O groznym labedziu...

07.10.03, 09:14
Puma, przepraszam, ze tak pozno opowiadam o groznym labedziu, ale moze bedzie
jak znalazl do poczytania na jesienne chlodne wieczory :-))))

Jednoczesnie bedzie to wspomnienie urlopu, cudownego urlopu, a wlasciwie tego
jego fragmentu, ktory mial miejsce nad Biebrza....

Jeszcze w zeszlym roku postanowilismy bowiem z Moim Chopem, ze czesc
tegorocznych wakacji spedzimy splywajac ta urocza rzeka....
A rzeka rzeczywiscie jest urocza w lecie. Brzego niemalze cale zarosniete
szuwarami, trzcina, palkami, gdzieniegdzie rzece klaniaja sie drzewa, przede
wszystkim wierzby...
Nad samym brzegiem mrugaja do nas cudowne niezapominajki blotne, na wodzie
usmiechaja sie zolte grazele i biale lilie i nie sa to oczywiscie wszystkie
rosliny, ktore mozna tam spotkac...
Na brzegach kroluja trznniaczki, wodniczki, rokitniczki, inne malusienkie ,
ale przede wszystkim jaskolki brzegowki....
Mozna spotkac kaczki, przy czym na glownym nurcie, ktorym splywalismy
spotkania ptakow wodnych naleza do rzadkosci, one kroluja w starorzeczach i
na doplywach, czasem slychac donosne, dostojne:-) kwakanie panow kaczorow...
Jak brzeg mnie zarosniety to mozna sie pogapic do woli na polujace bociany,
poptrzec w oczy szczesliwym nadburzanskim krowom, poobserowac kolujace
drapole... np. bieliki.....
Mielismy szczescie spotkac krwawodzioby, ktore na naszych oczach przegonily
ze swojego terytorium znacznie od siebie wiekszego bociana bialego....
I tak plynelismy sobie szczesliwie, zachwycajac sie widokami, kolysani
nurtem, zasluchani w szumie trzcin, drzew i spiewie ptakow....
I nagle przed nami ukazala sie rodzina labedzi - mama labedz z dziecmi....
Jakims sobie tylko znanym sposobem zawiadomila pana labedzie o zblizajacym
sie niebezpieczenstwie, czyli o nas... Ten z impetem wysokoczyl z szuwarow,
gdzie najparwdopodbniej odpoczywal na gniezdzie i zaczal sie nam przygladac...
Stwierdzilismy, ze poczekamy, az sie najedza, uspokoja i przeplyniemy dalej,
zwlaszcza, ze bylismy na takim odcinku, ze wyciagniecie kanoo z wody i
pzreciagniecie laka nie wchodzilo w rachube, poza powrotem pod prad byl to
jedyny mozliwy kierunek....
Ale pan labedz nie bardzo mial ochote czekac spokojnie wobec bardzo
widocznego potencjalnego zagrozenia dla swojej rodziny. Rozpoczal wiec
manifestacje sily, zadzierajac skrzydla, co w jezyku labedzim oznacza mniej
wiecej tyle co spadaj stad to moje terytorium.
Poczym przystapil do obrony terytorium bardziej aktywnej, czyli rozpoczal
szarze...
Czy ktos z Was widzial szarzujacego po wodzie labedzia?
Naprawde groznie to wyglada, a w dodatku labedzie potrafia w obronie zrobic
krzywde... Bylo bardzo swiezo po tym jak gdzies tam labedz w obronie rodziny
spowdowal utoniecie jakiejs kobiety...
No wiec pan labedz rozpedzal sie na tej wodzie z ta szarza w naszym
kierunku...
Slyszalam bardzo szybkie bicie swojego serca, bo na dodatek ja przeciez nie
umiem plywac....
Cala ta manifestacja trwala dobra chwile, choc nie wiem jaka, wydawala mi sie
niesamowicie dluga...
W pewnym momencie doszlismy do wniosku, ze taktyka na przeczekanie nic nie
da, ba moze wrecz sprowokowac labedzia do powazniejszego ataku. Tedy
spokojniutko, przysamym brzegu, bardzo cichutko i delikatnie zaczelismy
wioslowac. W zasadzie ja wioslowalam, a moj Chop bronil swojej rodziny,
ochlapujac bardzo zdenerwowanego pana labedzia woda jak ten zblizal sie do
nas...
Na nasze szczescie pan labedz chyba wyczul, ze nic zlego tak naprawde z
naszej strony mu i jego rodzinie nie grozi i ze jestesmy niesamowicie
przestraszeni, bo bylismy i pozwolil nam poplynac dalej, serwujac nam na
pozegnanie jeszcze dwie szarze...
Zdaje sobie sprawe, ze ta opowiesc nie oddaje grozy sytuacji, ale uwierzcie
mi balismy sie bardzo, zwlaszcza, ze przeciez dokladnie wiedzialam jakie sa
intencje tego skadinad dostojnego pieknego ptaka

No coz tak naprawde to on byl u siebie, my bylismy tam intruzami
Dzis wspominam te historie z olbrzymia doza szacunku dla pana labedzia.
Dodam jeszcze, ze przez caly ten czas zarowno pani labedzica jak i jej dzieci
zupelnie spokojnie zerowaly, czy moze jednak byly to tylko pozory?

