Dodaj do ulubionych

Sloneczne pozdrowienia z Jalty.....dla FB.........

30.07.04, 18:41
tak, wlasnie tutaj dotarl soter i pisze ta pocztowke...
w tym miescie dorwalem internet bo w Bakczysaraju jego predkosc to 33kb
na sekunde...
przepieknie tutaj gdzie gory i moze...
wiecej napisze po powrocie

serdecznie wszystkich pozdrawiam
Obserwuj wątek
      • toja50 Re: Sloneczne pozdrowienia z Jalty.....dla FB.... 01.08.04, 20:45
        Szkoda Soter, ze nie pogadales przed wyjazdem z moim domowym, On juz tam
        wszedzie byl i teraz tez wybiera sie na Krym. Pozdrawiam rowniez kolege.
        Trzymajcie sie zdrowo i patrzajcie wszedzie, jest na co i zostanie na dlugo!
        /Ciekawe jak zniesliscie wielogodzinna podroz w wiadomym pociagu z fajnym WC/
        • soter_mlodszy Re: Sloneczne pozdrowienia z Jalty.....dla FB.... 12.08.04, 14:30
          toja50 napisała:

          > /Ciekawe jak zniesliscie wielogodzinna podroz w wiadomym pociagu z fajnym WC/

          było nieziemsko!;-)...
          chyba, aby wytrawać trzeba być z lekka nie trzeźwym, wc rzeczywiście gorsze od
          naszych rodzimych będących w pociągach!

          z powrotem na trasie Symferopol-Lwów podróż trwała 26 godzin, atmosfera
          rodzina, na stacjach przeróżni handlarze,

          i te suszone ryby popijane krymskim winem...!;-)

          więcej jak się otrzosną z podróży

          wracaliśmy do kraju od poniedziałku do dzisiaj

          serdecznie
            • soter_mlodszy Sama podróż i środki lokomocji.................... 12.08.04, 23:15
              Wyjazd w czwartek godzina 17.34 z Brodnicy w kierunku Przemyśla. W Przemyślu
              jesteśmy rano, obok dworca PKP jest dworzec PKS, kupujemy bilety do Lwowa cena
              15PLN. Na granicy czekamy w koejce 3 godziny, kierowca mówi, że to norma, iż
              formalności musi stać się zadość, muszą Ciebie wklepać do komputerowej bazy
              danych. Co wiedzący mówią, iż wpisują do specjalnej księgi-ołówkiem!;-)
              Na granicy w kierowca rozdaje dwu-częciowy formularz emigracyjny do
              wypełnienia, którego część oderwą za pierwszym razem, natomiast drugą przy
              powracaniu do kraju. Na granicy nic nie przeszukują, choć autobus rumuński był
              przeiwtrzony. Auta, przekraczające granicę szybciej opuszczają portal celny.
              Pada deszcz. Kolejne dwie godziny jazdy do Lwowa. Miasto brudne, jakby jakaś
              zawierucha przeszła, kupa śmieci, pierwsze żebrające staruszki i naciągacze
              autobusowi (o nich zaraz powiem). Wysiadamy na jakiś pierwszolepszym dworcu
              autobusowym. Trzeba dostać się do dworca PKP. Szukamy tramwaju, numeru z
              przewodnika-nie ma tutaj!. Napotkany człowiek oferuje nam podwózkę za 10H od
              głowy. Cena jednej hrywny w kantorze Przemyskim 0,77PLN. Zapytany milicjant
              wskazuje na mini-bus "marszrutkę" za 1H od osoby. Dojeżdzamy do centrum, z
              oddali wyłania się budynek dworca. Przepiękny budynek. Kolosalna budowla
              marmurowa, pełna komputeryzacja. Wchodzimy w dworzec, a tam tłum. Biletów do
              Symferopola niema!;-(...Gdybysmy, dzisiaj poczekali trochę, może by były.
              Zapytacie dlaczego? Otóż czasem się pojawiają, ktoś oddaje! Tak działa system.
              Bilety są imienne. Nagle pojawia się polak, oferuje bilety do Odessy, nie może
              jechać, dziecko przychorzało. Idziemy do prowadzącego pociąg. Za chiny ludowe
              nie chce tego zrobić. Wyglądał na kac głodowy, który istniał u niego, a
              niezwalczony powodował znerwienie. Cóż, kupujemy bilet, bo takowy jest do
              Dniepropietrowska. Oczywiście jedzie całą noc, wypożyczmy pościel, kupujemy
              napoje na stacjach do przykolejowych przekupek. Aby sprostać na warunki
              sanitarne WC trzeba mieć stalowe nerwy, albo być z lekka nietrzeźwym!;-)
              W Dnie...jesteśmy rano, kupujemy bilety do Symferopola. Kasjerka, wydrukowała
              dwa te same bilety, winą obarczyła Nas, co kosztowało Nas 15H. Taki system.
              Znów podróż nocna. W Symfer...jesteśmy rano o 6. Wybieramy elektryczkę do
              BAkczysaraju, Najtańsza opcja 2H. Ale za to jedzie jak żółw!;-) Można dojechać
              tam również marszrutką, ale to zgoła zależy od odległości i średnio 3-4 raza
              droższe. Taksówki jeszcze bardziej. Kierowcy tych pojazdów są nachalni,
              podchodzą zmuszają, trzeba się opędzać. Na dworcach ludzi moc. W Bakczysaraju
              jesteśmy w niedzielę koło 15. Ludzie oferujący kwatery już oczekują przyjazdu
              elektryczki. Dostajemy nocleg za 2$ na dzień w pokoju pewnej emerytowanej
              pracownicy poczty. Prysznic na zewnątrz, dziura na WC tyż;-)))


              cdn...


              • soter_mlodszy Ceny.............................................. 12.08.04, 23:34
                1H licząc średnio od 0,71-0,75

                bilet Symferopol-Lwów niecałe 40H
                kilogram arbuza 1,5H
                mydło 0,8H
                chleb w zależności od maści od 1H do 1,5H
                Szarma = byłka z sosyską 2,5H
                gazeta sportowa 1,5H
                spodnie od dresów do 10H
                piwo od 1,5 do 3H słabsze niż u nas do 4,5 zawartości alkoh.
                wino na rozlew, czyli do plastikowej butli, gatunek Portwein, smakiem podobny
                do niezłego koniaka 7H za litr
                wjazd na górę Aj-Petri marszrutką 12H, wyciągiem 25H
                minuta rozmowy z Polską od godziny 18 koło 2,4H (niekupować kart tele!)
                wstępy do muzeów od 10H do 20H
                skorzystanie z prysznica w hotelu 3,2H
                opłata klimatyczna w Kerczu 5H
                noc w wynajętym mieszkaniu w Jałcie od 10$
                noc w hotelu Kercz 5$
                cena płyty CD od 15H do 17H
                widokówka 0,5H
                znaczek do Polski 2,61H
                datek dla żebraka - dowolna wielkość
                suszona rybka maleńka 1,5H
                pomidory za kilo 3H - 4H


                dwa skandale!

                opłata za przejście granicznę Ukraina-Polska 1H, klimatyczna opłata za
                przebywanie w strefie Lwowskiej!
                niestanie w 3 godzinnej kolejce na przejściu 20H


                serdecznie
                • soter_mlodszy Pomniki Lenina a warunki bytowe................... 13.08.04, 12:44
                  W każdym mieście stoi na placu pomnik Lenina, są to ogromne rzeźby.
                  Ludzie jeszcze w niego wierzą, i chcą jego powrotu, mówią:
                  "nie było by tej biedy!"
                  Mimo, iż Kuczma to też dobry człowiek, tak stwierdziła pewna starsza dama w
                  pociągu!
                  Nie wiem jak tam z płacą w firmach czy zakładach pracy, ale rencina wynosi
                  180H !!! (dla mnie skandal), dlatego też starsi ludzie uciekają się do
                  żebractwa, grzebania po śmietnikach i szukaniu jedzenia i butelek.
                  Danie datku, jest dla nich cudem całują banknot i mają łzy w oczach.
                  Co zaradniejsi i żyłką ekonomiczną, wynajmują kwatery dla turystów, a jest ich
                  z roku na rok coraz więcej!
                  Pewna była emerytowana kierowniczka poczty wynajmuje w swoim mieszkaniu, domu
                  parterowym pokoje, ma ich 4. Jeden zajmuje sama z rodziną. W trzech pozostałych
                  jest po jednym łóżku, są przestrone mają dużą podłogę;-))) idzie pomieścić się
                  tam w dużej grupie. (Suworowa 11, Bakczysaraj!). Taksa 2$ za dzień od osoby.
                  Bez pościeli, tusz i wc na jak to mówią "ulicy". Zresztą oni wspólnie żyją tak
                  samo z turystami, jedzą razem z nimi, udostępniają kuchnię z naczyniami.
                  Zapomniałem, dodać o lokatorach na gapę: robactwu. Pani twierdziła, że
                  to "żuczki", ale kto tam zna się na żuczkach!;-)))
                  W Sudaku natomiast rodzina turków przy domu zbudowała budyneczek z cegły
                  (bardzo interesująca jej struktura) domeczek, gdzie były 3 pokojoe 2 osobowe
                  bardzo schludne! dwa łóżka, przed domem stolik by zjeść! można w kazdej chwili
                  było korzystać z kuchni państwa, jak i poprosić o sporządzenie obiadu. Naszła
                  nas chęć na "płow" (ryż, marchew, baranina i sałatka z pomidora prosto z
                  krzaka) zrobił nam ją Turek, mówiący w kilku językach. Robili nam zawsze kawę i
                  częstowali ciastakmi miodowymi (4 razy większe od naszych faworków i oblanych
                  miodowym syropem), z którymi jeden syn stał na targu. Jak twierdziła matka
                  zarabiają tylko w sezonie, a potem z tego żyją. Nocleg był za 5$. Płow za 1$.
                  Kawa i ciacha to już dla Nas. Zresztą w rewanżu z tatarem raczyliśmy się
                  piwem!;-))
                  Ale już przegięciem pały było dorabianie emerytki z Gurzuf, kóra wynajmowała
                  noclegi za 3$ na swej działce. Była to daleko oddalone od miasta, schodziło się
                  labiryntem ścieżek. W rozwalonej altanie dwa łóżka i czysta pościel. Chałupina
                  ledwo się trzymała. Obejście to złom, makulatura i chłam rzeczy, które
                  zbierała, tatalny syf!. Ale cóż, z wycieńczenia podróżą, oraz oferowanych
                  noclegów tam za 15$, skoczyliśmy na ofertę, po dniu się wynosząc tylko dalej w
                  stronę Jałty.
                  Wnuk tej pani zarabiał graniem w podmiejskich elektryczkach. Przez cały dzień
                  mógł zarobić i do 100H! Co dziwne konduktorzy od zarobkujących osób nie
                  pobierają za bilet!
                  Żyją skromnie, jedzą mało, niewidziałem tam przygotowywania specjalnie obiadu,
                  można powiedzieć, kto podejdzie czy wejdzie do kuchni to coś zje. Zresztą w tym
                  upale to specjalnie się jeść nie chce.
                  Ludzie handlują wszystkim co się da i gdzie się da, mają przenośne stragany na
                  trasach górskich, przenośne kramy w pociągach, rozstawiony stolik na dworcu.
                  Czasem jest to pęczek cebuli, kolby kukurydzy, reklamówka krewetek, parę gazet.
                  Jak wspomniałem wcześniej gazety nie mają cen z góry!
                  W miastach turystycznych idzie jeszcze zarobić, ale gdzie indziej jest jeszcze
                  gorzej. Przy granicy wszyscy pełnią rolę mrówek. A reszta klepie cholerną
                  biedę!!!

                  Ale ludzie, nie samowicie życzliwi i mili!
                  Może to ich przy życiu trzyma!


                  cdn.
                  • soter_mlodszy Zapomniani bochaterowie........................... 14.08.04, 15:30
                    Jestem zuroczony tym skrawkiem Europy. Tym kawałkiem byłego ZSRR. W tej części
                    wspominek z pobytu na Krymie postaram się przedstawić postacie kilku ludzi,
                    którzy stanęli na Naszej drodze podróży. Z reguły to starsze osoby, poorane
                    zmarszczkami trudu życia, znoszącymi i klepiącymi biedę za Stalina, a teraz
                    żyjącymi w wolnym lecz biedny kraju. Chcą tylko żyć, nikomu nie wchodzą w
                    drogę, pytani chętnie odpowiadają, a czasami nawet widząc turystę z mapą sami
                    podchodzą i pomagają znależć jakiś zapomniany detal architektury. Turystów też
                    proszą o datek, bo wiedzą, że Ci są przy groszu. Miejscowi, obrzucają ich
                    wyzwiskami, omijają, śmieją się. Można też spotkać ich otaczających cerkwie.
                    Widziałem ich także przy kościele w Jałcie. Mają nadzieję. Ale jak tu tak można
                    żyć?! Z datku na datek. Pierwszym bochaterem okazuje się podchodzący do Nas
                    pilot z II wojny światowej latający nad Warszawą, znający gen. Wojciech
                    Jaruzelskiego w czasie jak powracał ze zesłania na Syberii. Prosi o datek. Chce
                    również przekazać przesłanie, aby nasze dwa narody Polski i Ukraiński żyły w
                    zgodzie. Tak też czynię po powrocie, opowiadając o ich kraju i życiu. Dziwna
                    sytuacja, gdy wracając do Polski będąc już na dworcu, podchodzą do Nas dwaj
                    umundurowani funkcjonariusze. Bardzo grzecznie mówią "dobry wieczór", proszą o
                    paszport, pytają skąd i dokąd zmierzamy. Odchodzą. Służby porządkowe są
                    widoczne i obecne wszędzie. Byłem naprawdę bezpieczny i takowoż się czułem,
                    chodząc wieczorami po nieoświetlonych ulicach miast ukraińskich. Należy o tym
                    pamiętać jak o przerwie w dostawie wody! Kolejnym widocznym bochaterem jest
                    żebrząca i poskręcana matka marynarza, który zginął na okręcie podwodnym.
                    W Sewastopolu byliśmy w dzień święta floty. Ludzi mało, mimo, iż miasto
                    całkowicie otwarte od dość dawna bo od 1994. Nikt już się teraz nieinteresuje
                    militarią i pokazem wojsk. Ludzie lubią zabawę już nieco odmienną. Choć dla
                    starszych jest to nadal święto. Tłumnie podążają do tego miasta, a elektryczki
                    w ten dzień były przepełnione na max-a. Wracając zasiadamy w I jej wagonie
                    niewiedząc, iż jest on przeznaczony dla ludzi zwolnionych z opłat za przejazd
                    (są to inwalidzi, żołnierze II wojny światowej i co usuwający skutki wybuchu
                    elektrowni w Czarnobylu, tak też jest z biletami do wszelkiego rodzaju muzeów).
                    Siadamy przy kobiecie, która coś mówi, iż zaraz jej mąż przyjdzie. Nadszedł,
                    kolegę z ławki wygonił, bo będzie jadł kolację. Rozłożył papier, wyjął bochenek
                    chleba, nóż, pomidora i kilka ząbków czosnku. W dwóch miejscach kolacji
                    przerwał ją, by z ćwiartki sprawnym ruchem opróżnić jej zawartość. Był w
                    garniturze, zatem należy sądzić, iż to jakiś bochter wojenny. Następnie
                    wyciągnął wycinek z gazety a na nim kobieta w bikini i artykuł o seksowności
                    Mołdawianek!;-). Jego żona w trakcie jazdy, mówiła, iż te prazdniki już nie są
                    takie jak dawniej, nie ma tyle wojska, jest mało wystrzałów, a i przyjechali
                    amerykańcy i Ci pokazali za sprzęt. Tęsknota ta jest w pełni uzasadniona. Lecz
                    dla Nas odległa. W Bakczysaraju, przysiada się do Nas na dworcu jegomość,
                    którego ojciec skrzywdzony przez Stalina w obozie zginął. Natomiast on sam żył
                    z matką. Poszedł do szkoły z czesnym i internatem. Jest inżynierem od budowy
                    dróg. Budował rzucony przez życie drogi na Ukrainie. Teraz klepie biedę i
                    chciałby powrotu Lenina. Mówi, tak żyć się nie da.
                    Zachłyśnięcia wolnością i zachodem na Ukrainie nie widać. Nie ma też takiego
                    wpływu zachodu jak np. w Polsce. Przeto nie ma tak chuligańskich i dewiacyjnych
                    wybryków jak u Nas. A ludzie w symbiozie z turystami żyją zgodnie i w harmonii.
                    Uroczy to zakątek świata, gdzie można spotkać tylu "świętych" życiowych
                    bochaterów. To uświęcony męczęństwem kraj, ludzi bardzo dobrych.


                    cdn.
                    • naata Re: Zapomniani bochaterowie...................... 15.08.04, 12:54
                      Przeczytałam jednym tchem, bardzo ciekawe spostrzeżenia, swietny z Ciebie
                      obserwator! Dużo czytałam o obecnej Ukrainie, a w dawniejszej nawet kilka razy
                      byłam. Potwierdzam ujmujacą serdeczność i gościnność Ukraińców. Dawniej tez
                      klepali biedę choć pieniędzy mieli o wiele więcej, nie wiedzieli co z nimi
                      zrobić, w sklepach było niby dużo ale nie tego co oczekiwało społeczeństwo
                      również zapatrzone na rynki zachodnie i nasz polski, rozkwitał więc
                      handel "wymienny" i "wymiana turystyczna", a raczej jej żałosna parodia...
                      Nawet w czasie spaceru, miejscowe dziewczyny zaczepiały /wiedząc nie wiem skąd
                      żem Polka/ pytając czy mam cokolwiek do sprzedania. A podczas robienia zakupów,
                      była krótka gadka, "ty mi prodasz ja toże prodam" spod lady oczywiście. ;)
                      Musiałam pokazywać torbe by je przekonać, że nic nie mam, za niemanie towaru
                      musiałam zapłacic drożej za to co nabywałam he he Przy kolejnym, pokazywaniu
                      torebki, a było to w restauracji, zostałam bez kosmetyczki wraz z wartością,
                      kierowniczka wielce zadowolona, przyniosła za to, gąsior samogonu(!) i wraz z
                      przyjaciólkami nie mogły zrozumiec, że nie piję... tłumaczyłam, że jestem
                      przeciez autem ;)) Eeee! nata! "my wsje ujezdżajem i wsie pijom"! :)) wywinęłam
                      się jednak, ale z podziwu nie mogłam wyjść, jak poważne matrony podnosiły
                      sztakany czystego...brrr samogonu, bez popitki(!) Acha! Jedzenia było świetne,
                      dużo, dobrze i tanio ;) nie były jednak tanie łapówki-niby mandaty dla
                      przekupnych do cna milicjantów, swołocz wykorzystywała swoje "prawa" do granic
                      możliwości, z okradaniem aut włącznie...
                      Nooo ...rozgadałam sie a moje słonko zmienia juz kierunek ;)) Może dokończę
                      kiedyś moje wspomnienia z Ukrainy, pieknej, romantycznej i biednej, niestety...
                      Czekam na cdn Soterka!
                      Pozdrawiam
                            • soter_mlodszy Doznania ekumeniczne.............................. 22.08.04, 14:44
                              Przebywając w tym kraju (tj.Ukraina) trudno niedostrzec cerkwii.
                              Z reguły są to dopiero remontowane świątynie, pięknie i tak już wyglądające.
                              Znamy ich losy podcza panowania niezapomnianego jeszcze ustroju równości!;-)
                              Zwiedzaliśmy wiele z nich. Wiele jeszcze jest nieotwartych jak m.in. cerkiew na
                              skale w okolicy Foroz (będzie otwarta dopiero we wrześniu). Niedotarliśmy na
                              szczyt. Z mapy znaleźliśmy skrót, ale niestety ktoś zabudował go domkiem.
                              Postanowiliśmy iść piesz drogą. Niestety było to bardzo uciążliwe.
                              Zrezygnowaliśmy. W Kerczu, natrafiliśmy na nabożeństwo w cerkwii Jana
                              Chrzciciela, gdzie podobno w kamieniu jest odcisk jego stóp. Niestety mimo
                              szukania ich nieodnaleźliśmy;-(
                              W Jałcie udaliśmy się do autokefalicznej świątyni ormiańskiej. Z zewnątrz
                              surowa z ładnymi detalami architektonicznymi, a wewnątrz pięke malowidła.
                              Tudzież również znajduje się kościół rzymsko-katolicki (ul.Puszkinskaja).
                              Znamiennymi zetknięciami ekumenicznymi było rzecz jasna spotkania z pop-em!;-).
                              Pierwsze, kiedy to dane mi było zrobić zdjęcie z jednym z nich podczas wędrówki
                              na Balszoj kanion z Sokolinoje. Tam też znajduje się cerkiew w skale, gdzie
                              akurat uczestniczyliśmy w śpiewanym nabożeństwie. Drugie to obserwowanie
                              zachowań ludzi wobec zbliżającego się duchownego prawosławnego. Było to na
                              dworcu w Kerczu. Podszedł do kierowcy, ten uprzednio zobaczywszy go wyrzucił
                              papierosa, przyjął godną postawę i udzielił informacji. Dostrzec można było
                              wielką cześć i oddanie. Natomiast trzecie chyba jest najbardziej zabawne, kiedy
                              to wracając do Lwowa przedział dzieliliśmy z pewną starszą kobietą. Biedaczka
                              bała się Nas bo co rusz chodziła do konduktora o zmianę miejsca. Zmieniła. Ale
                              nie na długo bo dosiadający ludzie wypełnili szczelnie wagon, a jak już wiecie
                              rygoru zajętych miejsc przestrzegają sami pasażerowie. Wróciła do Nas;-). Na
                              drugi dzień sprzątając nasz wagon konduktor, mówi do niej... widzi Pani,
                              wczoraj tak Pani się bała... a jacy to sympatyczni chłopacy... jeden z nich
                              jest chyba popem bo taki obrośnięty...ale nie oni mają kozie bródki i
                              kitki...chyba też nie jest księdzem katolickim, bo oni się golą!;-) rozbawił
                              Nas, cały przedział się śmiał.


                              cdn...


                                            • soter_mlodszy Nadal sobie zadaję pytanie czy to bak czy saraj..? 25.08.04, 19:58
                                              Dotarliśmy do Symferopola, była 6 rano. Miasto liczące koło 360 tys.
                                              mieszkańców. Miasto na Ukrainie, ważny węzeł komunikacyjny dla chcących
                                              zwiedzić Krym. To tuja można wsiąść w autobus i pomknąć zaraz do Kerczu, bądź
                                              zacząć zwiedzanie od najbliżej położonego, i będącego w połowie drogi do
                                              Sewastopola Bakczysaraju. Któż nie zna tej nazwy? Komuż ona nie wbiła się w
                                              ucho i nie utkwiła na dłużej. Tak!, nasz kochany przez pokolenia wieszcz Adam
                                              Mickiewicz poświęcił mu jeden ze swych sonetów. Aż żałuję teraz, iż nie
                                              zabrałem z sobą tego zbiorku!. Trzeba znależć środek transportu do
                                              Bakczysaraju. Z przypływem tej myśli, jakby czując naszą potrzebę zjawia się
                                              naganiacz do marszrutki. Krzyczy...jeszcze 2 wolne miejsca do
                                              Jałty...odetchneliśmy z ulgą! To nie nas szuka. Należy wspomnieć, iż naganiacze
                                              zawsze mówią, iż mają już 2 ostatnie wolne miejsca w busie. Na miejscu okazuje
                                              się, iż jesteście sami, a on chodzi i chodzi wypatrując kolejnych klientów do
                                              pełnego obciążenia siedzeń. Czasami trwa to 10 minut a czasami półgodziny.
                                              Dość szybko znajdujemy kasę kolejki podmiejskiej. Ludzi tłum. Kolega czeka, ja
                                              pilnuję plecaków siedząc i popijając. Upał już zaczyna się tlić od rana. A
                                              człowiek ponioć nie wielbłąd i braki płynów musi uzupełnić;-) Sącząc, widzę, że
                                              kolega wraca. Prosi o paszport bo wydaje się, iz bilety są imienne. Myląca
                                              teza, okazuje się, iz wypisywane blankiety, i pokazywane przez kupujących
                                              legitymacje były przyczynkiem do otrzymania ulgi na przejazd "elektriczką".
                                              Kolega wytrwale stoi dalej i kupuje bilet na 10.30...W międzyczasie wymieniamy
                                              walutę. Ku mojemu zdziwieniu, posiadany banknot 10$ z 1974 roku nie zostaje
                                              wymieniony!;-( Musiałem czekać, aż do Jałty by wymienić go na chrywny.
                                              Przychodzi czas odjazdu. Przyjaciel jak zwykle zwleka i ociąga wejscie na
                                              peron. Mówiąć: "czasu jest dużo". Co mam zrobić, przecież nieodłączę się od
                                              niego i niebędę pędził jak oszalały do pociągu;-). Wsiadamy do wagonu. Ludzi
                                              nazbyt mało, przy kasach przecież tłumy chciały dostać bilet. Zniecierpliwiony
                                              pytam czy to elektriczka do Sewastopola. Odpowiedź brzmi-nie!. Właściwy skład
                                              stoi na przedłużeniu tego peronu z przodu. No i teraz już galop. Kolejny pociąg
                                              za 2 godziny, jeśli ten nam odjedzie. Uf!, jakoś tempem gazeli, po drodze nie
                                              gubiąc niczego wsiadamy. Odjazd. Telepanie, najwolniejszym, ale najtańszym
                                              środkiem komunikacyjny do Bakczysaraju (1,5h). Ale, to dla nas nic. W pociągu
                                              potrafimy spędzić 26h, czekając na dworcu 5h. Czyż 1,5h w porównaniu z tamtymi
                                              liczbami nie wypada blado?. Oczywiście! Nawet kiedyś wspólnie w rozmowie
                                              stwierdziliśmy, iż PKP za oczekiwanie na dworcach i jazdę pociągami powinni nam
                                              przyznać odznakę PKP!;-). Podróż więc mija szybko. Przechodzą czasami
                                              konduktorzy po wagonie, no i nieodłączni sprzedawcy! Co ciekawe konduktorów
                                              jest dwóch. Jeden atakuje lewą stronę siedzeń, drugi prawą. Mają maszynki z
                                              których wyskakują bilety. Dlatego też stanie w kolejce nie jest zupełnie
                                              konieczne. Niestety nasz przewodnik, tego ujętego nie miał. A człowiek do kas
                                              zwyczajny, więc stoi i stoi a kolejne składy mu odjeżdzają. Dotarliśmy do
                                              Bakczysaraju. Na dworcu chłopak w wieku 15 lat i czapeczce zwanej "sportówka"
                                              oczekiwał na takich jak my. Ludzi z plecakami. Po tym idzie rozponać Polaka.
                                              Inne nacje jak ukraińcy używają toreb lub reklamówek a wczasowicze toreb czy
                                              neseserów na kółkach. Wcale nas akcent nie zdradza tylko plecak i wypowiedziana
                                              chęć przenocowania 2-3 dni! Inni mają inne torby podróżne no i dłużej pozostają
                                              w miejscu wczasowania. Zdziwiło mnie to, ale było zupełnie logicznie
                                              uzasadnioną postawioną przezemnie tezą. Weryfikowaną tylko o własne
                                              doświadczenie. Chłopaczek okazuje się naganiaczem cioci. Prowadzi nas koło 20
                                              minut do miejsca, gdzie spędzimy 5 dni. Dwa dni poświęciliśmy na podróż do
                                              Sewastopola a dwa dni na okliczne piękności. Na ulicy Suworowa 11, niski
                                              parterowy budynek z 3 pokojami na wynajem. Pani nas wita. Pokazuje podłogę na,
                                              której będziemy leżeć. Udostępnia kuchnię. WC i dusz jak mówi: "na ulicy".
                                              Zmęczony, zdziwiony, pytam siebie: "czy cała ulica Suworowa, kąpie się we
                                              wspólnej łaźni?". Zaraz okazało się, że przybytki te były zlokalizowane w
                                              ogrodzie. Nie jest to lux, ale za 7PLN za dobę, cóż można chcieć?;-)
                                              Bardzo miły młodzian, który nas złowił na dworcu, mieszka w innym pokoju razem
                                              z bratem, grającym na akordeonie w elekticzce. Dorabia sobie do szkoły.
                                              W domu tym, mieszka sporo Polaków. Koniec końców, pani nas przenosi i mieszkamy
                                              razem z naganiacze i grajkiem. Niestety na dwie ostatnie noce dostaję łoże
                                              sprężynowe. Do tego stopnia, że rano obolały nie mogę dojść do siebie. Pręty
                                              metalowe dzielące łoże na 3 częśći dają się we znaki memu ciału. Nijak nie
                                              mogłem się ułożyć. Nawet próbowałem, zwinięcie się jak człowiek guma w jednej z
                                              3 części łoża. Próba karkołomna. Pragnołem rozprostowania. Czy to, aż tak
                                              wiele? Czasu w tym domu nie spędzamy dużo rano między 8-9 opuszczamy lokal, by
                                              wrócić na 22-23. Dziwi jednynie fakt, iż młodz iludzie z Polski (zauważyła to
                                              nasz dobrodziejka również) siedzą przeważnie na kwaterze i piją. Ale co tam
                                              różne są style odpoczynku!. Zaliczamy stąd trzy interesujące miejsca: Pałac
                                              Chanów oraz Uspienskij Monastyr i Balszoj Kanion.
                                              Dużo mozna pisać. W pałacu Chanów, szczególnie przypadły mi do gustu sale,
                                              gdzie przebywały kobiety oraz misterne fontanny. Zauważyłem również, iż chane
                                              mógłbymbyć. Zainteresowania wcale moje nieodbiegały od chana. Na wygodnych
                                              poduszkach, też lubię siedzieć. Misternie wykonane dywany też lubię podziwiać.
                                              Nie wspomnę tu o charemie!;-)
                                              Uspienskij monasty w skale. Jest remontowany. Tutaj stary pop stoi z puszką.
                                              Tutaj płynie święta woda. Tutaj jedna ze sprzedających dewocjonalia pań,
                                              obsztorcowała jedzących na murku kanapki. Tutaj soter wykonał przy pomocu
                                              kolegi zdjęcie z pop-em! Tutaj również, widziałem, obsztorcowanie przez jednego
                                              z braci turysty, kóry robił sobie zdjęcie. Weszliśmy do świątyni. Odbywały się
                                              modły i śpiewy. Byliśmy urzeczeni tymi doznaniami. W każdym miejscu są
                                              handlujący czym kolwiek, i tu byli.



                                              Nadal sobie zadaję pytanie czy to bak czy saraj..? cz.II nastąpi niebawem!
                                                  • soter_mlodszy Nadal bak czy saraj?.....vol.II................... 27.08.04, 20:56
                                                    Uspienskij monastyr mieścił się w skale, natomiast zaplecze klasztoru niżej w
                                                    dolince. Za nią wyrastało kolejne dość niewysokie wzgórze. No, może góra? Na
                                                    tej górze, jak i na jej wierzchniej części położone zostało, lub dla co
                                                    bardziej dokładnych, wykute skalne miasto. Nazwano je Czufut-Kale. Za nim
                                                    dotarliśmy do tego miejsca, musielismy pokonać wzniesienie, po lewej stronie
                                                    mając monastyr. Wejście, zejście i ponowne wejście niebyło zbyt wyczerpujące.
                                                    Przebiegało zgodnie z planem, jak i zgodnie z posiadaną kondycją. Przy zejściu
                                                    z górki, w której była cerkiew, jedna ze ścieżek prowadziła do starego
                                                    cmentarza, którego już nieodwiedziliśmy. Przewodnik, który nas oprowadzał nie
                                                    szedł z grupą tam. A mnie osobiście, nekropolie nie przypadają do gustu jak
                                                    obiekty do zwiedzania. Nie ma w tym ochodzeniu mogił, ani nuty reflesji, a
                                                    radość mieszana ze smutkiem, daje dziwną mieszninę. Wolałem obejść się i
                                                    niewywoływać takiego stanu ducha, niedopowiedniego dla tego miejsca. Choć
                                                    wyjątek od tej reguły niestety był. We wcześniej zwiedzanym Pałacu Chanów, w
                                                    pobliżu był cmentarz. Nijak nieszło tego obejść. Wpuściliśmy swój wzrok a potem
                                                    i siebie na teren cmenatrzyska. Murowane katafalki. W środku miejsce dla ziemi
                                                    i pewnie kwiatów, choć takowych niebyło. Niedostrzegłem. Na końcu, gdzie u nas
                                                    znajduje się tablica z opisem, tutaj był słup, na którym widniał rodzaj
                                                    turbana. Podobno można odróżnić po nim, czy pochowano kobietę czy mężczyznę.
                                                    Wszystko jest kamienne z ładną, kutą ornamentyką. Schodziliśmy już w dół, by
                                                    następnie wejść po skalnych schodach na wzgórze, gdzie jest skalne miasto. Po
                                                    drodze mineiśmy odkrycie archeologiczne. Szyb, w którym miano się spuszczać na
                                                    dół po wodę. Jakieś 150m. Nie wiem, tego niesprawdziłem, ale wydaje mi się, iż
                                                    można było tego dokonać za drobną opłatą. Samemu zaczerpnąć wodę. Skalne pokoje
                                                    są bardzo widoczne. Jest ich dużo. Jeden do złudznia przypominał dom z fronotwą
                                                    ścianą. Było widać okno i drzwi. Na samym szczycie znajdowała się kaplica i
                                                    budynki, w których mieszkali archeolodzy. Obecnie stoją puste. Wykorzystywane
                                                    do ekspozycji. Na szczyt, na platformę skalnego miasta można również wjechać na
                                                    koniu. Atrakcja dla leniwców!. Szczyt mimo, iż wcale nie imponujący wysokością
                                                    był bardzo dobrym miejscem obserwacyjnym. Miał charakter strategiczny, a wejść
                                                    na jego szczyt było trudno, bo prowadziła tam jedna droga. Zatem, łatwa do
                                                    obrony. Koledze wysiadła noga, trochę kulał. Już trochę chodznia a tu niestety,
                                                    brak przygotownia kondycyjnego daje się odczuć dość szybko. Niedość tego
                                                    jednego. Nadciąga burza. Chmury sinieją szybko. Stają się one jak kobiety
                                                    ciężarne. Obrzmiałe niosą deszcz. Nerwowo schodzimy. Niechcemy, by spotkało to
                                                    nas na otwartej przestrzenii, ani niemamy zamiaru nocować w kamiennym pokoju.
                                                    Na szczęście, burza nie rozwinęła się, tak jak w mojej wyobraźni. Dając tym
                                                    samym powód do szybszego marszu. Schodzimy już i z drogi prowadzącej do
                                                    cerkwii. Z górki idzie się przyjemnej, a widok ludzi dopiero co się
                                                    wspinających, napawał mnie dziwną radością i myślą. Mam to już za sobą! Tak,
                                                    jak biegnie ścieżka w dół, tak stoją i stragany. Zatrzymuję się przy jednym z
                                                    nich. Sprzedaje tam mały chłopiec, uśmiechnięty, zachwalający towar z taką
                                                    szybkością, że bycie pod wrażeniem to mało. Nieomieszkałe zakupić małego
                                                    suweniru. Wracamy pieszo do domu. Nie jest zbyt późno, więc decydujemy się na
                                                    zakup widokówek oraz wypisanie ich w pobliskiej pijalni.
                                                    Następny dzień poświęcamy całkowicie na Balszoj-Kanion. Musimy dojechać tam
                                                    autobusem. Wyjeżdzamy jak się potem okazało o godzinę za późno. Niestety na
                                                    powrót nie załapaliśmy się na państwowy transport. Wysiadamy po 1,5 godziny w
                                                    miejscowości Sokolinoje. Patrzymy na rozkład ostatni autobus odchodzi o 16,40;
                                                    na zegarku mamy 11.40. Zdążymy. Dziwnie natrętnie atakuje nas taksówkarz,
                                                    mówiąc, iż czasu mamy mało na drogę tam i z powrotem plus zwiedzanie kanionu.
                                                    Kolega, nie chce wierzyć. Ruszamy 6-km serpentyną pod górę. Po drodze mija nas
                                                    ten sam taksówkarz. Z okienka krzyczy, ża nas podwiezie. Zmiejsza cenę. Nie
                                                    poddajemy się. Co będzie to będzie. Jeszcze mamy siły. Dochodzimy do drogi, a
                                                    raczej ścieżyny, szlaku turystycznego, który prowadzi nas na sam koniec. Do
                                                    źródła. Do wodospadu. Do wanny młodości. Kąpiel w niej gwarantuje wieczną
                                                    młodość i ustąpienie choróbsk różnej maści. Woda tam ma 6-7 stopni Celsjusza.
                                                    Kąpieli, zażywają wszyscy. Oprócz mnie. Swtwierdziłem, iż zmęczony, rozgrzany
                                                    nie będę dokonywał nagłego schłodznia. Na myśl, iż mogę się zachartować jak
                                                    stal! To co prześliśmy w drodze do źródła, nie da się opisać. Widoki w dół, na
                                                    wartki nurt. Przedzieranie się w góę, to w dół po wąskich ścieżkach.
                                                    Pokonywanie mosteczków, strumyczków. A jakże po kamyczkach jak kozica. A do
                                                    samej wanny kąpielowej już po wielkich głazach, gdzie woda spływała wolniej.
                                                    Przecudnie byłoby rozbić namiot w tym miejscu i spędzić noc, noc...
                                                    Wracamy już inną drogą, drugą stroną kanionu. Prowadzeni strzałką szlaku,
                                                    instynktem wychodzimy bliżej. Wejście na kanion jest wyżej. Zbliża się 16.
                                                    Idziemy w dół już szybciej. Niestety, niezdołamy dojść do przystanku.
                                                    Decydujemy się złapać na rękę taksiarza. Jest. Dowozi nas do samego
                                                    Bakczysaraju za jedyne 20chrywien od łepka. Niestety rozbój w biały dzień.
                                                    Autobus kosztuje niecałe 5 chrywien. Na miejscu tak dla ciekawości idziemy na
                                                    dworzec. Sprawdzając rozkład, mamy oczy szeroko otwarte ze zdziwienia. Ostatnia
                                                    pozycja na rozkładzie w Sokolinoje została wymazana. W ten sposób, łapią
                                                    taksiarze naiwnych turystów. No może nie naiwnych, ale raczej roztrzepanych.
                                                    Auto mknęło szybko, ponad 90km/na godzinę. Kierowca bez zapiętych pasów. Szalał
                                                    na jezdni przy muzyce ukraińskiej. Ciekawie wyprzedzają auta. Otóż,
                                                    wykorzystują do tego pas, który prowadzi do skrętu. Robią to tak fantastycznie,
                                                    iż po powrocie sam tak zrobiłem. Ale tylko raz, bo w sumie jestem u siebie.
                                                    I czasem ekstrawagancja, może prowadzić do tragedii. W kwartirze
                                                    bakczysarajskiej, bywamy późnym wieczorem. Czasem natrafiamy na właścicielkę.
                                                    Chyba nas polubiła, bo częstuje nas kolacją, rozmawia. Prosi nas o pozostanie
                                                    jeszcze na dłużej. Pomysł nie do zrealizowania. Mkniemy dalej. Dwa tygodnie do
                                                    powrotu, a trzeba zwiedzić jeszcze kilka atrakcyjnych miejsc. Przed nami Jałta,
                                                    Sudak, Kercz. Przed nami kąpiel w dwóch morzach. Przed nami jeszcze dobre
                                                    kilkanaście dni



                                                    cdn...niebawem, ale juz z innego miejsca;-)
        • soter_mlodszy Jak to było z tymi tatarami w Sudaku? 28.08.04, 13:38
          Jałta prawie przeszła w zapomnienie. Rano do naszego wynajmowanego mieszkanie
          przyszła właścicielka, by odebrać kwartirę. Była bardzo wcześnie, tak jak ją
          prośiliśmy, aby zdążyć na autobus do Sudaku. Niestety, okazało się niebawem, że
          na dwa pozostałem bilety, ktoś wepchnął się przed kolegę i zakupił jedne z
          nich. Trudno jechać we dwie gabarytowo wielkie osoby na jednym miejscu.
          Zrezygnowaliśmy. Najbliższym autobusem wróciliśmy do Symferopola, a z tamtąd
          już bez problemów w zakupie biletu, ruszyliśmy w drogę na Sudak. Na miejsce
          dotarlismy przed 14. Gdybyśmy zakupili bilety na ranny autobus bezpośredni z
          Jałty, bylibyśmy na miejscu już w południe. Na dworcu masa ludzi. Jedni
          przyjeżdzają inni odjeżdzają. Ciągła wymiana wczasowiczów. Pośród nich
          naganiacze do marszrutek, naganiacze do taksówek, jak i oferujący kwartiry.
          Każda z napotkanych przez nas osób, oferujących nocleg, z pogardą kręciła nosem
          i mówiła:

          -Ach Polacy, Wy na 2-3 dni, nam nie opłaca się Was brać, u Nas drogo.

