Dodaj do ulubionych

wiciokrzew - połamany po burzy

22.09.22, 11:45
Dzień dobry! Piszę po raz pierwszy, bo dopiero od niedawna mam ogród :) Też po raz pierwszy. Zaczynam się po mału uczyć, z czym to się je, ale to na pewno trochę zjamie.
Jakiś czas temu była u nas burza i mój piękny wiciokrzew wraz z różą ucierpiał. Róża po prostu się ugięła i jakoś sobie radzi, natomiast wiciokrzew połamał się u nasady - ale tak w połowie. W związku z tym nie usechł i nadal ma zielone liście i owoce. Burza była kilka tygodni temu. Czy jest szansa, że przeżyje? Zamówiłam właśnie taki stelaż, żeby na nowo go przymocować (obecny takąze połamany - okazuje się, że wewnątrz cały zardzewiał). Załączam zdjęcia i mam nadzieję, że ktoś poradzi!
Obserwuj wątek
    • horpyna4 Re: wiciokrzew - połamany po burzy 22.09.22, 15:39
      Jeżeli ma liście poniżej złamania, to ja bym po prostu przycięła wszystko, co złamane, albo nadłamane; wiciokrzewy bardzo szybko wybijają nowe pędy. Ale w ciemno doradzać nie będę, bo musiałabym to zobaczyć w realu.

      W ogóle wyznaję zasadę, że jeżeli pozostawi się jakiś pęd nadłamany albo przemrożony, ale żyjący, to roślina traci siły na ratowanie takiego pędu kosztem reszty.
    • dar61 Wiciokrzew - przed i po 22.09.22, 22:26
      Odciąć nadłamane i czekać do wiosny.
      Mam pomorszczaka, ze dwa razy w ciągu 20 lat mocno go dociąłem, by go odmłodzić. Cięcia doszły tam aż do suchego rdzenia gąszczu. Obawiałem się, że przeholowałem.
      Odrósł wiosną w mig, wybuchnęło wręcz z niego mrowie nowych pędów...
      Jeśli ten połamaniec ma żywe korzenie, korzenie wieloletnie, nieprzesuszone, ocienione, w żyznej glebie - a fotki to potwierdzają, będzie dobrze.
      Nasz wiciokrzew, sądzę, że inne też, ma tendencję łysienia od dołu, są tam niezbyt malownicze zdrewniałe pędy. Odrasta bardziej z górnych partii, gdzie ma masywny trejaż.
      W tym połamańcu jest więc okazja, by zazielenił się niżej.
      Gdzieś wyczytywalem swego czasu, że wiciokrzewom cięcia doroczne nie za bardzo sprzyjają - stąd ten nasz formuję tak raz na dekadę, gdy się już jemu czapa za bardzo przewiesza.
      Wysokie podpory - też sąsiedztwo przydatnej do wspinaczki ściany - kuszą wiciokrzew do wspinaczki na wiele metrów, przestrzegam, że to wiele lat potrwa.
      Ale jak zakwitnie i zawionie, to nic, tylko wwąchiwać się, takie to pachnidło...
    • dar61 Podporowy ... 23.09.22, 07:56
      Podporowy widać tu problem, jaki powróci[łby] przy następnym wietrze nawalnym, gdyby odbudowane podpory wiciokrzewne - i różane - znów miały postać, jakiej szczątki widać na jw. fotkach.
      Te szczątkowe są ... za delikatne.

      Nasz analizowany wiciokrzew musi się wokół czegoś wić, a obiekt owiciowany powinien być odporny na wilgoć. Szczególnie w swych przyziemnych partiach, jakie tarmosić może owa burza, a i naginać ciężar docelowej, wieloletniej masy obiektu rozrośniętych roślin. A jak znam wiciokrzew nasz, będzie to czapa niemała.

      Sugeruję tedy, by całość podpór witnych (i różanych) miały kształt bardziej ramy - nie kratki samonośnej - jaka to rama dopiero miałaby wbudowaną kratkę poziomo-pionową, ale lepiej, by ona była skośna.
      Wiciokrzew lubi skosy (róże na nie są obojętne, nie chwycą się same, muszą mieć troczki), owija się wokół nich, wręcz obrasta - a jak grubieją i drewnieją te owijki, to trudno tam potem wymieniać elementy skosów - od startu budowania konstrukcji nośnej trzeba to dobrze przemyśleć.

