irnaya
01.02.09, 09:07
Piszę tutaj, bo potrzebuję... wsparcia? Żeby dowiedzieć się, że nie jestem jedyną, która ma takie "problemy"? Ot, po prostu, żeby się wygadać, a nie zanosi się na to, żebym w najbliższej przyszłości miała szansę zrobić to z kimś na żywo?
Forum czytam od jakiegoś czasu, ale nigdy się na nim nie wypowiadałam. Nawet pomierzyłam się jak należy, ale kartka z rezultatem leży głęboko w szufladzie, albowiem doszłam do wniosku, że moim piersiom nic nie pomoże, a wydawanie pieniędzy na stanik w rozmiarze, którego w życiu na oczy nie widziałam i o którego istnieniu nie wiedziałam przed lekturą Lobby to wyrzucanie ich w błoto.
Za każdym razem, kiedy widzę mój biust w lustrze, myślę to samo. Że "tego czegoś" nie wypada nawet nazywać biustem. Słowo "biust" emanuje wdziękiem kobiecości, ja zaś w wieku lat 22 posiadam cycki. Cycki zdeformowane, ciężkie i, za przeproszeniem, klapciate niczym psie uszy. Od lat nie myślę nawet, że są one specjalnie duże - one są po prostu długie. Obecnie noszę stanik 70E, który jakoś trzyma je w ryzach, ale zdaję sobie sprawę, że dobrze dopasowany to on nie jest - wszechobecne bułki i wolna przestrzeń pod mostkiem, w której mogę sobie zawartość portmonetki trzymać.
Ale, jak już wspominałam, nawet nie chce mi się odpowiedniego stanika szukać, bo tych moich cycków serdecznie nienawidzę. Obleśne, obrzydliwe cyce, tak o nich myślę. To przez nie nie mam co marzyć o przywdzianiu bluzki koszulowej w rozmiarze mniejszym niż 40, choć spodnie noszę 38, a że są luźnawe i bez paska ani rusz, to pewnie następnym razem powinnam przymierzyć 36. Tymczasem bluzki - L, XL, jakiś czas temu mierzyłam piękne koszule w H&M - w 42 wyglądałam jak w worku, a zapięcie na biuście i tak się rozłaziło. Myślałam, że sobie czymś krzywdę zrobię w tej przymierzalni.
Odkąd pamiętam, szczerze nienawidziłam tych moich cyców. Zaczęłam rozwijać się wcześnie i byłam chyba pierwszą biuściastą dziewczynką w klasie. A że cycki rosły szybko, to nikt nie dał rady mnie przegonić. Pamiętam, jak w podstawówce szłam korytarzem, ubrana w przylegający do ciała golf, i jakiś chłopak pokazał mnie palcem i krzyknął: "ale cycki!". Pamiętam, jak będąc w gimnazjum jechałam autobusem do szkoły i usłyszałam koleżankę ze szkoły, którą do tamtej pory uważałam za sympatyczną, rozmawiającą z kimś: "wiesz, u mnie na wuefie jest taka laska, co jak biegnie, to taaaaak jej te wieeeeelkie cycki lataaaaaają!". Pamiętam, jak na koloniach uciekałam i ukrywałam się przed zajęciami sportowymi, bo z przepięknej urody niebieskiego staniczka, jakim specjalnie na kolonie uszczęśliwiła mnie mama, moje piersi wylatywały górą i dołem po wykonaniu skłonu. Oczywiście, w pełni przekonana byłam, że tak ma być, stanik był dobry, to moje obrzydliwe ciało było błędem natury. Pamiętam, jak na koloniach i wycieczkach szkolnych spałam w staniku, bo wstydziłam się moich cycków dyndających luzem pod piżamą. Pamiętam, jak moja mama wzdychała "Boże, dziewczyno, znowu ci trzeba kupić stanik", jak z mieszaniną rezygnacji, zgorszenia i przerażenia dopytywała się pod przymierzalnią w bieliźniaku "co, ten też za mały?!" i szeptem pocieszała mnie "nie martw się, dorośniesz, zrobisz sobie operację, to nie jest znowu takie drogie".
Oczywiście, rozważałam to, ale chyba nie potrafiłabym się zdecydować. Po pierwsze, to przecież poważny zabieg w narkozie, który jest obciążeniem dla całego organizmu, a ja nie wyobrażam sobie poddania się tak poważnemu zabiegowi jeśli nie ma on na celu uratowania mojego zdrowia i życia, tym bardziej, że mam słabe serce - a przecież cycki nie przysparzają mi dolegliwości zdrowotnych. Po drugie, mam wrażenie, że mojemu ciału i tak nic nie pomoże, więc to strata wysiłku i pieniędzy... Po trzecie, byłby to dla mnie wyraz próżności i zapatrzenia w siebie - bo jakim prawem ja zamartwiam się nieforemnymi cyckami, skoro dookoła są ludzie z prawdziwymi problemami? Powinnam być wdzięczna za to, że mam zdrowe nogi, ręce, oczy, że mogę chodzić, biegać, uczyć się...
Ale jednak nienawidzę swojego ciała. Mam wrażenie, że mam najpaskudniejsze cycki na świecie, a przynajmniej wyjątkowo paskudne jak na kobietę w moim wieku. Wstydzę się rozbierać we wspólnej przebieralni na basenie. Wstydzę się nawet pójść do, podobno dobrego i z szerokim asortymentem, bieliźniaka w okolicy, bo a nuż okaże się, że jestem jakimś wyjątkowo obleśnym wybrykiem natury. Zresztą pewnie i tak nic mi nie pomoże. Wstydzę się te moje cycki pokazać komukolwiek, bo są długie, wiszące i z bliznami - bo czasami tak bardzo się nienawidzę, że się kaleczę...
Teraz mam wrażenie, że jestem idiotką, że piszę takie rzeczy, przecież ja nie mam w gruncie rzeczy żadnych problemów, jestem po prostu próżna i sobie te problemy wymyślam... Proszę, napiszcie, czy Wy też miałyście takie myśli, czy ja jestem sama? Za każdym razem, kiedy patrzę w lustro, mam wrażenie, że mi już nie pomoże...