu dnia media informują o lekarskim proteście, tymczasem
absolwenci liceów szturmują akademie medyczne - pisze "Dziennik". W Poznaniu o
jedno miejsce walczy 20 osób, we Wrocławiu 10. Wszyscy młodzi ludzie mówią:
"Ten zawód to misja". Ale zaraz dodają: "My głodować nie będziemy. Jeśli nic
się nie zmieni, po studiach wyjeżdżamy za granicę".
Rekord padł na poznańskim Uniwersytecie Medycznym. Maturzyści złożyli tyle
aplikacji, że aż zatkał się uczelniany serwer. O jeden indeks na wydziale
lekarskim bije się tam 20 osób, na stomatologii 36. We Wrocławiu na farmację
startuje 17 osób na miejsce, na stomatologię 15, a na wydział lekarski 10.
Akademia Medyczna w Lublinie jeszcze przed ogłoszeniem rekrutacji wystąpiła do
ministra zdrowia o dodatkową pulę miejsc na najbardziej popularnych
kierunkach. Choć limity zwiększono, szanse na indeks i tak mają tylko najlepsi.
"Dziennik" postanowił sprawdzić, co się stało, że młodzi Polacy nagle
zapragnęli nauczyć się zawodu kojarzonego z ogromnym wysiłkiem, pracą po 48
godzin non stop za marne pieniądze i koniecznością corocznego wydzierania
podwyżek wielotygodniowymi protestami? Magda Makowska, absolwentka
wrocławskiego V LO, złożyła dokumenty aż na trzy uczelnie medyczne: we
Wrocławiu, Szczecinie i Katowicach. "Chcę być w życiu kimś" - wypala bez
namysłu. Myśli o karierze jako genetyk lub onkolog. Dziewczyny nie odstrasza
ani fatalna sytuacja finansowa służby zdrowia, ani poczucie beznadziei i
strajki. "W tej chwili nie kieruję się względami ekonomicznymi" - mówi. Już
bierze po uwagę wyjazd za granicę na staż.
Agata Mikita, absolwentka XVII LO im. Agnieszki Osieckiej we Wrocławiu, stara
się o przyjęcie na położnictwo. "Czuję, że miałabym do tego serce, to musi być
fascynujące widzieć i pomagać dziecku przyjść na świat" - tłumaczy z
uśmiechem. A zarobki? "Na razie nie biorę ich pod uwagę. Najpierw muszę się
dostać na studia licencjackie, potem jeszcze na magisterskie. A potem..." -
Agata zamyśla się. "Jeśli się nic w kraju nie zmieni, to wyjadę".
Dominika Kowalska, absolwentka IX LO im. Juliusza Słowackiego we Wrocławiu:
"Do zawodu lekarza trzeba dojrzeć. Ja miłość do niego mam zaszczepioną w
genach. Mój dziadek i ciocia są lekarzami, to przechodzi z pokolenia na
pokolenie" - tłumaczy. Dominika chciałaby być alergologiem, pediatrą albo
okulistą. Nieważne czy w Polsce, czy na Zachodzie. Wyjazd po studiach? "Tak,
ja myślę o nim bardzo realnie" - rzuca od razu Emil Furmanek, maturzysta z
liceum w Międzychodzie, który startuje na Uniwersytet Medyczny w Poznaniu. Nie
kryje, że wysokie zarobki kuszą, a i prestiż lekarza np. w Wielkiej Brytanii
jest nieporównywalnie większy niż w naszym kraju.
Marcin Klimczak chce się dostać na Akademię Medyczną w Warszawie. Mówi wprost:
nie będzie strajkować czy głodować w proteście przeciwko zbyt małym zarobkom.
"Odkąd sięgam pamięcią, chciałem być chirurgiem. To jedna z najbardziej
prestiżowych, ale i najlepiej opłacalnych profesji na świecie, co mnie
dodatkowo motywuje" - mówi. "Kiedy tylko zdobędę kwalifikacje, wyjadę. Nie
chcę spać po kilku latach wytężonej pracy na jezdni albo głodować przez
tydzień tylko po to, aby dostać tysiąc złotych podwyżki. A nie wierzę, że
sytuacja lekarzy w naszym kraju się polepszy".
Magdalena Kidzińska w ogóle nie zakłada, że będzie pracować w państwowej
służbie zdrowia. "Chcę zostać rehabilitantką. Jeśli rodzice mi pomogą, otworzę
własny gabinet. Pracując w państwowym szpitalu, zapewne nie starczyłoby mi na
chleb" - kwituje.
Socjologowie już zauważyli, że ogromne aspiracje młodych ludzi idą w parze z
konkretnymi oczekiwaniami finansowymi. "Nasi lekarze są świetnie wykształceni
i bez problemu znajdują pracę w renomowanych klinikach. Nie są w Europie, jak
nasi humaniści czy inżynierowie, "zmywakami" w knajpach" - mówi dr hab.
Krzysztof Podemski, dyrektor Instytutu Socjologii poznańskiego Uniwersytetu
Medycznego. Choć wśród kadry naukowej modne jest dziś narzekanie na poziom
przygotowania studentów, prof. Jacek Wysocki, prorektor ds. promocji
Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu, obsypuje młodych ludzi komplementami. "To
nieprzeciętnie zdolna i ambitna młodzież. Często zdarza się, że studenci chcą
poprawiać oceny z egzaminów z czwórek na piątki. Oni są głodni wiedzy i
sukcesu" - mówi. Wniosek jest prosty: będziemy na pewno mieli tak wybitnych
kardiochirurgów, jak prof. Zbigniew Religa. Będziemy, jeśli nie wyjadą.