wilhelm4
08.02.06, 18:52
Hieny okradły ofiary tragedii w Katowicach
Dariusz Brzostek 08-02-2006, ostatnia aktualizacja 08-02-2006 10:40
Aż nie chce się w to wierzyć. Gdy ratownicy, strażacy i policjanci dzielnie
pomagali ofiarom katastrofy w Katowicach, znalazła się hiena, która okradała
rannych a nawet zabitych. Dotarliśmy do czterech ocalonych, którzy opowiadają
nam, że ktoś okradł ich rzeczy z pieniędzy. To, co od nich słyszmy, rzuca
cień na osoby, które z hali wynosiły rzeczy ofiar i przewoziły do komendy
policji w Chorzowie.
Relacja naszych świadków wydaje się bardzo wiarygodna - podają wiele
szczegółów, trudno ich posądzić, że sobie wszystko wymyślili, aby dorobić się
na tragedii.
W tym świetle niezrozumiałe jest zachowanie samych policjantów - wszyscy nasi
rozmówcy opowiadają, że zostali potraktowani przez funkcjonariuszy w
skandaliczny sposób. Gdy pod koniec ubiegłego tygodnia "Nowy Dzień"
zainteresował się tą sprawą - policjanci zaczęli poważniej traktować
poszkodowanych. - To dla nas sprawa honorowa. Nie spoczniemy póki nie
zatrzymamy tej hieny - zapewnił nas wczoraj komendant policji w Chorzowie
Michał Terlega.
Według szacunków hodowców gołębi i handlowców, którzy mieli stoiska w hali -
w chwili zawalenia się dachu utarg na wszystkich 130 stoiskach mógł wynosić
ok. 2 mln zł. Już w pierwszych dniach po tragedii na komendę w Chorzowie
zaczęły trafiać rzeczy odnalezione w rumowisku. Jeśli coś nie zostało
rozgniecione podczas zawalenia się dachu, to powinno się odnaleźć. I tak
jest, tyle że w tych zwykle nawet nie draśniętych walizach czy ubraniach
często brakuje pieniędzy. Zwłaszcza jeśli była to większa gotówka. To może
wskazywać na to, że złodziej miał czas, aby dokładnie przeszukać rzeczy.
KTO NAS OKRADŁ?
Alina Czapracka z Bolewic pod Poznaniem.
Uratowana, ale w katastrofie zginął jej mąż. Kobieta bierze silne zastrzyki
uspokajające, nie może dojść do siebie. Ale jedna myśl nie daje jej spokoju.
- Ktoś musiał okraść męża, gdy leżał pod gruzami. Nie mogę o tym zapomnieć.
Dzieci też ciągle powtarzają, że gdy tato umierał, ktoś grzebał mu po
kieszeniach i okradł go. Jestem pewna, że w chwili tragedii mąż miał przy
sobie około 1,5 tys. zł. Gdy wyjeżdżał, dałam mu tysiąc. Na targach sprzedał
kilka gołąbków. Na godzinę przez tragedią mówił mi, że kupił tylko plastikowe
pojemniki dla ptaków za 30 zł. Resztę pieniędzy musiał mieć przy sobie. Mąż
zawsze nosił grubsze pieniądze w tylnej kieszeni spodni. Nie było tam ani
grosza. Również w portfelu. Nie potrafię sobie wyobrazić, kto mógłby być taką
hieną i przeszukać zmarłego, żeby zabrać mu pieniądze.
Joanna Trzaska z Prudnika
W hali sprzedawała zegary do pomiaru czasu lotu gołębi (w chwili zawalenia
się dachu była w toalecie).
- Policjanci zadzwonili, że torebkę i walizkę mogę odebrać w chorzowskiej
komendzie. Policjantka opisała przy niej wszystkie rzeczy z torebki oraz
nominały banknotów - w sumie 1,5 tys. zł. Brakowało 3,5 tysiąca. Doskonale
pamiętam, że na godzinę przed zawaleniem się dachu przeliczyłam utarg. W
torebce było pięć tysięcy. Gdy wspomniałam o tym policjantom, nikt nie chciał
ze mną rozmawiać. Poprosiłam, aby to zaprotokołowali. Odmówili. I zakpili, że
powinnam się cieszyć, że żyję. Później usłyszałam, że chandryczę się o marne
3,5 tys., podczas gdy "zgłaszają się do nich ludzie, którzy mieli przy sobie
po 35 tys. zł i tym muszą się zająć".
Mojemu koledze, Waldemarowi Paykowi z Niemiec policjanci oddali walizkę, w
której brakowało fotograficznego aparatu cyfrowego. Z tego wniosek, że ktoś
dokładnie przebierał te rzeczy. Nie zostawię tak tego. Wynajęłam prawnika,
jego policja nie zlekceważy.
Jolanta Czekalska z Połupina k. Krosna Odrzańskiego
Sprzedawała pokarm dla ptaków jako generalny przedstawiciel na Polskę
belgijskiej firmy Bricon (została ranna, wciąż jest pod opieką lekarzy).
Miała bardzo duży utarg - z dwóch dni uzbierało się 200 tys. zł i prawie 6
tys. euro.
- Gdy poszłam do policyjnego depozytu po rzeczy, w kolejce przede mną była
jakaś kobieta. Odbierała saszetkę. Były dokumenty, portfel, ale brakowało
pieniędzy. Byłam zszokowana, gdy usłyszałam skargi kobiety. Ale po chwili
spotkało mnie to samo - w moich rzeczach również nie było pieniędzy. Jednak
policjanci nie chcieli o tym dyskutować, tylko mnie zbywali. To niemożliwe,
aby się odnajdywało wszystko poza pieniędzmi. Przecież policjanci otoczyli
cały teren. Teraz wszyscy udają, że to ich nie dotyczy lub nie widzą
problemu. Gdy tylko dojdę do zdrowia, wynajmę prawnika, aby to wszystko
wyjaśnił.
Andrzej Marko z Pruszcza Gdańskiego
Sprzedawał pokarm dla ptaków. - Jakiś policjant zadzwonił do mnie i w
obcesowy sposób powiedział, abym przyjechał po swoje rzeczy, jeśli mi na nich
zależy. Odzyskałem tylko torbę, ale nie marynarkę i kurtkę, w których było
2,1 tys. zł i 200 funtów. Dobrze pamiętam, że w chwili tragedii te rzeczy
leżały razem. Policjant nie chciał jednak mi tego wytłumaczyć, w lekceważący
sposób wcisnął mi do rąk torbę i odprowadził do drzwi.
Nie ja jeden zostałem okradziony. Na 15 min przez zawaleniem dachu
wymieniałem mojemu przyjacielowi Grzegorzowi Ogórkowi z sąsiedniego stoiska
funty na złotówki. Miał przy sobie 970 zł i 200 funtów. Kilkanaście minut
później zginął przygnieciony ciężarem. Jego rodzice, gdy odbierali ciało,
powiedzieli mi, że w ubraniu było tylko 50 funtów i 80 zł. Ktoś okradł trupa
z pieniędzy.
CO NA TO POLICJA?
- Dotychczas złożono trzy zawiadomienia. W pierwszym przypadku zginęło 500-
700 zł. W drugim nie było 5 tys. Trzeciemu poszkodowanemu brakuje 4 tys. zł i
złotej bransolety - informuje podinspektor Jarosław Piskorz z komendy w
Chorzowie.
- To dla nas sprawa honorowa. Nie spoczniemy, póki zatrzymamy tej hieny.
Proszę wszystkich pokrzywdzonych, aby się do nas zgłaszali. Wysłucham ich
osobiście - dodaje szef chorzowskiej policji komendant Michał Terlega.
wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,3152756.html