      Konstrukcję nośną ram [słupy, poziome belki, ewentualne rozbudowane poziomo elementy trejaża], zwykle drewnianą, trzeba dodatkowo - nie tylko przez producenta - ochronić wgłębnymi, penetrującymi preparatami na bazie rozpuszczalników organiczno-olejowych, co najmniej dwukrotnie. Zachwalam też powlec je potem tymi nowszymi preparatami na bazie wody, zmniejszą penetrację wody deszczowej i roztopowej, szczególnie chętnie wnikającej w miejsca nawiercane, nacinane, złączki, zaczepy i dowieszki. Ale wgłębnie nie penetrują drewna!

      U nas taki trejaż nośny dźwigał na sobie 4 [!] masywne zieloności na ramie trejaża 3x3 m, 2,5 m wysokiej - wiciokrzew, bluszcz, aktynidię plus śp. winobluszcz trójlistkowy. Ten ostatni padł (sąsiednia aktynidia prawie), gdy mi się zachciało tam u podstawy, w ramie nibyaltanowego trejaża, dorobić drenaż pod płytkami niby podłogi.
      Ale to opis na marginesie, choć dobre ostrzeżenie, by oszczędzać roślinom korzeni. Dziś są tam trzy rośliny, aktynidia znów się zagęszcza i wraca postać potrójnej czapy zieloności. Masa masy wzrasta i [...]

      Wracajmy do analizy podpór wicikrzewowo-różanych.
      Wiemy, że powinniśmy u startu konstrukcji nie szczędzić konserwujących powłok.
      Podpory pionowe, też konserwowane wielekroć i wszędy, osadzone mogą być tak, że ich żadna burza ni ciężar masy zieleni nie obali. O tym potem.
      Zalecam ich przekrój niemały - dowolnie czy okrągły, czy kanciasty - by nie schodził poniżej klasycznego [w składach budowlanych] 7 cm grubości. U nas to dla pionowych 10 cm, poziomych 7 cm. Skosy u nas to 3-4 cm, na dachopodobnym ażurze 2-3 cm. Cieńsze, ale ważne, ze samo-się-suszące.
      Niedawno prawie całość trejaża wymieniłem (kończąc niedoróbkę Taty), bo wypatrzyłem problem z pionami [po, uwaga, kilkunastu latach].
      O dziwo w najlepszej kondycji były te cieńsze listewkowato-półokrąglakowate elementy skosów, a najgrubsze słupy przegniły od wilgoci, choć bardziej od - ekhem - zaniechania dodatkowych warstw konserwacji, jakie zobowiązał się wykonać te kilkanaście lat temu mój śp. Ojczulek, ale mu się odechciało, co skrył był, a zieloności zarosły i skryły, że on skrył...

      Tak więc jak przeciwburzowo osadzić pale podpór? Drewniane - stalowe pomijam, aluminiowe, choć niekorodujące, lekceważę [estetyka jako taka, ale zgrzane na słońcu gięłyby się pod masą masy, gdyby je dać zbyt oszczędnie], z plast-mas mało kto buduje trejaże, a bamboosowe u nas to egzotyka, choć [...]

      Pionowe pale muszą być podkute, tam wielekroć i uczciwie nasycone konserwantami [niektórzy dają je drogą iniekcji!] - my czyniliśmy tak: konserwowant olejowy rozrzedzaliśmy dolewką rozpuszczalnika organicznego i w ciepłą porę roku [ważne] dosuszaliśmy pale / kantówki na wiór, w słońcu, potem wstawialiśmy do naczynia z tym dorzedzonym preparatem na kwadransik z hakiem, by drewno zassało go na ful [a hak zostawiło. To samo czyniłem w każdym nawierceniu dla czopów i gniazd osadzających złączenia. Uczciwie, w razie potrzeby z wlewaniem w ciasne nawierty strzykawką z doczepionym wężykiem. Ze dwa tygodnie dłubaniny dla kilku dekad odstępu do następnego odmłodzenia konstrukcji i docinania zieloności.
      Analizę poziomu zero damy w dopisku, tak dla odchudzenia wpisu ;-)
      • dar61 Moc to grunt 23.09.22, 08:41
        Etapu zero opis czas zacząć.
        Mamy już całości komplet, pachnący konserwantem, zapach zamaskowany powłoką hydrofobową z kolejnego preparatu, - trzeba więc osadzić to w gruncie.

        Na fotkach Szan. Quelquechose widać, że to grunt żyzny, trzyma wilgoć jak należy (dla roślin) - ale konstrukcja trejaża tego nie lubi.
        Trzeba ją nieco unieść, na pewno nie stawiać wprost na gruncie, blisko wilgoci, roztopów i śniegu.

        Zachwalam do osadzania ocynkowane podpórki kotwiące - nie zawsze trzeba je betonować, choć kult betonu kwitnie.
        My je wbiliśmy w [do-gę-sz-czo-ny ubijaniem] grunt, stały tam dwie prawie dekady bez śladu korozji [metalu].

        Drewno pionowego pala, niestety, dokładnie w płaszczyźnie wystającej z metalu podpory, zostało spenetrowane przez wodę, choć nad wszystkim wisiała czapa zieleni parasolującej.
        Stopa metalowej podpory, przytrzymacz pala, to u nas typ skrzynki, zbiera więc wodę spływającą po samym drewnie.
        Są podpory na kształt inny - U-kształtny, z dwoma bokami pustymi. Takie lepiej się przesuszają same, ale niestety są oferowane jako podkute prętem do zabetonowania i, owszem, ocynkowane, ale betonoza to nie mój gust...

        Nasze podkucia pala bez problemu wydłubywałem - przy tym w. opisanym odświeżaniu koncepcji i konstrukcji - czasowo powyższą konstrukcję podpierając, wymieniłem pale pionowe, przy okazji co nieco więcej.
        Ale już lepiej przemyślałem osadzanie - pod każdym wymienionym palem wybrałem sporo gruntu próchnicznego, wbiłem tam grubawą rurę z plast-masy, w niej dałem zasypkę żwiru, ubiłem - i dopiero wgłębiłem tę ostrokończystą stopkę okucia dołu pala. Był masywny kłopot z tym, ale podnośniki dwa samochodowe dźwignęły resztę masy trejaża (z masą zieloności), czopy wskoczyły w swe miejsca i całość od roku stoi. I burz się nie boi.

        A było ich kilka. Jedna z tegorocznych poszalała, wręcz dogięła namiot-altankę, jaką podstawiłem ten trejaż, bo on nie ma dachu przecież, to ściany z kratą udającą dach, a na kracie - docelowo, jak dekadę temu - znów będzie czapa splotu bluszczu, aktynidii i owego wiciokrzewu.
        Taż burza dogięła namiot [chyba zasada zassania skrzydła plus unoszenia], ale nie pofrunął, bo i ku ziemi i ścianie domu był i jest utroczon, a od góry krata trejaża go ujarzmia. Trzy poziome rurki poburzowo musiałem nazad altance dogiąć, dwie są do wymiany, na razie mają temblaki, jak na zimę zdemontuję altankę, amputuję jej i wymienię to i owo.

        Ale opisany przydługawo trejaż stoi, burza się go nie ima.
        Sam wiciokrzew, Szanowna Quelquechose, ze swymi towarzyszami, na burze gwiżdże.
        Bo moc trejaża jest z nim.
        Oby była i z Szan. Wątkozakładaczką.
    • quelquechose Re: wiciokrzew - połamany po burzy 23.09.22, 11:06
      Bardzo dziekuje. A takie elokwentne, długie i wyczerpujace wpisy! Troche sie przerazilam ogromem zadania… Myślę, że zacznę od ucięcia nieszczęsnego wiciokrzewu w miejscu pęknięcia. Żal ściska, bo on wieloletni i przepiękny, ale co robić. Mam nadzieję, że zacznie odrastać. W międzyczasie zakupiłam pergolę, ale jeszcze nie doszła; obawiam się też, że ona za wiotka będzie. Myślę, ze spróbuję różę na nią skierować, a w międzyczasie pokombinuję, jak podeprzeć wiciokrzew, jeśli bidny odżyje. Przyznam, że miałam cichą nadzieję, że da się go jakoś uratować, ale obawiam się, że rzeczywiście to sen ściętej głowy.
      • dar61 Niebo gwiaździste pode altaną 25.09.22, 00:50
        '...to sen ściętej głowy...'

        Polemizowałbym.
        Nasz wiciokrzew został przesadzony jednosobowo, przeze mnie - o kilka metrów.
        Miał wtedy już sporą bryłę korzeni - tak z pół na pół metra - i kłąb mocno już zdrewniałych pędów samo się o siebie kotwiących.
        Podobnie sąsiadująca mu w trejażu aktynidia, choć jej karpa była ze dwa razy większa - też migrowała w swój wykop.
        Przyciąłem wicikrzew, skracając nadziemne partie, podkopałem uczciwie (maksymalnie oszczędzając mu korzenie, a uszkodzone i naderwane sekatorując na gładkie cięcie) - i dźwignąłem (jednosobowo!), na chyba jakiejś plandece przesunąłem te kilka metrów w wykopany uprzednio wykop, tym razem nie przestrzegając perfekcji, czyli nie kierując go w tej samej orientacji co do słońca.
        Trafił pod słup narożny trejaża, by miał szansę ekspansji na dwa kierunki.

        Nieco się obawiałem tej przesadki, ale miała ona inny cel*.
        Wiciokrzew - z towarzyszami - podziękował za trud i wyrósł nad pokaz, zakwitł dopiero po wielu latach (kwiecie mu cudnie wionie!), jak osiągnął te dwa metry w kłębie (kłąb listowia w siebie wrośniętego i ekspandującego na sąsiadów).

        Pilnowały go w ekspansji inne sąsiednie ekspandory - od północy miał (i ma nadal) bluszcz, od wschodu miał/ma aktynidię (pięknie owocowała smacznemi owocy), a po przekątnej czwórbocznego trejaża miał winobluszcz trójlistkowy (5-listny byłby za mocno rozrosły, ten trafił do donicy do kiszenia kapsty, na balkon, ale to juz wiele lat temu tu opisywałem, więc sza).
        Wszystkie cztery się zwarły w czapę zieleni latem na tyle szczelną, że słabe deszcze pod czapą nas nie rosiły - stąd zaniechałem budowy daszku - zaś zimą były bezlistne trzy, a po to osadziłem bluszcz, by całość od ulicy zawsze osłaniał.
        Robota była warta zachodu, sąsiedzi chwalili i chwalą szkoda, że Matula tego nie chciała.
        Sfotowałem ten kłąb z okna domu i demo było tu uwidaczniane, ale portal kazał nam się z fotkami stąd wynosić...

        Opisuję to dokładniej po to, by Wątkozakładczyni też sobie coś przerobiła, a w moc korzeni swego połamańca nie zwątpiła.
        Będzie dobrze, odrośnie.
        Podpowiadana nowa konstrukcja podpór nie będzie droga, jeśli się ją wykona samej/samemu.
        Dla nas była to potrzeba ducha*, a dla roślin szansa na rozwój...
        */ cdn.
        • dar61 Wij się, wij... 25.09.22, 01:02
          Mała dygresja:
          ***************
          */ W pierwotnej swej lokalizacji trochę nam wiciokrzew zawadzał, a ta druga miała być realizacją propozycji dla mojej Mamy, jaka zmarła była wtedy niedawno i za jej życia żal jej było miejsca na właśnie powyżej opisany trejaż.
          Budowa trejaża miała być z kolei odskocznią, terapią dla świeżego wdowca, mego Taty, choć większość dłubaniny wykonałem sam, Tatulo wspomagał i [...]
          Tatulo rok temu dołączył do swej żony...

          Wtedy zacząłem trejaż doskonalić - i rok temu, i tej wiosny. Podniosłem mu jedną odnogę, by wetknąć podeń 3x3 namiot ogrodowy typu altanka. Ledwo weszła, ale stoi. Burz kilka przeszło, trejaż jak mur. Altana mniej...
          Pod nią plandeka typu żagiel zwisa, ledy na niej jako gwiazdy.

          Nad nią - z jabłoni konarów - na trejaż wskakuje ta czarno-biała kocica od sąsiadów, latem w cień gąszczu, na dach altanki zalega, a w chłody na czerń daszka.
          I się do nas przymila...
          Ma Quelquechose koty? Oby miała.
          No i trejaż, ale masywny.

          Ostatnio do nas przychodzą też kocicy sąsiadów dwaj synowie, czarni jak noc. Jeden też ma gwiazdki - białe, na pyszczku.
          Ale Czarni nie umieją na trejaż wnikać. Albo im mama wzbrania.
          Która?

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka