pjotrula
31.10.11, 16:09
"Battlefield 3" ma kampanię dla jednego gracza. To fakt, który w natłoku informacji na temat tej gry, mógł niektórym umknąć. Kolejne niusy skupiają się na opisach map do multi i filmikach z sieciowych potyczek, o singlu się nie zająkując. A przecież obiecywano nam rewolucję, nowe standardy, no i tak dalej. Jedna z pierwszych misji - zbyt dosłownie biorąca sobie do serca słowa Hitchcocka, żeby zacząć od trzęsienia ziemi - wałkowana był w materiałach promocyjnych na tysiące sposobów. Co się stało? Nie wyszło, czy po prostu multi wciąga za bardzo, żeby komukolwiek chciało się sprawdzić? Cóż, co innym się nie udało, ja w weekend zrobiłem, w przerwach od zbierania cięgów online. W kilku zdaniach postanowiłem podsumować wrażenia dla tych, którzy dalej nie wiedzą czy warto (i ufają mojej opinii na tyle, żeby miała dla nich jakiekolwiek znaczenie). Tekst idzie na forum, nie na bloga, bo nie chce mi się szukać screenów do łamania tekstu, o które niechybnie upomniałby się pan redaktor Sławek. Do rzeczy!
Ale to już było...
Powiedzenie o tym, żeby nie kopać się z koniem, najwyraźniej nie ma swojego odpowiednika w szwedzkim języku. Wnioskuję po tym, że ekipa z DICE postanowiła zrobić lepsze "Call of Duty" niż samo "Call of Duty". W "Black Ops", które często jest przywoływane jako źródło inspiracji BF3, nie grałem. Grałem tak po prawdzie tylko w pierwsze "Modern Warfare" a mimo to uczucie deja vu mnie nie opuszczało. Podobna jest już sama struktura kampanii. Nie ma mowy o prostej, żołnierskiej opowieści. Nie ma mowy o lekkiej, komediowej historii wzorem "Bad Company". Jest głośno, szybko, epicko i nie zawsze z sensem. Świat jest na skraju wojny, tylko my możemy ją powstrzymać, czas ucieka. Całość jest dość krótka, do ukończenia w około pięć godzin na normalnym poziomie trudności. Na kampanię składa się dwanaście misji różnej długości, w których w sumie kontrolujemy cztery różne postacie. Grę otwiera krótki i - na tym etapie - mało zrozumiały etap, potem cofamy się o kilka godzin do pokoju przesłuchań, który służy za fabularną ramkę dla przedstawionych w formie flashbacków kolejnych dziesięciu etapów, by wreszcie w finale wrócić do zdarzeń z początku gry, nadać im kontekst i zakończyć historię.
Co wyszło?
W jednej kwestii "Battlefield 3" jest niewątpliwym zwycięzcą. Gra brzmi i wygląda obłędnie, nawet bez podwójnego GTX 580 i ustawień ultra. Na moim budżetowym czterordzeniowcu z 4GB ramu i GTS 250 gra sama zasugerowała średnie ustawienia i wysoką jakość tekstur, i w tych ustawieniach bezproblemowo sobie radziła. Efekt był zarówno płynniejszy, jak i ładniejszy niż w wypuszczonym kilka miesięcy temu "Wiedźminie 2". Z innymi grami porównania nie mają sensu, bo to naprawdę inna liga. Oko nacieszyć można zresztą również na najniższych ustawieniach. DICE obiecało piękną oprawę i słowa dotrzymało. Strzelanie i bieganie jest przyjemne, kiedy jest możliwe. Gra była robiona z myślą o PC i to czuć.
Trzymaj się scenariusza
Ale, ale. "Kiedy jest możliwe" to kluczowe stwierdzenie w kwestii kampanii. Ktoś wymyślił dla niej historię, która toczy się określonym torem. Postacie mówią, strzelają i giną, gdy skrypt tego od nich wymaga. Dzieje się dużo i często, więc aby zadbać o to, byśmy niczego nie przegapili, prowadzeni jesteśmy głównym torem fabuły na bardzo krótkim sznurku. W większości przypadków zwyczajnie nie da się zboczyć z wyznaczonej ścieżki. Gdy czasem pojawi się jakaś zdradliwa odnoga, gra zadba o to, żeby przestrzec nas przed nią komunikatem "Opuszczasz pole bitwy" albo kulą od snajpera w głowę. O zabłądzeniu nie ma mowy. Różnokolorowe ikony na ekranie wskazują nam, za kim mamy iść, co mamy rozwalić bądź też kogo mamy zastrzelić. Szczególnie w początkowych etapach bilans biegania i strzelania do słuchania i oglądania wypada na korzyść tych drugich.
Quick Time Nonsense
Na tym nie koniec. Dość często, będąc w trybie pierwszej osoby, zwyczajnie oglądamy co nasza postać robi. Wkładanie hełmów, wspinanie się na murki i inne animacje trwające kilka do kilkunastu sekund dzieją się bez żadnej interakcji z naszej strony. Szczytem są zaś walki wręcz. DICE rzekomo obiecało, że będą, i że będą spektakularne. Kiedy już nagrali świetne i długie animacje okładania się pięściami i kolbami z perspektywy oczu naszej postaci, ktoś jednak złapał się na tym, że do tego nie da się zrobić normalnego sterowania. Wyjście? Po najprostszej linii oporu. Do każdej z nich dopięto kilka Quick Time Events, w odpowiednim momencie wymagających wciśnięcia przycisku akcji, strzału bądź skoku. Wciśniemy - wygramy. Nie wciśniemy - nie wygramy. Po tym, jak bardzo pasują do reszty rozgrywki, wnioskować można, że Szwedzi nie mają również żadnego przysłowia o pięści i oku. Co najzabawniejsze, o ile całość sterowania da się przypisać do dowolnych klawiszy, o tyle przyciski od QTE ustawione są na sztywno. Dla leworęcznego gracza, który przeniesie sobie konfigurację w okolice kursorów, QTE oznaczają więc wędrówki w nieznane regiony klawiatury.
Plusy i minusy
Z jednej strony mamy zatem piękną grafikę, obłędny dźwięk i przyjemne strzelanie. Z drugiej tonę skryptów, idiotyczne QTE i lekko nieskładną fabułę. Na niekorzyść gry wpływa dodatkowo kilka innych kwestii technicznych. Po pierwsze, nie pozwala nam ona na zapis stanu gry. Checkpointy są częste, więc w teorii powinny wystarczyć. W praktyce jednak umieszczone są często po głupiemu. Akcję, w trakcie której zdarzyło mi się zginąć, poprzedzały minutową sekwencją chodzenia i gadania. Ginięcie nie było co prawda zjawiskiem zbyt częstym, bo grałem na poziomie normalnym (kampanię przeszedłem w końcu w celach turystycznych, od wyzwań jest sieć). Wyobrażam sobie jednak, że gra na hardzie - dla ludzi, którzy lubią ginąć aż do skutku - zyskuje przez ich konstrukcję dodatkowy element frustracji. Po drugie i ważniejsze, aby dostać się do kampanii trzeba przejść ten sam idiotyczny proces, co przy odpalaniu mapy w multi. O ile jednak w przypadku gry sieciowej jest to choć częściowo uzasadnione, o tyle przy trybie offline to zwyczajnie idiotyzm niebotycznych rozmiarów. Niewtajemniczonym wyjaśniam: Electronic Arts postanowiło wykorzystać "Battlefield 3" do promocji swojej własnej wersji Steama. Konto i klient Origin, bo taka jest jego nazwa, są zatem niezbędne do uruchomienia gry. O jego poziomie i regulaminie można by długo dyskutować, faktem pozostaje jednak że w przeciwieństwie do Steama nie ma za sobą niemal dekady usprawnień. Na tym jednak nie koniec. Origin nie uruchamia po prostu gry, to by było zbyt proste. O nie, Origin instalujemy po to, by uruchomił nam... przeglądarkę. W przeglądarce zaś instaluje się wtyczka do obsługi Battleloga. I to właśnie Battlelog - strona we wtyczce w przeglądarce w Originie - pozwala nam wreszcie uruchomić to, co jeszcze kilka lat temu w Painkillerze odpalało się klikając dwa razy w ikonę i czekając kilka sekund. Głowy nie stawiam bo nie sprawdzałem, ale logika sugeruje że - w przeciwieństwie do Steama - bez dostępu do sieci nie da się zagrać wcale.