smiyszny incydent (w smutnej tragedii)

08.12.06, 03:20

Świadek z "Halemby" zostanie ponownie przesłuchany, bo nikt go nie zrozumiał

06.12.2006


Górników z "Halemby" i firmy zewnętrznej MARD przesłuchują najlepsi
specjaliści z wydziałów kryminalnego i zwalczania przestępczości gospodarczej
w komendzie wojewódzkiej. Tyle, że na nic nie zdadzą się najlepsze
kwalifikacje, jeśli policjant nie zna śląskiej gwary i kopalnianego żargonu.

Do DZ zadzwonił pracownik MARD-u. Był bardzo zdenerwowany. Płakał ze złości.
Opowiedział nam, że był przesłuchiwany przez jednego z policjantów. - On nie
zrozumiał. Nic a nic. Jest specjalista potrzebny. Żeby wysłuchał. Ja dużo
wiem - rozpaczał górnik.

Poinformowaliśmy o tym prok. Michała Szułczyńskiego z Prokuratury Okręgowej w
Gliwicach, która prowadzi śledztwo w sprawie tragedii w kopalni. - Nie ma
problemu, przesłuchamy tego pana jeszcze raz - obiecał. I dotrzymał słowa.
Pracownik MARD-u ponownie będzie zeznawał już w piątek.

Dlaczego jednak do przesłuchań górników komenda wyznaczyła osoby, które
niekoniecznie potrafią się z nimi porozumieć? - To pierwszy sygnał o takich
problemach. Policjanci pracujący przy tej sprawie są doświadczeni.
Oczywiście, że nie są specjalistami od górnictwa, ale korzystają z pomocy
niezależnych ekspertów - wyjaśnia podinsp. Andrzej Gąska, rzecznik śląskiego
garnizonu.

Tymczasem górnik z MARD-u, który poprosił nas o pomoc, twierdzi, że
przesłuchujący go, nie potrafił nawiązać z nim kontaktu i bezradnie rozkładał
ręce. - Jo się aż rozryczoł ze złości - irytował się górnik.

Opowiedział nam, że we wtorek 21 listopada był na likwidowanym odcinku.
Wyciągał elementy ze ściany. Pracował jednak w bardziej bezpiecznej części.
Na jego zmianie, tak około 11.00-11.30 cztery razy wybijało dopływ prądu. -
Metanu było z 5 proc. - relacjonował. Twierdził, że kiedy wyciągał elementy
czuł z boku dmuchanie, co oznaczało, że rurociąg prowadzący czyste powietrze
był podziurawiony. Po co? By oszukać czujniki metanu. Opowiedział nam też o
tym, co jego zdaniem spowodowało wybuch. Zauważył ogromne nieprawidłowości i
poinformował o nich swoich dwóch przełożonych z MARD-u. Nie zareagowali.
Kazali mu pracować dalej. Wykonał polecenie. Kilka godzin później doszło do
wybuchu.


katowice.naszemiasto.pl/wydarzenia/675233.html

Pełna wersja