          I rzeczywiście oferowane mieszkania czy noclegi były w granicach 15$. Przy dużo
          jak dla nas. Ruszamy w miasto, by szukać dachu nad głową. Proszę nie myśleć, iż
          nas dóch tylko w tym dniu szuka noclegu. Przechodzi mnóstwo ludzi od Polaków,
          Ukraińców i Rosjan, by załapać jakieś miesjsce o rozsądnej cenie i w rozsądnym
          czasie. Nie ma co się ociągać. Niebo szarzeje i nie ma już koloru aspiryny jak
          w pierwszym tygodniu naszego pobytu ma Krymie. W przeddzień wyjazdu z Jałty
          pogoda się diametralnie zmieniła. Zaczeło padać. Grzmieć. Przechodzić zaczęły
          kilkunastominutowe ulewy. W Sudaku-pomyślałem-będzięmy przerabiać to samo?
          Wyszło na moje. Wracamy do szukania kwater. Przechodzimy z miasta na osiedla
          domków jednorodzinnych. Prawie na każdej furtce karteczka. Oddam pokój lub
          wolne miejsca. Niestety, każdy właściciel chce dostać 4 turystów na conajmniej
          tydzień. Przechodzimy całe osiedle, obchodząc po obwodzie całe miasto.
          Wychodzimy na przedmieścia. Ulica, którą idziemy jest nam dobrze znana. Tędy
          jechaliśmy na dworzec. Do dworca pozostaje jakieś 4km. Po drugiej stronie szosy
          widnieje znowu jakieś osiedle. Nie ma co się ociągać. Jedna para turystów nie
          wytrzymała i wraca z powrotem do centrum. Widać, iż mają dość. Na samym
          początku osiedla, na furtce domu-kartka! "Zdam żylie". Wchodzimy. Uśmiechnięta
          Pani zaprasza nas na podwórko i jak się okazuje ma dwa miejsca w swym 3
          pokojowym domku dla turystów. Bardzo miła, uśmiechnięta. Rozmawia. Zaparza
          kawę. Częstuje miodowymi ciastkami. Raczy nas nimi przez 4 dni pobytu. Chyba
          dopiero tutaj doznaliśmy tej ich niesamowitej gościnności. Niechcą być
          pasożytami, wieczorami częstujemu ich krymskim winem. W czasie rozmowy,
          dowiadujemy się, iż Ci gościnni państwo są tatarami z krwii i kości. Pan domu
          włada ukraińskim, białoruskim, rosyjskim, tatarskim i jakimś jeszcze innym
          językiem, któego nazwy zapomniałem. Pewnie uleciał przez rozdziawioną moją ze
          zdziwienia gębę. Mają również sympatyczne i pomocne dzieci. Jeden z ich synów,
          zakupił mi płytę z tatarską muzyką i jakimś znanym dj. Ciekawy i odległy świat
          dzwięków. Fatima, bo tak miała na imię nasza gospodyni, pozwala nam korzystać z
          kuchni i zlewu. Inforumje nas, o zabytkach i miejscach godnych zobaczenia.
          Będzie jak się to wkrótce okaże: zamek na skale i wieżę, z której pewna
          dziewica rzuciła się w przepaść (twierdza genueńska), rezerwat Kara-Dog i Nowy-
          Swet. Tak, byliśmy w miejscu, gdzie w świetności tego miasta przebiegał tędy
          jedwabny szlak. Fatima, mówi o pogodzie, iż w Jałcie padało, lecz u nich jak
          obliczyli meteorolodzy jest najwięcej dni słonecznych i bezdeszczowych.
          Niestety mieliśmy pech, w ten sam dzień lało jak z cebra. Na razie nie ma
          deszczu. Chcemy zaliczyć twierdzę na skale. Wyruszamy pieszo. Co prawda chód
          jest nie taki jak naszego Roberta, ale dzielnie znosimy piesze wędrówki. Lubię
          je, oczywiście jeżeli nie mam na plecach plecora! Dochodzimy do zamku,
          wchodzimy schudkami prowadzącymi na górne platformy twierdzy. Niestey zaczyna
          grzmieć i leciutko kropić. Nieznośnie myślimy, że to chwilowe kłopoty
          przejściowe. Posuwamy się parę stopni wyżej, gdy coraz mocniej grzmi.
          Błyskawice rozdzierają niebo. Musimy zawracać. Pada coraz mocniej. Leje.
          Do domu daleko. Gdzie się skryć? Pozostaje nam stragan z towarami spożywczymi i
          dwoma parasolami, jak się później okazało z materiału. Przeciekały. Uprzejma
          pani pozwala nam się schować i przeczekać. Ma urodziny jak mówi. Pada. Nie
          pozostaje nam nic innego jak uczcić jej geburstag krymskim piwem. Pada.
          Utrwalamy urodziny. Pada. Utrwalamy utrwalanie przyjaźnie ukraińsko-polskiej.
          Uff. Spadają już tylko samotne krople. Możemy się pożegnać i ruszyć do domu. Po
          drodze, jako, że idziemy w górę. Napotykamy na spływające, żółte potoki. Nie da
          się przechodzić suchą nogą. Idziemy po kostki w wodzie w żółtej glinianej mazi.
          Mijamy po drodze tych samych turystów co w czasie poszukiwań noclegu. Niestety
          nie znaleźli pokoju. Błąkają się z plecakami w czasie ulewy. Taki, to czar
          turystyki pieszej. Wracamy na miejsce zmoczeni, zbłoceni. Wykonujemy tylko parę
          czynności. Przebieramy się w suchą odzież, płuczemy obuwie, skarpety. Kolega
          zaparza kawę, ja natomiast udaję się na zakupy do pobliskiego sklepu. Zapowiada
          się długi wieczór i rozmowa z tatarem...



          o cudaczny perypetiach w Sudaku niebawem...!
      • Gość: naata Re: Sloneczne pozdrowienia z Jalty.....dla FB.... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 28.08.04, 12:58
        Z ciekawościa czytam opowieści podróżników, nie ma jak osobiste przeżycia z
        podróży, jednak wytrawny obserwator jest w stanie rozbudzić wyobraźnię i mozna
        poczuć nie tylko klimat ale smak potraw i zapach kwiatów.. Tak właśnie robi
        nasz Soter ;)
        Bardzo interesujace, Soterixie. Mam jednak kilka pytań, które niezręcznie
        zadawać mi na forum. Czekam na c.d reportażu ;-) Pozdrówki dla Autora!
Inne wątki na temat:

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka