omaloco
31.08.09, 12:41
od jakiegoś czasu.
I przyznaje, że nie rozumiem, jak można brnąć w związek z żonatym mężczyzną. Mam swoje lata, krew też nie woda, wielokrotnie mogłabym skorzystać z okazji. Ale nic z tego nie wyszło, bo nie lubię być piątym kołem u wozu. Raz byłam sama, on zajęty i dzieciaty, niby taki samotny miś i taki oczarowany. Ale to wydało mi się takie... obrzydliwe? Niesmaczne? Brudne? Poza tym ja dla siebie jestem najwazniejsza i nie będę łazić w zyciu czyimiś tylnymi drzwiami i jeść resztek z pańskiego stołu, choć najsmaczniejszych.
Poza tym, jak można szanować faceta, który puszcza się z boku? Nawet jako kochanka, jak miałabym go szanowac?
Teraz jestem mezatką, różnie bywa i myśli mnie różne nachodzą. Okazje doganiają. Jednak jak pomyślę, jaka to ułuda szcześcia, dokąd to prowadzi i jak bardzo niszczy, to odechciewa mi się tych wrażeń romansowych "tyśjedynakochamciem" z odlotowym mega seksem.
Nie rozumiem Was, kochanki, po prostu nie rozumiem. Jak bardzo mocno trzeba siebie nie-kochać i sobie sprzeniewierzyć by kochać takiego (palanta!), który zdradza?