A na koniec dodam jeszcze, ze i tak wroce nad Biebrze:-)

Pozdrawiam wszystkich ptakolubow
Katula
    • piasia Re: O groznym labedziu... 07.10.03, 17:59
      Wiem jak groźnie może wyglądać ten skądinąd dostojny i królewski ptak. Na mnie
      tez kiedyś chciał szarżować, gdy z odległości paru metrów próbowałam zrobić
      zdjęcie pani łabędzicy i pięciu "brzydkim kaczątkom". Cała ta rodzina siedziała
      na gnieździe na skraju szuwarów, a ja tkwiłam w lodowatej (początek maja)
      wodzie po uda, z aparatem fotograficznym. Pan łabędź rozwinął skrzydła i ruszył
      w moją stronę. Oczywiście dałam drapaka ile sił w nogach. Taki łabędź to nie
      przelewki.

      pzdr
      Pi
      • kropka Re: O groznym labedziu... 07.10.03, 19:13
        bo łabądki to tylko pozornie takie sympatyczne. W rzeczywistości to złośliwe,
        wredne, zazdrosne i mądre nadzwyczaj ptaszydła.
        Kilka lat spędzaliśmy urlop na Mazurach. Mieszkliśmy w namiotach nad samym
        jeziorem. A na jeziorze mieszkała łabędzia rodzina. Było tylko jedno miejsce, w
        którym można było bezkolizyjnie zejść do wody. W innych leciało się na łeb albo
        taplało w błocie. I gdzie łabądki miały swoje ukochane kąpielisko? Oczywiście
        przy tym jedynym piaszczystym zejściu. Na nasz widok samiec "stawiał" pióra,
        wyciągał szyję jak byle-gąsior i ruszał do ataku. Kąpiele odbywały się więc
        zbiorowo z wystawianiem "czujki". Dość to było męczące, ale jakoś przez lata
        nie przyszło nam do głowy poszukać innego jeziorka. Mieliśmy też chwilę
        satysfakcji, kiedy "nasz" wróg zaplątał się w sieci. Męska część rodziny
        pomagała leśniczemu w wyplątywaniu go, a potem damska w opatrywaniu
        pokaleczonej łapy (nogi? płetwy? co ma łabędź?) To bydlę ma siłę słonia.
        Sześciu facetów ledwo dało mu radę. Ale potem jakby nieco złagodniał. Może miał
        wyrzuty sumienia? Bo Mężczyzna Życia do dziś ma bliznę po uszczypnięciu.
    • puma002 Re: O groznym labedziu... 08.10.03, 13:58
      Doczekałam się na opowieść o łabędziach! A myślałam Katulo że zapomniałaś...
      Często obserwuję te ptaszyska na zalewie Sulejowskim. Kiedy latem jest pełno
      plażowiczów nad wodą, rodziny łabędzie pływają wolniutko w tę i z powrotem
      kilkadziesiąt metrów od brzegu, niby takie dumne i dostojne, ale ukradkiem
      łypią oczkiem w nadziei, że może ktoś im coś pysznego rzuci.

      Ja osobiście nie miałam starć z agresywnym łabędziami, za to moja sunia kiedy
      była jeszcze młoda i głupiutka weszła w konflikt z takim jednym w pobliskim
      parku. Omal zawału nie dostałam wtedy, bo wiadomo - łabędź machnięciem
      skrzydła potrafi nogę złamać człowiekowi itd., a charciczka krucha. Suńka
      kłaniała się łabędziowi (wiecie na pewno jak wyglądają psie ukłony?) i
      zapraszała go do zabawy (mam zdjęcie na dowód). Łabędź nie zrozumiał pokojowej
      demonstracji, nabuzowany był bo wiosną rzecz się działa. Podniósł skrzydła,
      zwiększył objętość i zaczął płynąć prosto na psa. Na szczęście w porę zdążyłam
      odciągnąć zdezorientowaną sunię od brzegu.

