laki88888
10.06.02, 19:27
Trudno będzie nakłonić kogokolwiek do poważnej dyskusji o stanie polskiego
sportu, a piłki nożnej w szczególności, w czasie TRWANIA Mistrzostw Świata.
Jednak kiedy już Nasi wrócą do kraju (niedziela chyba...), zainteresowanie
Mundialem na pewno spadnie. Kiedy zaś 30V2002r. będziemy znali najlepszy zespół
turnieju koreańsko-japońskiego, przyjdzie czas na zajęcie się sprawami bardziej
przyziemnymi. I niezmiernie jestem ciekaw, czy po – jak wszystko na to
wskazuje – słabym występie biało-czerwonych, „ogólnonarodowa debata futbolowa”
ograniczy się li tylko do totalnej krytyki reprezentantów i trenera, czy może
czegoś więcej. Obawiam się, że w Polsce poważnie i konstruktywnie o sporcie
rozmawiać nie można.
Zobaczmy tylko jak się w Polsce sport traktuje. Małysz, kadra (jeśli dobrze
gra), Igrzyska Olimpijskie oraz piłkarskie Mistrzostwa Świata i Mistrzostwa
Europy – tylko przy okazji takich wydarzeń o sporcie zaczyna być na prawdę
głośno. Można wtedy zobaczyć wszelkiej maści polityków, którzy zachwalają
Engela, zapraszają do siebie Korzeniowskiego, robią zdjęcia z piłkarzami,
wręczają nagrody Małyszowi, itp. A każdy wkoło opowiada jak to dobrze, że mamy
takie i takie sukcesy, że sam strasznie mocno przeżywa konkursy Pucharu Świata,
że liczy, że wygramy tyle i tyle, że przypomina sobie jak sam kiedyś w
dzieciństwie kopnął piłkę itp. A potem, szczególnie jeśli jest klapa, nic.
Stosunek rządzących do sportu, niezmiennie od rządzącej opcji politycznej,
można określić jako czekanie aż niewiadomo jakim cudem spadnie nam jakiś sukces
z nieba i będzie można sukces ten wykorzystać, by pokazać jak to jest dobrze z
tym polskim sportem. A jest fatalnie. Nie zmienia tej oceny nawet fenomen
Małysza, który choć nie miał gdzie porządnie trenować, jest klasowej światy
zawodnikiem i piłkarska reprezentacja, która po w sumie chyba siedmiu, czy
ośmiu przegranych eliminacjach do ME i MŚ, wreszcie wdarła się do elity. Ale
najprawdopodobniej z marnym skutkiem, a na pewno na krótko (dziś już mamy
pewność...). Tego typu „incydenty” (oby jak najwięcej) nie świadczą jednak o
prawdziwym obliczu sportu w Polsce.
Chciałbym zająć się tutaj omówieniem kilku czynników wpływających na ten stan.
Po pierwsze: stosunek Polaków do uprawiania sportu, a w przełożeniu na pole
profesjonalnego spojrzenia: jaki mamy potencjał? Chęci, chęciami, więc po
drugie pytam: jakie mamy możliwości by owe chęci realizować. Po trzecie zaś:
jak w takim wypadku powinien wyglądać nasz „zawodowy” sport, którego siła
przecież jest wprost proporcjonalna do ilości boisk i hal sportowych oraz
uprawiających i „potrafiących nauczyć” (niekoniecznie zaraz trenerów a la
Fergusson). No i po czwarte: co w takim wypadku należy zrobić (my, działacze,
politycy, czy nawet nauczyciele).
Jest nas jakieś 38 milionów. Jesteśmy państwem w środku Europy z warunkami
klimatycznymi i geograficznymi pozwalającymi uprawiać zarówno sporty letnie jak
i zimowe. Nie jesteśmy państwem bogatym, ale już wkrótce możemy być w UE. A w
porównaniu z Rumunią, Kubą, Chinami, Rosją czy nawet ostatnio Argentyną, nie
jest u nas wcale tak najgorzej. Nie prowadzimy żadnych wojen, mamy demokrację i
wolny rynek, pochwalamy zachodnioeuropejskie wzorce. W przeszłości (kiedy
jeszcze nie rządziła komercja) odnosiliśmy duże sukcesy sportowe, nawet teraz
spadają nam z nieba Małysze i Olisadebe... Uprawianie sportu powinno być zatem
dla Polaków (a szczególnie młodych) czymś zupełnie naturalnym, zważywszy, że
sobotnie rodzinne bieganie po parku, czy też dziesięciominutowa poranna
gimnastyka powinny wyjść o wiele taniej, niż grill z piwkiem u sąsiada, wyjście
do kina z dziewczyną, kupno nowej gry komputerowej, czy objadanie się lodami
leżąc przed telewizorem. A jednak, pomimo iż jesteśmy tak biednym
społeczeństwem, co często, by usprawiedliwić co poniektóre swe złe nawyki,
wzajemnie sobie przypominamy, na większość tych przyjemności możemy sobie
pozwolić. Mody na sport natomiast nie ma. Jest moda na oglądanie w TV, nie ma
na uprawianie. O kondycji polskiego sportu, i w ogóle o kondycji fizycznej
Polaków, w dużym stopniu decyduje nasza mentalność. Mentalność jednak, która,
jak się okazuje, potrafi zmieniać się, i to bardzo szybko. Przecież w czasie
ostatnich dwunastu lat przemian ustrojowych dokonywały się nie tylko zmiany
polityczne, ale i – a może przede wszystkim – przeobrażenia społeczne i
kulturowe. Przechodząc z socjalistycznego sposoby myślenia na kapitalistyczny
zmienił się stosunek również i do sporu. Sport, który w tamtym okresie przy
odpowiednim nagłaśnianiu polskich sukcesów (oczywiście tych osiąganych dla
Polski socjalistycznej...) i przy braku innych w miarę interesujących rozrywek
był, szczególnie w kontekście socjalistycznego uwielbienia dla tężyzny
fizycznej (w zdrowym ciele zdrowy duch), ważnym elementem życia „ludu
pracującego”. A osiąganie sportowych sukcesów stawało się przepustką do
lepszego świata, tak, to właśnie sport mógł dać, w miarę bezboleśnie, awans
społeczny młodemu przedstawicielowi „klasy robotniczej”, czy też „chłopskiej” .
A co ważne, awans ten odbyć się mógł bez jakiegoś szczególnego zaangażowania
ideologicznego czy politycznego. Pisarz chcący odnosić sukcesy w państwie
komunistycznym musi uznać ideologię komunistyczną, dziennikarz również musi
odrzucić swoje przekonania i pisać co chce partia, działacz jak chce działać –
proszę bardzo, ale w PZPR itd. A piłkarz? Po prostu trzeba dobrze grać i
wygrywać – to wystarczy, od całej reszty są inni, a życiorys nieskażony.
Dzisiaj jest inaczej. Mamy więcej programów telewizyjnych, większy wybór we
wszystkim. Kiedyś każdy był fanem reprezentacji, ale piosenkarze, aktorzy,
satyrycy – jedni byli dozwoleni, inni zakazani. Dziś wolno wszystko. Tak jak
kiedyś prawie każdy chciał być Bońkiem, czy Lubańskim, obecnie niewielu chce
być Świerczewskim, a zapewne wielu Wiśniewskim, czy Pazurą. Kiedy w czasie
dwunastu ostatnich lat wszystko ulegało gwałtownym przemianom: mamy McDonaldsy,
Internet, Eminema, Brada Pitta, Coca Colę, komórki, otwarte granice - sport i
piłka stały w miejscu. Zapatrzeni w nieznane dotąd możliwości, wychowaliśmy
nowe pokolenie w duchu zachodniego modelu konsumpcji. Tyle, że model ten
sprowadziliśmy częściowo, wyrywkowo. Wszak na Zachodzie już wtedy posiadano
dużo wspaniałych stadionów, ale przede wszystkim rozumiano, że wraz z rozwojem
pop kultury iść musi odpowiednia opieka nad kulturą wyższą, a wraz z rozwojem
skomputeryzowanego społeczeństwa fast-foodów – stwarzanie młodym warunków do
czynnego odpoczynku i kreowanie mody na zdrowy sposób życia. W Polsce nie
jesteśmy jeszcze na tym etapie, ale święty czas zacząć się do niego zbliżać. W
Holandii poważni urzędnicy (których garaże pełne są mercedesów...) do pracy
jeżdżą na rowerach (ekologia+sport). W Polsce zaś, na rowerach jeżdżą tylko ci,
których warunki ekonomiczne nie pozwalają na zakup choćby starego malucha.
Podobnie z bieganiem po parku. Jak widać, nawet amerykańskie filmy, w których
przecież często pokazywane jest, jak dorośli poważni ludzie z własnej
nieprzymuszonej woli biegają w przepoconym podkoszulku parkowymi alejkami, nie
przekonują. Czemu u nas tego nie ma? Jak widać, jeszcze nie czas, chociaż
media, od których kreowanie takich czy innych wzorców zależy najbardziej, coraz
wyraźniej podążają w tym kierunku. Wiele jest jednak do zrobienia. Dlatego też
z uznaniem słucham głosów takich dziennikarskich autorytetów, jak choćby pana
Zdzisława Ambroziaka, czy Bohdana Tomaszewskiego, którzy to na każdym kroku
przypominają, że najważniejszy jest ten sport na dole. Amatorski, uprawiany dla
zdrowia, przyjemności i kształtowania charakteru. Jak widać, potencjał sportowy
Polska z racji swojej w