obs2
29.03.09, 19:55
www.polityka.pl/nocna-straz/Lead30,933,285280,18/
artykuł ukazał się już parę dni temu.
Pokazuje wycinek prawdy, ale z akcentem na "wycinek".
Bowiem to niesamowite, jak różną realizację identyczne przepisy i identyczne
wyjściowo regulacje systemowe znajdują w różnych miejscach Polski.
Zresztą wiemy to już od Arona, który w lubelskim obserwuje zarobki lekarzy POZ
rzędu 10 tys, a ja w małopolsce obserwuję zarobki tych samych lekarzy
opłacanych dokładnie, w 100% wg tego samego systemu, rzędu 2-3, góra 4 tysięcy.
"Czy do chorego z gorączką powinna w nocy jeździć karetka pogotowia? W
Warszawie musi, bo nocna i świąteczna pomoc lekarska to fikcja."
też słyszałem o tej sytuacji w Warszawie. Zresztą sam redaktor Żakowski pisał
o tym w uprzednio w felietonie w GW. Co prawda jego oczekiwania były z kosmosu
(uznał, że czas oczekiwania 10 godzin na wizytę pediatry do chorego dziecka w
sobotnią noc w sezonie infekcyjnym w 2 milionowym mieście to skandal, ja - i
nie tylko ja - raczej postrzegam to jako mało realny rekord szybkości i
dostępności).
"Każdy ubezpieczony powinien już od 10 lat mieć takiego lekarza, znać swoją
przychodnię, w której wpisał się na listę pacjentów, i tam również znaleźć
informację, gdzie szukać pomocy w nocy i święta (patrz ramka). – To obowiązek
przychodni, by w widocznym miejscu umieścić adres i numer telefonu placówki,
która zapewnia tę pomoc"
dokładnie, a zasrany obowiązek pacjenta to właśnie znać te adresy a nie
krążyć bez sensu po SORach albo po różnych punktach dyżurowych (których choćby
w Krakowie i jego najbliższych okolicach jest ok. 20).
"Mniejsze przychodnie zatrudniające lekarzy rodzinnych, które nie są w stanie
zapewnić opieki całodobowej, na noc i w dni wolne od pracy powierzają swoich
pacjentów placówkom, które zawarły z NFZ stosowną umowę (jest ich w Warszawie
kilkanaście). Czy to się sprawdza?
– Absolutnie nie, bo w tak rozdrobnionym systemie pacjenci krążą między
przychodniami, pogotowiem a szpitalnymi izbami przyjęć i tracą niepotrzebnie
nerwy i czas – mówi dr Marek Niemirski "
Nie sprawdza się bo pacjenci mają dokładnie w du pie podstawową wiedzę (tzn.
jest wielkie aj waj jak gorączka skoczy do gigantycznych 38.1 st, i wtedy
szuka się "jakiegoś lekarza", a wiedza o tym, gdzie jest ten właściwy, ten
"twój", jest banalnie łatwo dostępna).
"Tylko czyja to wina, jeśli zapalenie spojówek trzeba leczyć w szpitalu, bo w
kolejce do okulisty w ambulatorium czeka się dwa miesiące?"
Mowa o szturmowaniu dyżurów okulistycznych. Wszystko prawda, tylko nie jestem
sobie w stanie wyobrazić głupszego i mniej związanego z tezą dalszego ciągu
(tego o tym "czyja to wina"?- no czyja? Czyja?
Pani Kasi z recepcji. Pani Marioli co sprząta? Może właściciela działki na
której stoi przychodnia? Ach nie, zapewne - bo absurd nie ma u nas miary i
granic - zapewne jest to wina owego okulisty do którego jest kolejka. No kur
wa mać!)
"identyczną fikcję widać w podstawowej opiece medycznej: lekarze rodzinni
zobowiązani są do nocnej opieki, ale to niewykonalne dyżurować okrągły rok
przez 24 godziny. Dlatego na czas weekendowego wypoczynku powierzają swoich
pacjentów kolegom, którzy mają wtedy pod opieką od 50 do 200 tys. ludzi."
Te 50 tys to jeszcze realne i tak bywa. Więcej to oczywiście fikcja ale bywa i
tak, wiem o tym. Wynika to z systemu dystrybucji pieniędzy na opiekę nocną.
Stawka jest jak w POZ kapitacyjna. W wymiarze 1 pacjenta miesięczna stawka
jest już nawet nie żenująca, to jest coś niewyobrażalnego (to są niecałe 2 zł,
w tym jest lekarz dyżurny przez miesiąc, pielęgniarka, utrzymanie punktu
dyżurowego, transporty). Ale tu działa prawo wielkich liczb (stąd przy
zaleceniu NFZ 1 lekarza na 20 tys pacjentów spotyka się takie akcje jak 1
internista na 200 tys ludzi - w Warszawie właśnie). A drugie- to to że
przychodnia zlecając usługę opieki nocnej (większość przychodni zleca,
mniejszość zapewnia sama) zostawia sobie część kasy (może tak zrobić). To
determinuje akcje pod tytułem 1 dyżurny na 200 tys ludzi.
30 przychodni zrzuca się na niego, ale nie daje nawet całej tej żenującej kasy
(tych 1.80 za pacjenta za miesiąc). Potem ta kasa (1.80x 200 000 minus, a
niech będzie nawet 30%), trafia do szefa firmy dyżurowej. Lekarzowi płaci jak
psu (typowe stawki 20-25 zł brutto za godzinę). Owszem, musi jeszcze to i
tamto zapłacić, ale i tak ma kokosy, jak dobrze pokombinuje.
I tu NFZ ma jeden dobry pomysł: pozbawić w ogóle tej puli kasy te przychodnie,
które nie chcą pełnić dyżuru dla siebie. I ogłosić konkurs na zewnętrzne usługi.
To niesamowite, bo w okolicach Krakowa działa co najmniej kilka przychodni
pełniących dyżur dla siebie. Oznacza to kilkanaście tys pacjentów pod opieką
jednego lekarza, co na ogół oznacza nic innego - jak pustą albo prawie pustą
poczekalnię, oznacza to 30, 40 góra 50 a nie 200 czy 300 pacjentów na dyżur.
Oznacza to łatwą dostępność terytorialną do lekarza (dyżur jest o 5, 10 a nie
o 20, 30 km od miejsca zamieszkania). I oznacza to taką samą a nie znacznie
niższą stawkę dla lekarza, bo tu 70-80 % kasy idzie na utrzymanie właściwego
dyżuru, a nie może i nawet 10 % jak pewnie bywa w Warszawie.
Ale to się skończy. Próbując naprawić bałagan warszawski, szykowane są
przepisy które zlikwidują te małe, solowe dyżury w przychodniach.
Nie zmieni się nic. Kolejki będą, bo wszędzie lekarz będzie miał pod opieką
100 czy 200 tys pacjentów. Stawki dyżurowe nie wzrosną.
Pytanie konkursowe, gdzie trafią miliony (bo w efekcie skali to jednak są
miliony) złotych zaoszczędzone na takiej potencjalnej zmianie?