      Pozdrawiam cieplutko mimo jesiennych chłodów i gratuluję Katuli tych
      wczorajszych raniuszków:)))
      • ptasik Re: O groznym labedziu... 08.10.03, 14:53
        A bardzo, bardzo dziekuje za gratulacje, tez sobie gratuluje tych raniuszkow i
        ciagle po ich spotkaniu mam naladowane "akumulatory dobrego nastroju":-))))

        Wiesz te moje labedzie, zwazywszy na lokalizacje musialy byc calkiem dzikie, bo
        czlowiek w to miejsce, gdzie mialy gniazdo to tylko rzeka moze dotrzec. Mysle,
        ze zupelnie nieoswojone z widokiem ludzi tak blisko siebie, bo tak na
        marginesie w czasie tego naszego dosyc dlugiego splywu tym odcinkiem nie
        spotkalismy zadnego innego czlowieka, dopiero w Goniadzu, ale na kapielisku, w
        zasadzie w miescie, no i w tzw. miedzyczasie jednego autochtona przeplywajacego
        pychowka z jednego brzegu na drugi....
        Tu nawet autochtoni pewnie nie plywaja, bo to taki fragment jak juz pisalam, ze
        po jednej i drugiej stronie byly rozlewiska, starorzecza, szuwary....
      • ptasik Re: O groznym labedziu... 08.10.03, 14:55
        A zapomnialam dodac, to nie Twoja sunia weszla z nim w konflikt tylko
        ten "lobuz" :-)))) bo ona mu sie pieknie klaniala i miala pokojowe zamiary:-)
        • puma002 Re: O groznym labedziu... 08.10.03, 15:53
          A teraz sobie pomyślałam, że może temu samotnemu łabędziowi wydawało się, że
          oto zjawiła się para dla niego albo konkurent? I dlatego przybrał imponującą
          postawę? Bo pies jest biały, mniej więcej wielkości łabędzia. Jak to dokładnie
          jest Katulo ze wzrokiem i węchem u łabędzia? Mógłby się aż tak pomylić?

          Nieustannie pozdrawiam:)
          • piasia Re: O groznym labedziu... 08.10.03, 16:49
            puma002 napisała:

            > A teraz sobie pomyślałam, że może temu samotnemu łabędziowi wydawało się, że
            > oto zjawiła się para dla niego albo konkurent? I dlatego przybrał imponującą
            > postawę? Bo pies jest biały, mniej więcej wielkości łabędzia. Jak to
            dokładnie
            > jest Katulo ze wzrokiem i węchem u łabędzia? Mógłby się aż tak pomylić?

            Czytałam o bocianie, który zakochał się w reklamie kleju Atlas (sztuczny bocian
            na lichym gnieździe), rozbudował gniazdo, znosił myszy i żaby, kłaniał sie swej
            wybrance, zalecał, a nawet wskakiwał na nią. A ona oczywiście nic.... Stąd
            wniosek, że ptaki czasem nie takie mądre jak by się nam zdawało. A miłość
            zaślepia ;)
            • puma002 Re: O groznym labedziu... 08.10.03, 17:27
              Piasiu rozbawiłaś mnie do łez zakochanym bocianem:-)))

              • piasia Re: O groznym labedziu... 08.10.03, 19:06
                Bocianowi nie było do smiechu ;)

                Niektórzy mówili, że podobno w gnieździe pojawiły się pisklęta. Jak wieść
                gminna niesie - były bardzo przylepne...
    • mjot1 Re: O groznym labedziu... 08.10.03, 21:01
      Pisałem o tym już kiedyś.
      Ale skoro o łabędziu...
      Bawiąc z dwadzieścia lat temu w Krasiczynie miałem bliskie spotkanie z panem
      łabędziem.
      Otóż pałętając się po parku pałacowym chciałem zajrzeć czy w sadzawce parkowej
      pływają jakieś ryby.
      Zbliżyłem się do brzegu, zatopiłem wzrok w toń wodną i w bezruchu wypatrywałem
      życia nie bacząc, co się wokół dzieje. Pan łabędź tymczasem pływał w pewnej
      odległości od brzegu tam i z powrotem.
      Łabędź sobie pływał a ja wgapiałem się w wodę nie zwracając na niego
      najmniejszej uwagi.
      Nie wiem czy stało się to w obronie terytorium na którym to On przecie był
      władcą czy też z powodu kompletnego ignorowania tegoż władcy przeze mnie?
      W każdym razie stało się! Otóż ten król sadzawki w pewnym momencie ruszył bez
      uprzedzenia okrutnie rozcapirzony i sykiem złowrogim wprost na mnie.
      Zorientowałem się zbyt późno, że to ja jestem celem i nie zdążywszy w porę
      salwować się ucieczką dostałem potężny cios skrzydłem w udo. Umykałem potem
      kuśtykając zygzakami pomiędzy drzewami ku uciesze licznie zgromadzonej gawiedzi
      pokładającej się niemal na trawie ze śmiechu. A pan łabędź pogoniwszy mnie
      przez kilka metrów powrócił dumnie do swej sadzawki w poczuciu dobrze
      spełnionego obowiązku gdzie dalej halsem to lewym to prawym dostojnie
      patrolował brzeg.
      A ja? Ja kuśtykałem ponad tydzień. To było jak kopnięcie człowieka, któremu
      futbol obcym nie jest!
      Od tej pory zawsze dostrzegam łabędzia i zawsze odnoszę się do niego z należnym
      mu szacunkiem!

      Najniższe ukłony!
      Mający spotkanie pierwszego stopnia z łabędziem M.J.
Pełna wersja