Dodaj do ulubionych

Moja (chyba) całkiem inna historia

27.07.22, 14:13
Czytam sobie Wasze posty i postanowiłem napisać swoją, podobną, ale jednak całkiem inną historię.
Jak ta przygoda się skończy, nie wiem, ale chyba nikt nie będzie żałować....


Do rzeczy.
Jestem po 40tce... Żona też.
Razem, małżeństwem jesteśmy 18 lat, razem ze sobą jako para 25. A znamy się jeszcze dłuuużej.

Jak to w małżeństwie. Raz lepiej, raz gorzej. Czasem okresy wielkiej namiętności, czasem kilka miesięcy nic.
Chyba jak każdy związek tak miewa, każdy się zmienia bo i my się zmieniamy.
W każdym razie oboje byliśmy i jesteśmy ze sobą szczęśliwi. Okazujemy sobie uczucia, bliskość, śpimy razem od zawsze, kochamy się i w zakresie emocji i fizyczności (tu z różną częstotliwością w różnych okresach, ale ostatnie lata są naprawdę OK) uzupełniamy się w życiu na co dzień.

Podsumowując.... było i jest dobrze nie licząc czasem "nafukania" na siebie o jakiś drobiazg.
Chcę byście mieli obraz tego jak było/jest.

Kilka lat temu byliśmy we dwoje na imprezie. Znane grono ludzi, czasem i wspólne wyjazdy były.
No i jak to w takich sytuacjach... Panowie troche osobno, Panie osobno. Alkoholowo było mocno (czasem tak bywa, jak se starych ludzi z dziećmi ze smyczy codziennych obowiązków spuści). W efekcie, końca imprezy nie pamiętam zbyt dobrze... a raczej wcale. Taka sytuacja przytrafiła mi się może 3 raz w życiu... ale dziś, z perspektyw czasu nie żałuję ani trochę.

Na drugi dzień po imprezie, wieczorem Żona przyznała się do zdrady. Wylądowała w łóżku z koleżanką (obie "lekko" [na moim tle] nietrzeźwe) i tak jakoś wyszło... Przytuliła się do mnie, powiedziała, że przeprasza, ze nie planowała, itd...

Oczywiście wyznanie mnie zaszokowało. Nie tego, że z kobietą (tego nigdy nie ukrywała, że miała takie przygody + jak pisałem znamy się naprawdę długo) ale tego, że jednak zdrada. Pierwszy raz od czasu gdy zostaliśmy parą wylądowała w łóżku z kiś innym niż ja. Przez głowę przeleciały różne scenariusze, w tym... "Teraz sobie przypomniała jak to jest i mnie zostawi). Ale zamiast zrobić awanturę, zapytałem czy było jej dobrze i co teraz dalej...

Zaczęliśmy ze sobą rozmawiać, więcej, szczerzej, otwarciej... Na rozmowach, scenariuszach, fantazjach, pytaniach upłynęło kilka następnych miesięcy.

Zdecydowaliśmy się wspólnie na powolne otwieranie fizyczności w naszym związku. Powolutku, bezpiecznie, w porozumieniu.
Poszlismy na kilka randek z inną parą - do niczego nie doszło.

Potem umówiliśmy się kilka razy z kobietą....Z różnymi kobietami i tu już rzeczy się wydarzyły. Fajne, ale bez jakichś dalszych konsekwencji.

Potem znów poznaliśmy sympatyczną parę i tym razem rzeczy się wydarzyły, ale oboje doszliśmy po kilku razach, że to nie to. Ze najlepiej czujemy się w obecności kobiety.... Ale nie byle jakiej. Oboje chcieliśmy ciut więcej niż tylko seks we troje.

I tak to prawie rok temu poznaliśmy niesamowitą dziewczynę.
Ma męża, mąż wie o tym co robi... Raz nawet ją na naszą randkę we troje przywiózł a na naszym pierwszym spotkaniu we troje dzwonił, żeby sprawdzić czy jest bezpieczna. Mąż też ma swoje "tego typu" życie o ile wiem... Nie dopytywaliśmy, swoja prywatnością dzieliła się z nami tak jak chciała i tyle ile chciała.

W każdym razie po kilku miesiącach znajomości i spotkaniach we troje zacząłem się z nią także spotykać sam. Znów, nim do tego doszło długo rozmawiałem na ten temat z Żoną, ale rozmawiałem też z naszą kochanką. Że to nie jest coś co robię/robiłem, ze od ślubu i ostatnich (ale wspólnych) przygód nie byłem sam żadną kobietą.

I tak, od jakiegoś czasu spotykamy się też we dwoje. We troje nadal, ale rzadziej i nie zawsze "tylko w celu łóżka".
Staliśmy się sobie we dwoje bardzo bliscy. W końcu padły słowa "kocham Cię", itd... Żeby nikt nie miał wątpliwości powiedziałem też o tym Żonie, że poza nią (romantycznie) w moim sercu jest także Ona, że i ja te słowa usłyszałem z jej ust. Powiedziałem im obu, że je kocham - każdej z osobna i gdy zobaczyliśmy się "na piwie". Chciałem mieć pewność, że nic nie wydarza się za niczyimi plecami. Obu jestem wierny. Powiedziałem, że jeśli będę kiedyś chciał poznać kogoś całkiem na własna rękę to będą o tym wiedzieć z wyprzedzeniem. Niby nie obiecywaliśmy sobie wyłączności, ale wiem, że nie licząc "oficjalnych" naszych związków sypiamy tylko ze sobą.

I tak...
Jestem kochankiem.
Mam kochankę.
Moja Żona wie, moja Żona ją lubi, ja ją kocham, ona kocha mnie, ja kocham Żonę, żona kocha mnie.

Seks jest cudowny - jest sporo młodsza ode mnie i zupełnie inna niż Żona. Lubię spędzać z nią czas i zdarza się, że znikam z domu na dzień lub kilka gdy jej mąż wyjeżdża na dłuższą delegację. Nasze spotkania we troje też są niesamowite, ale zupełnie inne.

Gdyby nie ta "zdrada" wiele lat temu nigdy bym jej nie poznał, nigdy się kolejny raz nie zakochał, nigdy nie zostałbym kochankiem.

Więc może nie zawsze musi być źle, ze łzami, kłamstwem, itd...?

A gdzie, kiedy i jak się to skończy.... nie mam pojęcia. Wiem, że jakoś i kiedyś musi... jak wszystko w życiu.
Obserwuj wątek

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka