kachna501gazeta.pl
29.06.08, 00:10
Podobnie jak większość odwiedzających forum, pastwiących sie nad kochankami
pań, także miałam kiedyś wstręt do romansu z żonatymi. Jadnak życie nauczyło
mnie, że losy i poglądy mogą sie czasem bardzo diametralnie odmienić. Jestem
młodą i ponoć atrakcyjna kobietą, jakiś czas temu poznałam mężczyznę, który
bardzo szybko wydał mi się bliski, utrzymujemy kontakt już dwa lata i nie
chodzi tu o sex, bo widujemy się raz na kilka miesięcy. Jest czyimś mężem i od
początku czułam się z tym podle, mimo że tak mało się widujemy i z sexem
raczej mizernie (jestem od niego 30 lat młodsza...zaskoczenie? może to właśnie
miłość) Tak czy inaczej to wymknęło mi się spod kontroli (przechodzę męki
pańskie jak nie dzwoni jeden dzień lub ma jakiś dziwny ton głosu albo
rozmawialiśmy 40 min. a nie 45 etc.) czuję się upokorzona i zła. Naprawdę
podziwiam kobiety, które wytrzymują w roli kochanki latami, to naprawdę
cholernie niewdzięczna rola, nie podziwiam was za to, co robicie, ale za
wytrwałość i odporność na ból-samotne święta, wieczory, opowieści koleżanek o
mężach, rodzinie etc. Współczuję wszystkim kochankom, wiem jak to jest,
powinnyśmy każdego z naszych kochanków kopnąć porządnie w dupę i zacząć żyć
normalnie, dlaczego? bo to banda tchórzy, którzy nigdy nie będą mięli odwagi
zapewnić nam prawdziwej stabilizacji i bezpieczeństwa, których tak bardzo
pragniemy. Oni mają swoje żony, a my naszą głupotę. A jak przyjdzie np. ciężka
chwila (np. choroba i szpital jak w moim przypadku-na szczęście już dobrze) to
on zadzwoni i powie że wszystko będzie ok i przedzwoni jeszcze raz po
rodzinnym obiedzie... Współczuję Wam żony i kochanki. Boże strzeż mnie przed
moją głupotą! i was przed Waszą, wierzcie mi, czasem miłość jest destrukcyjna
i trzeba z całej siły zacisnąć zęby i się jej pozbyć.