Moja historia....

02.08.10, 09:47
Postaram się napisac w miare krótko, choć nie wiem czy się uda bo
troche tego jest....
Może Wy pomożecie mi otworzyć oczy, spojrzec z dystansu na to co się
stało....
Rok temu zakończyłam 7 letni związek z mężczyzną którego bardzo
kochałam. Planowalismy razem ślub, ale dowiedziałam się ze mnie
zdradził i odwołałam. Bardzo cierpiałam, mialam depresję, bralam
prozac, byłam na zwolnieniu 2 miesiące.
Powoli doszłam do siebie. Mój byly mial inne zainteresowania niż ja,
niespecjalnie lubił seks (!) - a ja bardzo - no generalnie chyba
jednak nie pasowalismy do siebie.
Przeprowadziałm się do innego miasta, kupiłam tam mieszkanie. W
miescie tym mieszkałam kiedyś dawno temu, chodziłam tam kilka lat do
podstawówki. Teraz jestem już kobieta sporo po 30-tce.
Odnowiłam znajmośc z dawnym kolegą z podstawówki. Nigdy nas nic
wczesniej nie łączyło, widzieliśmy się ostatnio prawie 30 lat temu...
Zaczęliśmy się spotykac.
Najpierw tylko na spacery, na wino, na rozmowy. On lubi duzo
chodzić, ja chodziłam z nim. Uderzyło mnie w nim to, ze jest smutny
i jakiś taki...spięty. ALe powoli się rozluzniał, coraz częsciej
smiał razem ze mną. Wiedziałam ze ma zonę (dzieci nie ma) i on tego
nie ukrywał, ale prawie o niej nie mówił. Wnioskowałam z kilku jego
oszczędnych wypowiedzi ze nie jest szczęsliwy w tym związku.
Pisał do mnie wciąż piękne smsy, chciał przychodzić, przynosił wino
i gadaliśmy, smialiśmy się razem....
Po 3 miesiącach zaczęliśmy być razem. Było cudownie. Seks jak nigdy
dotąd - codziennie, kilka razy dziennie. Weekendy razem - u mnie.
Wspólne wyjazdy w góry, na rowery.
Po jakims czasie zaczęalm się zastanaiwac czym on się zajmuje.
Wiedziałam ze nie pracuje nigdzie na etacie, ciagle tylko chodzi po
miescie. Spytałam.
Zasugerowałam czy przypadkiem to nie jest tak, ze zona go utrzymuje
(wiem ze ona pracuje i wiem gdzie).
Oburzył się. Skończyło się kłótnią, nic konkretnego mi nie
powiedział, wyszedł.
Nastepnego dnia napisał, przyszedł, przeprosił. Powiedział że to nie
jest tak jak ja myślę, ze to krzywdzące taka moja opinia. Ale dalej
nie powiedziała nic - tylko tyle ze "jak skończa mi się pieniądze
pójde do pracy, nie bój się".
Dałam spokój.
Jakies 2 miesiące temu podjęłam delikatnie temat żony: jak to
własciwie jest?
Najpier nie bardzo chciał rozmawiac. Dopiero nastęnego dnia
przyszedł i się rozkleił.
Opowiedział mi ze zony własciwie nigdy nie kochał, ze ozenił się bo
chyba "tak wypadało". Nie rozumieją się, spędzaja czas osobno, on ma
osobny pokój. Nawet nie siedzimy na jednej kanapie - tak powiedział.
I dalej: ze rok temu poznał kobietę, z tego samego miasta. Ze się
szaleńczo zakochali. Ze on nie wiedział ze "tak moze być". I ze ona
postawiła z końcu warunek: rozwód. On próbował, przeprowadził
rozmowe z zoną ale się nie udało. Jak twierdzi, ona sobie sama nie
poradzi, jest nieporadna, zaczęla płakac, nie ma się dokąd
wyprowadzić..i takie tam. I ze tamta kochanka go pogoniła.
Rozpłakał sie gdy mi to mówił. Powiedział że chudł wtedy 3 kilo
dziennie, ze było strasznie. Ale się nie rozwiódł. Tamta go pogoniła.
Potem się uspokoił, na moje pytanie (byłam nieco wstrząśnięta)
powiedział: było - minęlo - teraz jestes Ty. Dobrze mi z Tobą.I
powiedział jeszcze: wiem ze w końcu musze to zrobić (rozwieść) i
zrobię to pewnie w końcu.
Potem znowu było fajnie, potem pojechaliśmy razem za granice. Po
powrocie ja zaczęłam czuć dyskomfort. Nie wiem czy dobrze ale
napisałam smsa ze chciałabym zeby otoworzył się tak jak w zeszlym
roku. Ze tego mi potrzeba.
I ruszyła lawina. Przestał się odzywac. Ja w końcu napisałam,
spotkaliśmy się. Znowu temat żony - i nie, on się nie rozwiedzie,
jest za słaby. I jak mówi "zycie go przerasta".
Próbowałam z nim rozmaiwać, powiedziałam ze chce mu pomóc, być przy
nim.
Powiedział ze jemu nikt nie moze pomóc i ze on nigdy od nikogo
pomocy nie chciał.
Dobra, streszczam się.
Był pare dni temu, wygladał to jak rozstanie, oddał mi ksiązki,
milczał. Było smutno i cięzko.
Na koniec poszliśmy do łozka. Ja jeszcze raz powiedziałam ze jestem
w stanie pomóc mu przez to przejśc...a on powiedział: jest jak rok
temu.....a potem dodał: nie, rok temu było inaczej. Gdy spytałam: co
to znaczy "inaczej" powiedział: nie chcę juz rozmawiac o tym co było
rok temu".
I poszedł.
Od tamtej pory źle mi, nie wiem co robić. Napisałam mu smsa ze boli
mnie , ze dopóki grałam jego regułami było ok a jak się odwazyłam
odezwać, zostałam odstawiona. Odpisał, ze jestm mądra, ładna i
wartościowa i z przyszlościa a on "pusty w środku", bez przyszłości
i "ze sprawami które go przerosły".
Ja mysle ze on po prostu nie ma kasy, ani na rozwód, ani na to zeby
zyc bez zony. A tym bardziej Jej pomagac. Tylko się nie chce do tego
przyznac.....
Nie wiem, nie wiem....
    • lena36 Re: Moja historia.... 02.08.10, 10:11
      Acha..dodam że on się ze mną nigdy nie ukrywał...chodzilismy razem
      po miescie, jezdziliśmy jego samochodem..widzieli nas jego
      znajomi.....a miasto jest małe.....
    • miasara Re: Moja historia.... 02.08.10, 11:56
      Hmmm...

      Myślę,że jego sprawy finansowe mogą grać tu znaczącą rolę,więc warto
      byłoby to wyjaśnić.Facet wydaje się całkowicie pozbawiony pewności
      siebie i siły do walki o własne szczęście.Trzeba by sprawdzić co lub
      kto go tego pozbawia i pewnie tutaj odnalazłabyś klucz do niego.

      Żeby zdobyć się na tak poważny krok jak rozwód nawet facet o mocnym
      charakterze może się zachwiać (wiem coś o tym),a co mówić dopiero
      taki "słabeusz" (sorky ale sama go tak przedstawiłaś).
      Moim zdaniem potrzebuje pomocy bez względu na wybór jakiego dokona,a
      dobry psycholog z pewnością mu nie zaszkodzi,a mógłby pomóc
      podbudować poczucie własnej wartości i poradzić sobie z poczuciem
      winy wobec żony przy ewentualnym rozwodzie...

      A czy Ty go kochasz?
      • lena36 Re: Moja historia.... 02.08.10, 12:15
        Kocham. I powiedziałam ze jestem gotowa przez to z nim przejsc i z
        nim byc. O finansach nie wspomniałam bo nie miałam odwagi.
        O psychologu natomiast mówilam, zasugerowałam. On powiedział
        ze "zycie go przerasta" i ze on nigdy od nikogo pomocy nie chcial i
        nie potrafi....i że jest "pusty w środku".....
        • ani_chybi Re: Moja historia.... 02.08.10, 18:48
          Widzę nadzieję.
          Skontaktuj sie z żoną i ze szczególami opowiedz jej o tym seksie kilka
          razy dziennie,wspomnij tez o poprzednim romansie.
          Istnieje spore prawdopodobienstwo ze zona go wystawi za drzwi i
          poniesie koszty rozwodu.
          A wtedy będzie cały twoj.
    • lena36 Re: Moja historia.... 02.08.10, 19:23
      Ja myślę że żona doskonale zdaje sobie sprawę że była i jest zdradzana. Późne
      codzienne powroty do domu, całe weekendy poza domem.....on mi kiedyś napomknął,
      że jej na niczym w sumie już nie zależy tylko żeby nadal być żoną.
      Zresztą i tak bym tego nie zrobiła.
Pełna wersja