palec1
31.01.06, 23:42
Niezwykła historia Leszka Zacha, który chcąc pomóc ofiarom katastrofy,
uratował swoje życie
Judyta Watoła 31-01-2006 , ostatnia aktualizacja 31-01-2006 21:28
Leszek Zach przyszedł ze swoim szkolonym psem, by pomóc w szukaniu ofiar. Gdy
zobaczył miejsce katastrofy, dosłownie stanęło mu serce. Obecni na miejscu
lekarze od razu zaczęli reanimację. Kilka godzin później miał już wszczepione
by-passy. Gdyby nie szedł pomagać, już by nie żył.
Odwiedzamy Zacha w szpitalu. Jest jeszcze słaby, ale lekarze zapewniają, że
szybko wraca do sił. Uśmiecha się na powitanie: - Jestem jeszcze cały
skołowaciały od tej operacji, ale że miałem szczęście, to wiem.
Ma 57 lat, mieszka z rodziną w Chorzowie. Kiedyś pracował jako policjant.
Teraz jest na rencie. Z sercem nie miał większych kłopotów. - Taka tam
arytmia, ale lekarze nigdy nie mówili, że to coś poważnego - mówi.
Kiedy coś się dzieje, zawsze pomaga. Dlatego kiedy usłyszał o katastrofie na
terenie Międzynarodowych Targów Katowickich, też poszedł. W niedzielę,
wczesnym rankiem, stawił się na miejscu ze swoim wilczurem Haganem. -
Wyszkoliłem psa na ratownika, był przygotowany, więc pomyślałem, że może się
tam jeszcze przyda - tłumaczy.
Widok zawalonej hali, w której zginęło ponad 60 osób, zrobił na nim
przerażające wrażenie. Dalej już nic nie pamięta, bo stracił przytomność.
- Dostał ciężkiego niedokrwienia. Do zawału nie doszło, ale serce migotało i
niemal przestawało bić. Na szczęście na miejscu było wielu lekarzy. Zespół
jednej z karetek natychmiast przystąpił do reanimacji i przywiózł go do
naszego ośrodka - mówi prof. Stanisław Woś, kierownik II Kliniki
Kardiochirurgii w Górnośląskim Centrum Medycznym w Katowicach.
Po badaniach okazało się, że Zach ma krytyczne zwężenie najważniejszej
tętnicy zaopatrującej w krew mięsień serca. Dwie godziny później leżał już na
stole operacyjnym. Kardiochirurdzy założyli mu aż cztery by-passy.
- Może serce nawaliło z powodu chłodu i emocji po ujrzeniu rozmiarów
tragedii, ale tak naprawdę to mogło stanąć w każdej chwili. Gdyby to było na
spacerze z psem po parku albo na ulicy czy nawet w domu, ten człowiek już by
pewnie nie żył, bo w takich chwilach decydują minuty. Na szczęście na miejscu
byli lekarze gotowi do akcji. Myślę, że opatrzność go nagrodziła za to, że
chciał pomagać innym - mówi prof. Woś.
- Niebiosa wstawiły się za mną?! Ale przecież ja nie zdążyłem tam nic pomóc -
dziwi się Zach.
miasta.gazeta.pl/katowice/1,35019,3140932.html