Gość: miki
IP: 2.3.STABLE* / 10.6.10.*
12.06.02, 11:50
RZ:Dlaczego przegraliśmy z Portugalią?
JERZY ENGEL: Zdecydowały błędy zawodników. Nie wykorzystaliśmy sytuacji, które
stworzyliśmy. Dopuściliśmy do sytuacji strzeleckich Portugalczyków, bo
przegrywaliśmy pojedynki jeden na jednego. Pod względem piłkarskim,
wydolnościowym i szybkościowym nawet chwilami przewyższaliśmy Portugalczyków.
Graliśmy ładniej w piłkę, ale oni mają kilku zawodników, którzy pokazali,
dlaczego ich cena na rynku jest tak wysoka.
Wystawienie trzech napastników było słuszne?
Co to za sztuka przegrać 0:2, grając defensywnie? Żeby marzyć choćby o remisie,
trzeba było atakować. Liczyłem, że zdobędziemy jedną - dwie bramki i może uda
nam się zniechęcić Portugalię. Trzeba dać zespołowi szansę, żeby mógł
zwyciężyć, i ja mu ją dałem. Ani Figo, ani Conceicao nie błysnęli. Ci, którzy
ich pilnowali, zagrali poprawnie. Co innego Pauleta. Udowodnił, że jest o wiele
lepszy od tych, którzy mieli na niego uważać. Było to chyba nasze najlepsze
spotkanie rozegrane po eliminacjach. Paradoksalnie, przegraliśmy je najwyżej.
Gdybym jutro grał z Portugalią, zrobiłbym to samo. Może wymieniłbym graczy,
którzy nie byli w stanie zatrzymać Paulety, ale taktyka byłaby taka sama.
Piłkarzy, którzy zawiedli w pierwszym meczu, wystawił pan również przeciwko
Portugalii. Jest pan cierpliwy...
Trzeba wiedzieć, kogo się ma. W pierwszym meczu straciliśmy Jacka Bąka, w
drugim bardzo szybko Kałużnego. To były nasze filary. Blok defensywny grał
przez całe eliminacje w takim właśnie zestawieniu, tylko Kłosa zamienił
Koźmiński. Hajto był objawieniem eliminacji, pokazywał się w lidze niemieckiej
i Lidze Mistrzów. Miałem powody, żeby przypuszczać, że razem z Wałdochem, który
nigdy nie schodzi poniżej solidnego poziomu, dadzą sobie radę. Michał Żewłakow
z Koźmińskim gwarantowali, że po bokach będą dorównywać Portugalczykom
szybkością, i tu się nie oszukaliśmy. Byłoby dziwne, gdybym w tak ważnym meczu
postawił na innych.
Dlaczego nie strzeliliśmy żadnego gola?
Nie spodziewałem się, że brak doświadczenia wpłynie na zawodników tak
deprymująco. Takich sytuacji, jakie mieli Krzynówek i Żurawski w meczu z Koreą,
Kryszałowicz, Krzynówek i Żewłakow z Portugalią, zwykle nie marnowali.
Atmosfera mistrzostw ich przybiła. Nie bywamy na największych imprezach i
dlatego na razie odstajemy od innych. Koreańczycy byli na czterech ostatnich
mistrzostwach świata. USA podobnie. Portugalczycy grają na wszystkich
mistrzostwach Europy. Bili nas doświadczeniem. U nich nie ma paniki,
paraliżującego stresu. U nas sparaliżowało najlepszych. Jeśli oni zawodzą, to
nie ma szans na wygranie meczu.
Olisadebe w dwóch meczach nie miał ani jednej sytuacji strzeleckiej...
On nie gra źle. Jest już dobrze znany i dlatego pilnowany. Gdy dostawał piłkę,
od razu zjawiało się trzech rywali. Więcej sytuacji mają Kryszałowicz, Żewłakow
i Żurawski, ale muszą je wykorzystywać. Nie możemy ciągle liczyć na jednego
zawodnika. Można trochę ponarzekać nawet na Dudka, który nie dodał nic ekstra.
Nie roztrząsałbym jednak kwestii postawy każdego zawodnika z osobna. Wszyscy
wiodący piłkarze nie wytrzymali presji, jaka na nich ciążyła. W eliminacjach
byliśmy monolitem. W finałach graliśmy naprawdę ładnie, stwarzaliśmy sytuacje,
mogły być bramki, długo utrzymywaliśmy się przy piłce, ale to nie była walka o
wygranie meczu za każdą cenę. Zabrakło determinacji.
Niektórym piłkarzom awans wystarczył do pełni szczęścia?
Wydaje się, że to był ich cel ostateczny. Nie zrobili kolejnego kroku do
przodu. Dlatego się cofnęliśmy. Ale nie trzeba budować zespołu od początku. Nie
będzie rewolucji, trzon zostanie. Trzeba szukać następców, którzy już w
eliminacjach do mistrzostw Europy będą w stanie podjąć walkę.
Pracował pan nad psychiką zawodników, ale oni śmiali się po cichu z wykładów o
patriotyzmie...
Ci zawodnicy w eliminacjach osiągnęli coś, co ukoronowało ich kariery, i na tym
skończyli. Szkoda, bo to najlepsi z najlepszych. Szkoda też, że tak długo
czekali, by znaleźć się na wielkiej imprezie. Gdyby byli o cztery lata młodsi,
byłaby szansa, żeby inaczej do tych mistrzostw podeszli. Pracowali solidnie na
zgrupowaniu w Niemczech, forma rosła, ale zadecydował brak wiary, że można
zrobić coś więcej, niż awansować. Po losowaniu wydawało się, że w grupie mamy
silną pozycję. Ale mentalnie zmieniliśmy się. Zabrakło werwy, witalności, walki
jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Teraz zawodnicy dbają bardziej o
siebie, dobro drużyny zeszło na dalszy plan. Im szybciej powstanie nowy,
scementowany zespół, tym szybciej awansujemy do kolejnej wielkiej imprezy,
mistrzostw Europy.
Czy po eliminacjach piłkarze zaczęli liczyć pieniądze? Piotr Świerczewski
dzwonił do jednego z dziennikarzy z pytaniem, czy rzeczywiście mogą zarobić pół
miliona dolarów na wywiadach...
Za sukcesem idą pieniądze. Taki jest świat. Zjawili się sponsorzy. Odrzucenie
tych propozycji byłoby hipokryzją. W pewnej chwili pojawiła się jednak grupa
ludzi, która nie miała nic wspólnego ze sportem ani nie myślała o przyszłości
zawodników. Piłkarze nie mają swoich menedżerów. Ja mam. Nie znam się na tym,
więc gdy odebrałem telefony z propozycją występu w reklamach,
powiedziałem: "Porozmawiajcie z moimi prawnikami. Gdy oni wyrażą zgodę, to ja
też się zgadzam". Występuję w reklamach Ery i McDonald'sa. Pierwsza firma jest
sponsorem PZPN, druga - mistrzostw świata. Piłkarze nie byli przygotowani na
sukces. Zaangażowali jednego menedżera, postanowili występować razem. Popełnili
błąd, a wszystko, co działo się później, było jego powieleniem. PZPN, ze
Zbigniewem Bońkiem na czele, musiał co chwilę gasić pożary. A to gazeta, a to
szklanki coca-coli, a to wywiad w "Playboyu", "Vivie". Cały czas toczyła się
walka, czy zawodnik może wystąpić w reklamie z orzełkiem, czy bez orzełka,
prywatnie, czy jako reprezentant. Zaczęły się niesnaski, a reprezentacja zeszła
na dalszy plan. U mnie mistrzostwa świata wywołały pozytywny, motywujący stres.
Myślałem, że z piłkarzami też tak będzie, że każdy da wszystko, co może. Także
dla sztabu szkoleniowego stanowiło to wyzwanie życiowe. Jednak gdzieś obok
toczyło się zupełnie inne życie, inny mecz. Piłkarze zaczęli też tracić miejsca
w klubach. Bardzo długo łataliśmy reprezentację przy pomocy tych, którzy na
chwilę błysnęli. Myśleliśmy, że urodzi się z tego coś pozytywnego. Teraz już
wiem, że się nie urodziło.
Piłkarze chcieli nawet skarżyć PZPN do sądu za to, że ich wizerunki zostały
wykorzystane przez jednego ze sponsorów...
Sprawę zamrożono, Zbigniew Boniek zgasił kolejny pożar. Swoją drogą, nie sądzę,
by po mistrzostwach szklanki cieszyły się takim zainteresowaniem wśród kibiców
jak przed.
Ma pan coś na usprawiedliwienie?
Trener, który przegrywa, nie może mieć nic na usprawiedliwienie. Porażka jest
porażką i tak to musi zostać. Należy tylko zadać sobie pytanie, czy stać nas
było na więcej. Może rzeczywiście sam awans stanowił apogeum możliwości tego
zespołu i ta drużyna nikogo nie oszukała, może byliśmy dużo słabsi od innych.
To nie przypadek, że przez ostatnich 16 lat nie istnieliśmy w piłce. Awans był
wielkim sukcesem i trzeba to dobrze wspominać. Mistrzostwa zweryfikowały siłę
polskiej piłki. Dla mnie nie ma nic bardziej przykrego niż widok szatni po
meczu z Portugalią - złowroga cisza, zawodnicy z ręcznikami na pochylonych
głowach. Z porażką każdy musi uporać się sam. Trzeba zweryfikować wszystko, co
myśleliśmy o polskim zespole. Jesteśmy na średnim pułapie, ponad który będzie
nam bardzo ciężko się wnieść. Musimy zbudować reprezentację, która wejdzie do
finałów mistrzostw Europy, a potem znów sprawdzić, gdzie jesteśmy. Nasza praca
szkoleniowa może dać efekty do pewnego momentu. Dalej niewiele da się zrobić.
Ale niedługo będzie kolejny mecz, kolejne eliminacje, inna reprezentacja.
Krytyki się pan nie