amoremio
10.02.06, 21:00
Uroki i brudy internetowej spluwaczki
Kazimierz Kutz 09-02-2006 , ostatnia aktualizacja 09-02-2006 22:01
Spluwaczka, jaka by nie była i do czego nie miałaby służyć, jest urządzeniem
pożytecznym. Przynosi człowiekowi ulgę nie tylko fizyczną, ale i psychiczną.
Zapewnia lepsze samopoczucie, zmniejsza złość, sprzyja samozadowoleniu. I ma
w sobie perwersyjny magnetyzm, zwłaszcza kiedy staje się workiem treningowym
na znienawidzonym bliźnim.
Na pierwszą spluwaczkę natknąłem się jeszcze przed wojną w gabinecie
dentystycznym przy okazji wyrwania zęba, gdzieś w sąsiedztwie szopienickiego
kościoła ewangelickiego. Było to okrągłe, białe naczynie emaliowane, z
otworem w środku. Tkwiło w rogu poczekalni przy drzwiach. W latach
późniejszych, gdy natykałem się na spluwaczkę, nie miałem odwagi z niej
skorzystać. Ze strachu, że nie uda mi się plwociną trafić w otwór.
Podejrzewam, że z tych samych powodów nigdy nie odwiedziłem domu publicznego,
który też jest swoistą "spluwaczką".
Owszem, zwiedzałem uliczkę burdeli z paniami na wystawach w Hamburgu na St.
Paulistrasse, a także sztuczną uliczkę w garażach, i do dziś pamiętam
wielkiej urody słowiańskie dziewczę pod latarnią. Ale podobnie jak nie mogłem
się przemóc, by splunąć w emaliowane naczynie, tak nie udało mi się
przekroczyć progu zamtuza. Z jednym wyjątkiem. Kiedyś w Kopenhadze, we
wczesnych latach 60., byłem w filmowej delegacji państwowej. Wespół z
Munkiem, Lenicą i Kawalerowiczem zwiedzaliśmy - w samo południe! - luksusowy
dom publiczny, budząc popłoch wśród niedospanych dziewcząt. Zwiedzanie
zorganizowano na nasze życzenie, co u gospodarzy - jak pamiętam - wzbudziło
respekt dla artystów zza "żelaznej kurtyny".
Zaskoczenie było spore, bo obiekt architektonicznie był piękny: z wysokim
gotyckim sklepieniem i kolorowymi witrażami w strzelistych oknach. Robił
wrażenie czcigodnej budowli sakralnej, choć był jeno domem zbytków. Dziś
wiem, że musiało to być gniazdko dla tamtejszych stołecznych VIP-ów.
Internet - ring zemsty
Jest wiele pożytecznych instytucji o charakterze publicznym, które spełniają
role "spluwaczek", choćby te zajmujące się ludzkimi nieszczęściami czy
ingerujące w sfery świata przestępczego, ubezpieczalnie od wypadków, a nawet
konfesjonały. Ale nikt, nawet w najbardziej proroczych snach, nie przewidział
narodzin globalnej megaspluwaczki, jaką stał się internet. To dopiero
spluwaczka! Bo internet, przy wszystkich swoich zaletach i przydatności,
służy także do rozładowania kompleksów i nienawiści do innych - z reguły
wobec tych, którym się udało i mają możliwość głoszenia swoich poglądów
publicznie. Internet stał się rajem dla pieniaczy, choleryków, ideologicznych
fanatyków, religijnych dewiantów, dla zdesperowanych ignorantów. I ringiem
zemsty. Tu każdy może dowolnie nokautować swoich wrogów pod byle jakim
pseudonimem.
Często wchodzę w internetowy magiel (magiel to klasyczna "spluwaczka")
katowickiej "Gazety Wyborczej", by śledzić reperkusje na teksty o tematyce
śląskiej, a także zapoznawać się z opiniami na poruszane problemy w
felietonach. Także w felietonach Michała Smolorza, bo działamy na dwóch
piętrach tej samej budowli. Są to zaiste doznania szczególne i oczywiście
wielorakie. Często budzą podziw dla inteligencji i wrażliwości ich autorów;
można się od nich dowiedzieć o wielu ciekawych sprawach i wiele się nauczyć.
Ale jest i strona druga. W tej gorszej, bardzo obfitej, zdumiewa przede
wszystkim stężenie jadowitych plwocin. Ich autorzy korzystają z przywileju
anonimowości i - jak to się mówi - "naciskają gaz do dechy". Ujawniają często
chorobliwą nienawiść do Ślązaków i ich spraw, a także do autorów felietonów,
którzy o nich piszą. Myślę, że gdyby tylko zliczyć najgorsze życzenia,
łącznie z nagłą śmiercią, i nimi się przejmować, trzeba by siwieć kilka razy
w miesiącu, zaprzestać pisania albo najlepiej wyjechać w ciepłe kraje.
Tęsknota za porządnym zamtuzem
W większości przypadków mamy jednak do czynienia z ludzką nieopatrznością. Ci
internautowi krzykacze i zawistnicy przeważnie nie potrafią porządnie
przeczytać felietonu, literacko słabo kojarzą. Szukają pretekstu dla swoich
fobii i okazji, by opluć felietonistę. A także umieścić swoje dwa grosze w
internecie i zaistnieć choć na chwilę. Wypominają mi wiek, oderwanie od
rzeczywistości, kretynienie i co im tylko przyjdzie do głowy. Ostatnio jeden
taki wyraził zadowolenie, że nie robię już filmów o Śląsku i nareszcie
przestałem przedstawiać Ślązaków jako imbecyli chowających pieniądze w
lodówce (!!!). Są tacy, co mniemają, że byłem już we wszystkich możliwych
partiach politycznych, że jestem cwanym karierowiczem, kryptokomunistą,
śląskim separatystą, notorycznym obrazoburcą, zawołanym bezbożnikiem i
cynikiem. Są i tacy, co sądzą, że ktoś mi w pisaniu pomaga albo pisze je ktoś
inny (każdy zdolniejszy goj musi mieć swojego Żyda w szafie!). Oczywiście,
gdyby pisało się o niczym, gdyby nie dotykało się spraw drażliwych, i
gryzmoliło bezosobowo, odzew byłby prawdopodobnie zerowy. Ale czy wtedy warto
by tracić czas na jałowe bazgroły?
Internet stał się "spluwaczką" globalną, czyli wszechświatową, imponująco
bezobcesową, agresywną, a nawet chamską; obnaża często gorsze instynkty
ludzkie, daje im upust, a tym samym działa terapeutycznie. Może koi
frustracje i leczy psychiczne rany wielu nieudaczników? Ale sprzyja
kontaktowaniu się ludzi. Innymi słowy - "spluwaczka" globalna jest
pożyteczna, bo humanitarna.
Ale gdzieś na dnie pamięci przy rozważaniach nad "spluwaczkami" (zwłaszcza
tej internetowej) łza kręci się w oku, a w jej starych zwojach kluje się
tęsknota za kopenhaską świątynią rozpusty.
miasta.gazeta.pl/katowice/1,35068,3156770.html