Dodaj do ulubionych

a tera sie przejdymy po Chorzowie z..........

02.07.05, 10:06
Spacer z aktorem Jerzym Cnotą po Chorzowie
miasta.gazeta.pl/katowice/1,35065,2798652.html
Marta Płoskońska (tekst), Bartosz Wrześniowski (zdjęcia) 01-07-2005 ,
ostatnia aktualizacja 01-07-2005 10:05

Bo w tym familoku, kaj za bajtla jo lotoł po bosoku, tam był mój plac, kąt,
tam trefia zo wi zo - śpiewał Jerzy Cnota, spacerując po podwórku przy ul.
Karłowicza, gdzie spędził dzieciństwo. Po latach tułania się po różnych
częściach Polski wrócił do ukochanego Chorzowa Batorego. Tam też wspominał
dawne dzieje.

Dom przy ul. Karłowicza.

Urodziłem się w Jastrzębiu Zdroju, ale wychowałem w Chorzowie. Moja rodzina
wprowadziła się do domu przy ul. Karłowicza. W pobliżu były same beamtbloki,
czyli kamienice, w których mieszkali urzędnicy. Do dziś ostały się chlewiki,
gdzie ludzie trzymali kury i króliki. Na podwórku stał hasiok i bunkier, przy
którym uwielbiałem się bawić. Razem z kolegami toczyliśmy tu roztomajte bitwy.
Strzelaliśmy z karbidu i z klucza. - Bo w tym familoku, kaj za bajtla jo lotoł
po bosoku, tam był mój plac, kąt, tam trefia zo wi zo - podśpiewuje artysta.



III LO im. Stefana Batorego

Tu chodziłem do podstawówki i liceum. Tutaj też po raz pierwszy występowałem
przed publicznością podczas szkolnych akademii. Robiono je na zakończenie roku
szkolnego albo z okazji jakiegoś święta Bieruta. Mieliśmy wspaniałych, ale
surowych nauczycieli. To była przedwojenna kadra. Dzięki nim prawie wszyscy
dostawali się na studia! Jak coś się przeskrobało, to za karę stało się w
kącie albo nauczyciel lał linijką po rękach. Ze względu na mój nikły wzrost
siedziałem w pierwszej ławce. Nie lubiłem matematyki, bo nie mam głowy do
przedmiotów ścisłych. Pamiętam, że profesor z historii odpytywał po numerach z
dziennika. Wybierał do tablicy: 1, 11, 21, 31 i 41 albo 3, 13, 23, 33, 43.
Nikt nie uszedł bez pytania. Kiedy byłem w V klasie, znalazłem łyżwy
holenderki. Nie mogłem dopasować śruby do nich, więc z kolegą do spółki
wykręciliśmy je ze szkolnych krzeseł. Pech chciał, że przyłapano nas przy
rozkręcaniu trzeciego. Dyrektor przez megafon ogłosił całej szkole, że nasza
dwójka zdemolowała kilka krzeseł. Wieść nie dotarłaby do ojca, ale do tej
samej szkoły chodziła moja starsza siostra, która kiedyś w złości doniosła o
tym tacie. Ten to się zezłościł i pokazał mi siekierkę, bo to przecież była
kradzież.



U Bartoszka

W tym miejscu życie sportowe tętniło pełną gębą. Teraz ostały się tylko
odrapane ściany. Pewnie niebawem wybudują tu jakiś supermarket. Właścicielem
kamienicy był Bartoszek, stąd nazwa. Młodzież trenowała na sali siatkówkę,
koszykówkę, tenis stołowy. Ja przez jakiś czas boksowałem. Ojciec prowadził
sekcję narciarską. W kochłowickim lesie postawił 30-metrową skocznię. Jeszcze
jak byłem w VIII klasie, to na niej skakali. Tata był nawet w reprezentacji
Polski na olimpiadzie, która miała się odbyć w 1940 roku w Norwegii, ale
wybuchła wojna i igrzyska zostały odwołane. Świetnie jeździł na rowerze.
Zresztą w czym on nie był dobry. Dawnej to dzieciaki miały czym się zająć. Nie
to co dzisiaj.



Stadion Ruchu Chorzów

Zacząłem tu przychodzić w 1949 roku, kiedy przeprowadziliśmy się do Chorzowa.
Już wtedy stał ten stary zegar. Grałem w młodzikach. Może miałem wtedy 10-12
lat. Moja pozycja to atak prawe skrzydło. Tylko że byłem mało pakowny i
kariery piłkarza nie zrobiłem. Trenowałem głównie na placu. Wtedy podwórek
było ze 30. Urządzaliśmy rozgrywki między placami.

W soboty na stadion ściągały dziesiątki tysięcy ludzi. Bajtle stały pod
stadionem i wołały: Weźcie mnie, weźcie mnie! Chciały wejść bez biletu.
Dawniej to były mecze. Grały sławy, przed którymi kłaniały się całe Hajduki.
Teraz to nie ma po co tu przychodzić. Panny na mistrzostwach świata lepiej od
tych "niebieskich" grają.



Huta Batory

Po maturze chciałem iść na studia. Ojciec powiedział, że jak chcę się dalej
uczyć, to muszę sobie na to zapracować. Było nas w domu czworo. Miałem trzy
siostry - jedną starszą i dwie młodsze. Nie było lekko. Poszedłem na półtora
roku do roboty na hucie. Zarobione pieniądze sumiennie odkładałem i starczyło
mi przez pierwsze dwa lata na akademik, książki i jedzenie. Potem utrzymywałem
się ze stypendium. Studiowałem na Uniwersytecie Jagiellońskim. W 1956 roku
teatry studenckie zaczęły wystawiać pierwsze awangardowe sztuki Becketta i
Ionescu. To były imperialistyczne sztuki - tak o nich wtedy mówiono. Szybko
się zaaklimatyzowałem. W Krakowie to było życie, ale to już inna historia,
które powiodła mnie do teatru, na plan filmowy i do Warszawy... aż po wielu
latach wróciłem do Chorzowa.
Obserwuj wątek
Inne wątki na temat:

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka