Dodaj do ulubionych

Dlaczego w Brodnicy jest ul. Św. Jakuba?

IP: *.sandomierz.sdi.tpnet.pl 10.04.05, 22:21
Dlaczego jest ulica Św. Jakuba, a na stronie diecezjalnej w informacjach o
Brodnicy nie ma takiego kościoła? Kto mi to wytłumaczy - najlepiej z
datami. :)
Czy był taki kościół w Brodnicy? Kiedy?
Obserwuj wątek
              • Gość: Izotop Re: Pomóżcie! Dlaczego jeszcze nikt nie odpisał? IP: *.dsl.chcgil.ameritech.net 20.04.05, 17:12
                Tak, to jest tajemnica Brodniczan i czesciowo Rypinian. Zwiazane z kosciolem
                pod wezwanie sw. Jakuba sa nieslawne praktyki. Kosciol, wykleto i zburzono w
                XVI - tym wieku. Od tego kosciola prowadzi tunel az do sredniowiecznego
                kosciola w Rypinie. Teraz to wszystko zawalone, zasypane i nie wiem czy
                znajdzie sie jakas informacja w parafalnym kosciele w Rypinie na ten temat. W
                Rypinie, tez tajemice tego tunelu kosciol trzyma pod scisla kontrola. Jedni
                mowia, ze tam wciaz sa pochowane srebrne i zlote misy z czasow Potopu
                Szwedzkiego. W 1921 roku pewnien chlop, gospodarz ze wsi Strzygi, pomiedzy
                Rypinen a Brodnica, natknal sie najprawdopodobniej na ten tunel i wydlubal
                wejscie do tego tunelu, ale jakies morowe powietrze na niego stamtad buchnelo.
                Ledwie trzymajac sie na nogach przyjechal furmanka na plebanie przy kosciele w
                Strzygach i zaczal opowiadac niestworzone rzeczy, ze pelno tam bylo kosci i
                czaszek, jak i zbroi rycerskich. Tak jak powiedzial to szybko wyzional ducha...
                Swiadkiem tego wydarzenia byla gosposia owczesnego proboszcza ( czy tez
                ksiedza). Noca, ow ksiadz z grupa ludzi, dotarl do miejsca gdzie chlop odkryl
                tunel i wszystko zasypano i zamaskowano..... , pozniej posadzono tam drzewa.
                Teraz to pewnie nie ma juz zadnego sladu po tym. Ale tunel z pewnoscia wciaz
                istnieje. Izotop
                • Gość: Irek Re: Pomóżcie! Dlaczego jeszcze nikt nie odpisał? IP: *.dsl.chcgil.ameritech.net 20.04.05, 18:04
                  Ten sredniowieczny tunel z Brodnicy to nie prowadzi do kosciola w Rypinie a
                  tylko do srodniowiecznej baszty przy szosie brodnickiej. Baszte i mury
                  sredniowieczne otaczajace baszte, Niemcy rozebrali w 1942 roku. Drugi tunel,
                  wiekszy od brodnickiego, idzie od kosciola w Rypinie do zamku w Golubiu-
                  Dobrzyniu, jak i do Radzik a podobno tez i do Skrwilna, gdzie w poznych latach
                  1950 tych odkryto nad tamtejszym jeziorem zakopane zlote i zrebrne skarby
                  (misy, bizuerie, kielichy). Na te skarby natknal sie wedkarz kopiacy robaki na
                  ryby. Przerazil sie ten wedkarz i zawiadomil wladze. Uwaza sie iz skarby te
                  pochodza z czasow wlasnie Potopu Szwedzkiego, a skarby te byly wlasnoscia
                  Skrwilenskiego wladcy, ktorego to rodzina jak i wladca zgineli w tamemniczych
                  okolicznosciach. Inni mowia, ze ich Szwedzi w pien wycieli, ale skarbow nie
                  znalezli. Te skrwilenskie wykopaliska (skarby) mozna wciaz ogladac w torunskim
                  muzeum. Podobno istnieje tez osobny tunel, ktory prowadzil od tej baszty do
                  kosciola jak i drugi do warowni w Starorypinie. Po starorypinskiej warowni nie
                  pozostal zaden juz slad a tylko krzakami pokryta gora i wawozy, tez niedaleko
                  szosy brodnickiej w kierunku Strzyg.
                  • Gość: Qrczak Re: Pomóżcie! Dlaczego jeszcze nikt nie odpisał? IP: *.zsmeie.torun.pl 07.10.05, 22:22
                    Chciałbym troche zdementować tych poglosek o skarbie znalezionym w Skrwilnie.
                    Rzeczywiście takie zdarzenie miało miejsce, ale nie w latach 50., ale 27. maja
                    1961 r. Znalazła go grupa studentów UMK pracująca na terenie
                    wczesnośredniowiecznego grodziska pod kierownictwem prof. Jadwigi Chudziakowej.
                    Grodzisko to nosi nazwę potoczną "okop szwedzki", stąd ten epitet pojawia się
                    przy okazji skarbu. Jednak bynajmniej nie pochodził on z tego okresu. Skarb
                    pochodził z XVIII w. i należał do właścicieli nie Skrwilna, ale Okalewa. I
                    został zakopany najprawdopodobniej dopiero przed II wojną światową.
                    To tyle co do faktów. Myślę, że nie ma co się bawić w tworzenie sensacji.
                    Historia skarbu i jego znalezienia jest dość prosta. Warto czasem poczytać
                    trochę książek, np. "Skrwilno i okolice" Romana Piotrowskiego. Gorąco polecam.
                    Informacje można też znaleźć na stronie Muzeum Okręgowego w Toruniu. Pozdrawiam
                    • Gość: Domena Re: Pomóżcie! Dlaczego jeszcze nikt nie odpisał? IP: *.dsl.chcgil.ameritech.net 08.10.05, 04:22
                      Mialem przyjemnosc poznac Pana Piotrowskiego, czlowieka o zamilowaniach
                      archeologicznych i historycznych okolic Rypina, ktory pracowal w Wydziale
                      Oswiaty. Skromny i ciekawy to byl czlowiek, drobny, nieduzej postury. W tamtych
                      czasach wiele legend krazylo po Rypinie o okolicznych grodziskach, tajemniczych
                      tunelach - o sredniowiecznej Bramie Sierpeckiej, Brodnickiej jak i o Bramie,
                      ktora stala w centrum Rypina przy aptece i dawnym postojem taksowek, a ktore to
                      bramy Niemcy w czasie wojny porozbierali. I rzeczywiscie skarb skrwilenski
                      zostal znaleziony w 1961 roku. Chociaz mowilo sie wtedy, ze natrafil na niego
                      przypadkowo jakis wedkarz kopiacy dzdzownice na przynety. Ale zapewne wiele
                      informacji znieksztalconych, a przez lata wyolbrzymionych i niekoniecznie
                      prawdziwych. No ale kto moze na 100% zagwarantowac, ze tak nie bylo??? A ja
                      mysle, ze okolice Rypina, Skrwilna, Starorypina, Golubia-Dobrzynia kryja
                      jeszcze wieeeele roznych tajemnic, gdzie powinno prowadzic sie wykopaliska
                      archeologiczne i to niekoniecznie przez zawodowych archeologow, ale tez i przez
                      amatorow na wlasny koszt. Bo jak powiedzial kiedys jeden Rypinianin..."Panie im
                      starsza moja zona, tym bardziej jestem nia zainteresowany". Jezeli tyle
                      zabytkow w Rypinie odkrywanych przez lokalnych archeologow to z pewnoscia rejon
                      ten wart eksploatacji a z jeziora Czarownica,kolo Rypina, pokaze sie jeszcze
                      kiedys jaki Loch Ness, co to wstrzasnie nie tylko ziemia Rypinska, ale tez i
                      caaaaalym swiatem.... Zycie jest wciaz peeeelne wszelakich tajemnic,a historia
                      wciaz zywa. Chociaz co niektorzy mowia, ze lepsza fikcja od histori, bo
                      historia pokazuje czlowieka jaki byl, a fikcja moze pokazac czlowieka jakiego
                      nie bylo, jakiego nie ma, ale jaki moglby byc i jaki powinien byc....hmmm....
      • Gość: Izotop Re: Dlaczego w Brodnicy jest ul. Św. Jakuba? IP: *.dsl.chcgil.ameritech.net 22.04.05, 19:46
        Nie wiem czy bedziesz mial jakas szanse aby do slowa pisanego o tym kosciele,
        dotrzec Kuba. A zapiski owe znajduja sie w katakumbach (piwnicach, podziemiach)
        rypinskiego kosciola sredniowiecznego, nie mylic z kosciolem ewangielickim).
        Byl przed laty na plebanii w Rypinie mlody ksiadz co to archeologa mial
        zaciecie i on tam sie do tych starych ksiag dostal i to wlasnie od niego wiem.
        Jednak pewnego razu stary proboszcz z koscielnym i organista nakryli tego
        mlodego ksiedza, ktory przy latarce lampie naftowej robil sobie kopie ze
        zmurszalych czasem ksiag parafialnych. Zapiski mu zabrano i zniszczono ale
        pewna czesc informacji zapamietal i mnie o tym powiedzial. Szybko tego ksiedza
        przeniesiona gdzies w krakowskie i slad po nim zaginal. Pozniej doszly mnie
        sluchy, ze on zdecydowal sie na misje w odlegle i dzikie strony Amazonii w
        Poludniowej Ameryce. Byly to wciaz jeszcza lata PRL-owskie. Podobno on scisle
        wspolpracowal ze znanym zakonnikiem Szeliga, ktory tera jest juz przeszlo 90
        letnim starcem a ktory to znany jest z tego, ze leczyl tamtejszych Indian
        preparatami, wyciagami z roslin, ktore to byly skuteczne na niektore rodzaje
        nowotworow. Zreszta ten mlody ksiadz to byl niespokojny duch. Ja wtedy
        uczeszczalem do rypinskiego liceum i wlasnie z nim wybieralem sie na nartach
        zima na rozne wedrowki wlasnie po polach i lasach w okolicach wioski Strzygi.
        Ksiadz Edward, mial zawsze przy sobie rozne zapiski jak i wykresy, takie jak
        gdyby recznie odpisane kopie map lokalnych drog. Posiadal on rowniez wiele
        wiedzy z dawnych czasow np. wybieralismy sie sie na calodzienna wedrowke piesza
        bez prowiantu. Jednak potrafil robic takie wnyki czy sidla i zawsze albo to
        zajaca schwytal w te sidla a juz w lapaniu kuropatrw na petelki przywiazane do
        patykow w ziemi to ksiadz Edward byl mistrzem. Tak, ze wychodzilismy bez
        prowiantu na te wycieczki ale wcale glodni nie wracalismy. W czasie urlopu
        ksiadz Edward pojechal kiedys do Czestochowy. Tam studiowal i badal orginal
        luku tureckiego, ktory do dzisiaj sie znajduje w klasztorze na Jasej Gorze. Po
        powrocie przywiozl sporo, czarnobialych zdjec a zwlaszcza takich,jak to on
        nazywal, makro zdjec, czyli zblizenia, przez jakas soczewke. I wlasnie, po
        kilku miesiacach zrobil kopie tego tureckiego luku skladajacego sie z warstw,
        paskow wysuszonego drzewa klonowego, klejonego klejem kazeinowym. W goracej
        wodzie moczyl on rogi, bodajze krowie, Te rogi robily sie miekkie i wycinal z
        nich paski ktore naklejal na jedna strone klonowych sklejek. Z lokalnej rzezni,
        czy od gospodarzy dostal sciegna z tylu nog krowich, przy pecinach. Te sciegna
        ksiadz Edward suszyl a pozniej je rozbila drewnianym i metalowym mlodkiem. Po
        rozbiciu tych sciegien czesal je takim metalowym grzebieniem i te sciegna
        robily sie jak wlosy. Maczal wiec pozniej te sciegna-wlosy w kleju kazeinowym i
        je tak ociekajace nakladal na druga strone tych klonowych sklejek. Tak
        posmarowane warstwy klonu, warstwe rogow jak i na drugiej stronie warstwe
        sciegien owijal ciasno szpitalnym bandazem kilka razy. Gdzies chyba po miesiacu
        w cieplym miejscu, na sloncu lub przy piecu, wysychajace sciegna i przyklejone
        naturalnym klejem bialkowym (kazeinowym, jak kiedys uzywali szewcy)
        odksztalcily ta cala klejonke w litere C
        Na koncach luku porobil naciecia na cieciwe. A cieciwe tez ksiadz Edward robil
        jako plecionke z jakis sznurkow. Po kilku miesiacach, jak luk dobrze wysechl,
        nalozyl cieciwe, ktora to skrecal albo luzowal i jak ja napial odksztalcajac ta
        klejonke o ksztalcie litery C w druga strone i wyszla z tego wszystkiego
        replika dawnego, tureckiego luku, takiego jakiego uzywano kidys w Polszczej za
        krolewskich czasow. Ksiadz Edward potrafil rowniez wyrabiac strzaly z
        wysuszonego kawalka drzewa, ktore to drzewo rozszczypywal na grubsze drzazki a
        ktore to obrabial nozem i papierem sciernym na okragle belty. Sam robil i
        klepal z metalu na goraco groty jak i przyklejal lotki z pior, nacinajac
        wglebienia z tylu strzaly do cieciwy. Pozniej te belty maczal w lakierze
        bezbarwnym zabezpieczajac strzaly przed wplywem wilgoci. I tak ksiadz Edward z
        tego luku, razem ze mna cwiczyl sie w strzelaniu w takim wawozie za Rypinem
        gdzie nas nikt nie widzial. Luk byl wyjatkowo szybki i celny do tego stopnia,
        ze ksiadz Edward potrafil w locie ustrzelic bazanta a zima to razem polowalismy
        z tych lukow na sarny bo pozniej zrobil on mi jeden taki luk rowniez. Sila by o
        tym zdolnym ksiedz pisac, ale nie mam na razie czasu. Moze jeszcze tutaj
        wpadne, jak mi sie cus przypomi o kosciele sw. Jakuba w Brodnicy.
          • Gość: Izotop Re: Dlaczego w Brodnicy jest ul. Św. Jakuba? IP: *.dsl.chcgil.ameritech.net 24.04.05, 16:59
            Zapewne, ciekawe to wszystko jest i zapomniane prawie chociaz rypinski kosciol
            kryje jeszcze wiele tajemnic jak chociazby ta dzwonnica. Bylo to jakos tak
            jesienia, kiedy po mszy w niedziele przy wyjsciu z kosciola natknalem sie na
            ksiedza Edwarda. Usmiechal sie dobrodosznie jak zazwyczaj i powiedzial, ze chce
            ze mna porozmawiac. Wiec podazylem za nim do zakrystii i kiedy sie uciszylo,
            kiedy ludzie wyszli z kosciola a ministranty porozbieraly sie z mszalnych szat,
            ksiadz Edward powiedzial, ze potrzebuje mojej pomocy bo chce sie dostac do
            dzwonow na dzwonnicy i zebym sie tam zjawil wieczorem o 11.00 tej. W tym czasie
            prowadzono tam jakies remonty i na wieze, gdzie dzwony porobiono system
            drewnianych drabin. Zjawilem sie juz prze 11.00 ta a tam juz czekal na mie
            ksiadz ubrany w dresie po cywilnemu z niewielkim plecakiem. I sie zaczelismy
            wspinac po tych chyboczacych drabinach, ja z latarka z tylu a ksiadz Edward z
            lampa naftowa z przodu. I musze sie przyznac, ze sie okrutnie balem bo coraz
            bardziej oddalalismy sie od ziemi.Byl to wietrzny dzien i od czasu do czasu
            galezie sie lamaly starych kasztanow i z lomotem spadaly na ziemie. No ale juz
            nie mialem odwrotu. Serce walilo jak mlot ze strachu a zwlaszcza gdy
            wyploszylismy stamtad rozne ptactwa, jakies wrony, kawki co kraczaly jak i
            dzikie golebie oraz turkawki co gruchaly a i nietoperze w nas uderzaly - istne
            paskudztwo. Pelno tam jeszcze bylo najprzerozniejszej pajeczyny. W koncu
            dotarlismy do tych dzwonow, ksiadz Edward podtrzymywal mnie wystraszonego i
            rozpakowal z plecaka te swoje narzedzia jak i notatki. Ja mu swiecilem a on
            rysowal, notowal z dzwonow chyba daty zapisywal jak rowniez zaczal wyciagac z
            dzior rozne zardzewiale juz przedmioty metalowe. Sypal sie kurz okropny z tego
            wszystkiego, ze az nas na kaszle suche bralo, ktore to w kapocie dusilismy aby
            nas nie bylo sychac. Ubrudzeni kurzem w koncu zeszlismy po tych trzeszcacych,
            wyschnietych drabinach na dol i jak widac ksiadz Edward byl bardzo z tej
            wyprawy zadowolony bo mi uscisnal mocno reke, podziekowal za pomoc i oddalil
            sie w kierunku plebani.
              • Gość: Izotop Re: Dlaczego w Brodnicy jest ul. Św. Jakuba? IP: *.dsl.chcgil.ameritech.net 24.04.05, 23:31
                Dziekuje Onasis ( na greckie mi to nazwisko wyglada), ale zadnej ksiazki nie
                odwazylbym sie pisac i nie wiele ksiazek w zyciu przeczytalem. A pisanie jak
                pisanie, zdania zdaniami, moze z gramatyki nie jestem za tegi, ale chyba
                zrozumiale pisze. Kiedys wchodze do plebani, do mieszkania gdzie Ksiadz Edward
                mieszkal, pukam do drzwi ale nikt nie otwieral, wiec sie zawachalem i mialem
                juz odejsc.... Jednak cus mnie tknelo, cus mnie korcilo wiec uchylilem drzwi i
                wsunalem sie do srodka siadajac na krzesle przy stole i tu widac bylo, ze
                ksiadz Edward byl w trakcie pisania listu. Na stole stal niewielki portret
                pieknej kobiety z wielkimi niebieskimi oczami, zmyslowymi ustami i czarnymi
                wlosami opadajacymi na ramiona. Zapatrzylem sie na to cudo i oczu nie moglem
                oderwac gdy nagle uslyszalem kroki w korytarzu wiec sie od stolu odsunalem.
                Wszedl, ksiadz Edward i byl jak gdyby zmieszany, zdenerwowany i nie pamietal
                nawet, ze mnie zaprosil na lekcje filozofii tego wieczoru, wiec poczulem sie
                niejako glupio. Jednak po chwili sie opanowal, list zlozyl i schowal do
                szuflady a zdjecie trzymal i nie wiedzial co z nim poczac. "Ladna kobieta"
                niezgrabnie wycedzilem a on rzucil na mnie te jego badawcze oczy, lekko sie
                usmiechnal jak gdyby zz komplement dla owej kobiety. Nic nie mowiac przez
                chwile, wahal sie ale zdjecie to zaniosl w koncu do drugiego pokoju tzn. do
                sypialni. Nie dawalo to mi spokoju. Wyjasnial mi ksiadz Edward pewne terminy
                filozoficzne i juz nie pamietam jakie ale wydaje mi sie, ze
                chyba "epistemologie", ktorego to terminu przez jakis czas nie moglem pojac.
                Pozniej przeszedl do filozofii sw. Tomasza z Akwinu a mnie nic do glowy nie
                chcialo wchodzic wiec znow sie zapytalem o owa kobiete o dziewczecym wygladzie
                czy ona to mezatka a on przeszyl mnie wtedy tym jego piorunujacym wzrokiem na
                wylot i juz wiedzialem, ze przesadzilem z moja wscibskoscia. "Prosze mi takich
                pytan wiecej nie zadawac" wycedzil i zaczal szybko oddychac. Obawialem sie tej
                niezrecznej sytuacji spowodowanej moja mlodziencza glupota i zaczalem sie
                domyslac roznosci i jakos wpadl mi do glowy szalenczy scenariusz ksiedza
                Edwarda, ktory musial miec jakis dosyc bliski zwiazek z kobieta na zdjeciu. On
                tez czul sie glupio i przelykal sline. Chcac wybrnac z sytuacji zebralem swoje
                notatki, podziekowalem mu za lekcje i udalem sie do domu.
                  • Gość: Izotop Re: Dlaczego w Brodnicy jest ul. Św. Jakuba? IP: *.dsl.chcgil.ameritech.net 25.04.05, 05:44
                    Ksiadz Edward byl wysokim, szczuplmym, wysportowanym mezszczyzna,ciemnym
                    szatynem o duzych, badajacych oczach na ktorym to czarna sultanna lezala jak
                    dobrze dopasowana zbroja. W tych jego czarnych i niezbadanych jak glebiny wod
                    oceanu oczach podkochiwaly sie mlode rypinianki - panienki jak i zamezne a
                    nawet i licealistki. I z tego to wlasnie powodu zrobila sie w miescie Rypinie
                    istna zadyma. Bo zanim ksiadz Edward do Rypina przyjechal to niewielu Rypinian
                    na stanowiskach chadzalo do kosciola, no bo byly to czasy prl-wskiej
                    nomenklatury i kazden prominent starajacy sie do lokalnego urzedu musial
                    krytykawac tak kosciol rypsinski jak i cala religie katolicka. Wiec odbywaly
                    sie rozne pochody z czerwonemi choragwiami, pierwszomajowe obchody ludu
                    manifestujacego poparcie dla panstwowych a przeto i lokalnych wladz i
                    przeciwko, rzekomemu ciemnogrodowi
                    religijnemu. Ale o dziwo..... Odkad w miescie pokazal sie ksiadz Edward,
                    wszystkie panienki rypsinskie dostaly jak gdyby religijnej odnowy. I nie tylko
                    panienki ale i zony paryjnych, lokalnych prominentow ( pospolitych pijakow co
                    to partii komunistycznej bezkrytecznie du...pe oblizywali). Ksiadz proboszcz, a
                    raczej ksiadz dziekan nie byl z sytuacji az tak bardzo zadowolony no bo
                    wszystkie, co ladniejsze i mlodsze kobitki, ustawialy sie w kolejce do
                    spowiedzi, do konfesjonalu ksiedza Edwarda - zaden chlop tam nie mogl sie
                    dostac ani zadna starsza pani. Ksiadz dziekan-proboszcz nawet nakazywal
                    babciom koscielnym z ambony, ktorych to spowiedzi musial wysluchiwac, aby
                    sobie usta szalwia plukaly bo taki od tych bezzebnych babc smrod z ust wanial.
                    Zenowalo to wszystko skiedza Edwarda, ktory byl, jak by nie bylo, skromnym
                    czlowiekiem. Ale prominentowny nie dawaly za wygrana i ksiedza na prywatne
                    audencje zaczely zapraszac i widac, ze kazda z ksiedzem pragnala niczego innego
                    jak tylko seksu. (czyli go na du..pe naciagaly mowiac wulgarniej). A platne
                    kapowniki rypsinskie tez mialy nielada dylemat - czy sie przyslugiwac
                    centralnej wladzy czy tez tej lokalnej. Wiec wisialo tych kapownikow cala
                    zgraja co to przed wejsciem do kosciola zdjecia robili, zapiski z nazwiskami na
                    donosowych formatach wiernie wypelniali. A jedna dentysktka, zona lekarza
                    rypsinskiego szpitala, to sie w ksiedzu Edwardzie na umor zakochala. W koncu
                    Wladze Centralne z Bydgoszy wyslaly do Rypsina naczelna Rajcowne co to sprawe
                    miala wybadac i formalny raport na rypsinki dziekanat wypelnic. Ta, podobno
                    przyjechala z Bydgoszczy "nicoguto", czyli potajemnie i do kosciola na
                    nabozenstwo weszla a zara po nabozenstwie stanela w kolejce na spowiedz do
                    ksiedza Edwarda.. Kolejka sie przedluzala no bo kazda "grzeszna" tak chciala
                    pokuty przez ks. Edwarda zadanych wysluchac jak i mu w oczy spogladac. Owa
                    Rajcowne bydgoska podobno taki plomien Odnowy ogarnal po spowiedzi, ze kobita
                    zglupiala i.. zaczela sie modlic goraco do Chrystusa Pana... Platne kapowniki
                    rypinskie to wszystko odnotowaly i ze szczebla wyzszego w Warszawie osoby
                    nastepne "incoguto" zaczely sie lemuzynami w Rypsinie pojawiac. Moze to i brzmi
                    nierealnie tera w swiecie swobod polityczno-ekonomicznych.. Ale wteeeedy???
                    Mlodzi to nie maja pojecia i biora sobie wszystko dobrym za nadobne, a moze i
                    ja myle tez pojecia. Zegnam, jednak tajemnice tak Brodnicy jak i Rypina, nie
                    pomijajac Golubia-Dobrzynia, wciaz mnie intryguja. Izotop
                    • Gość: Izotop Re: Dlaczego w Brodnicy jest ul. Św. Jakuba? IP: *.dsl.chcgil.ameritech.net 25.04.05, 17:31
                      Bylo to w Boze Cialo, kiedy to spotkalem ksiedza Edwarda na przykoscielnym
                      dziedzincu, gdzie bylo juz z ranka sporo ludzi odswietnie ubranych a i
                      motocyklami sie co zamozniejs gospodarze z okolicznych wiosek na ta uroczystosc
                      pozjezdzali. Zgielk i tlok zaczal sie robic, jakas muzyka odpustowa jak i
                      jarmarkowa bo po lewej stronie, przy wejsciu do bramy dziedzinca koscielnego
                      dziad Sokalski w wyswiechtanej kapocie, z dluga prawie do ziemi siwa broda
                      rzepolil cus religijnego na skrzypcach i liczyl na jalmuzne do jego niepranej
                      od 30 lat czapki. Rypinianie dobrzy ludzie i Sokoalskiemu grosze dawali z czego
                      uzbierala sie w capce spora tego grosiwa kupka. Po drugiej stronie bramy
                      natomiast, mial stanowisko inny zawodowy zebrak, tyz z capka na ziemi i broda
                      nieco krotsza ale pozlepianu z braku higieny. Ten jednak juz muzyke oferowal
                      jak i slowo spiewane. Byl to chyba imigrant z dalszych okolic Rypina bo go nie
                      znalem a i niezawsze sie na rypsinskich odpustach pokazywal. Ten mial stara,
                      cyganska gitare ale tylko z trzema strunami i rytmicznie na tej rozstrojonej
                      gitarze rzepolil tango:
                      Taaa, ta tam ta taaa, taaa, ta tam tam ta taaaa, i mocnym przepitym glosem
                      zaczal spiewac:
                      Z Rypsinskich lak, taaa tam ta taaa
                      Prylecial bak, ta tam ta taaa
                      Z poniedzialku na wtorek, ta tam ta taaa
                      Ugryzl mnie w sam worek, ta tam ta ta
                      Azem sie zlakl, ta tam ta taaa....itp, itd

                      W zgielku nikt nie zwracal uwagi na slowa nedzarza, ktory to byl swoimi slowami
                      coraz to bardziej rozochocony i widac, ze za pazucha wojskowego szynela mial
                      butelke wodki i sie co jakis czas do muru bramy odwracal i z tej butelczyny
                      pociagal, a twarz mu sie robila coraz bardziej podobna do buraka cukrowego. A
                      dobrzy Rypsinianie traktowali groszami gitarzyste a nawet i calymi banknotami
                      bo i muzyka zebraka jakos im mila sercu byla, a i liczyli tez i na odpusty
                      grzechow po smierci przed ich ewentualnym wniebowstapieniem.

                      Ksiadz Edward skinal na mnie a ja podazylem za nim w kierunku plebani.
                      Siedlismy sobie tam na lawce i zaczal mi mowic, ze ma powazna sprawe i ze
                      chcialby abym sie z nim wybral na wyprawe na Gory Starorypinskie i zebym
                      przygotowal kilof na ta wyprawe jak i dwie lopaty. Wiec sie umowilismy wczesnie
                      rano w sobote przy mostku strumyka przy szosie na Brodnice i drodze na
                      Swiedziebnie.Juz z daleka dojrzalem ksiedza,jego dluga sylwetke w dresie i
                      tramkach z plecakiem wojskowym na ramionach. Szybko zniknelismy w szuwarach
                      podazajac wzdluz strumyka. Stamtad zaczelismy sie wspinac na starorypinska gore
                      i zatrzymalismy sie na jej wierzcholku. Nikogo w okolicy nie bylo. Ksiadz
                      Edward wyciagna ten swoj zeszyt z notatkami i szkicami i zaczal cos porownywac.
                      Wyciagnal miare, kazal mi trzymac jeden jej koniec, cos zapisywal, pozniej juz
                      sam robil dalsze pomiary schodzoc z wierzcholka gory. I slysze jak mowi do
                      mnie tutaj...,, tutaj, chodz i przynies kilof i lopaty do kopania. Ziemia tam
                      juz byla dosyc wyschnieta i dobrze, ze wzialem siekerke z soba bo trzeba bylo
                      powycinac troche krzakow. Kopanie mi nie szlo wiec ksiadz Edward uchwycil w
                      swoje mocne rece kilof i zaczal tym kilofem ziemie traktowac. Kopalismy a to
                      kilofem a to szpadami na zmiane az w pewny momencie natchenelismy sie na cus
                      twardszego, cegly jak gdyby. Ksiadz zaczal te zmurszale wiekami cegly muru
                      odsypywac lopata delikatnie, zeby czego za mocno nie uszkodzic......
                      • Gość: Izotop Re: Dlaczego w Brodnicy jest ul. Św. Jakuba? IP: *.dsl.chcgil.ameritech.net 27.04.05, 02:47
                        Uuuups, przesadzilem tutaj w kilku zdaniach z etyka slowa pisanego, wiec
                        przyrzekam, ze sie poprawie i brzydkich slow uzywal nie bede, chociaz oddanie
                        rzeczywistosci jak i kolorystyki folkloru tamtych lat (naturalistyki,znaczy
                        sie), do takiego jezyka kusza. Ale jak obowiazuja pewne zasady, to trzeba sie
                        ich trzymac i tu musze czytelnikom powiedziec prosto i bez
                        ogrodek "przepraszam". Mimo iz mnie za to nikt tutaj jeszcze reprymendy nie
                        dal, to jednak sam do porzadku nalezytego, zawczasu sie przywolywuje. Izotop
                        • Gość: Izotop Re: Dlaczego w Brodnicy jest ul. Św. Jakuba? IP: *.dsl.chcgil.ameritech.net 28.04.05, 06:09
                          Zabralo nam wtedy z ksiedzem Edwardem na Gorach Starorypinskich sporo tygodni
                          nad wykopaliskami, bo co skonczylismy to musielismy na nowo zasypywac ziemia,
                          lisciami i szuwaramia ale nie dalo sie uniknac lokalnych wandali co to trud
                          tygodni nam rozwalali bo widac bylo przy wykopaliskach gazety, butelki po
                          wodce, piwie i winie patykem pisanym. Pewnej niedzieli udalem sie na msze do
                          kosciola gdzie ksiadz Edward wyglaszal kazanie. W tym kazaniu latwo
                          rozszyfrowalem wiadomosc dla siebie, w czym sie nikt z parafian jednak nie
                          orientowal. Wiec znow sie spotkalem z ks. Edwardem na Gorach Starorypinskich,
                          zonow kilofy i szpady-szufle w ruch, przy tych samych ceglanych umocnieniach
                          sredniowiecznych, jeno ze tym razem ks. Edward przyniosl z soba jakas zagadkowa
                          aparature tj. tranzystorowe, elektroniczne plytki, jak i elektryczne przewody,
                          kilkanascie plaskich baterii do latarek, jak i sluchawki nauszne. Po wyrzuceniu
                          ponownie ziemi i dostaniu sie do sredniowiecznych murow wzdluz ktorych, drazac
                          w prawo, byl dosyc spory wylom, gdzie widac bylo ciemna otchlan. Jednak
                          swiatlo mocnej latarki pozwalalo zobaczyc przestrzen o zapachu zmurszalego
                          drzewa, a raczej zgnilego zaduchu. i tu wlasnie ks. Edward uzyl tej swoje
                          wlasnie aparatury, ktora to on nazywal, detektorem do wykrywania metali. Wiec
                          ta aparaturke przymocowal do kija leszczynowego i wsadzil do wylomu owej
                          otchlani... Obserwowalem twarz ksiedza i jego twarzy wzrastajace napiecie... Po
                          pewnym czasie zdjal szybko sluchawki i nalozyl mi je na glowe a ja tam
                          slyszalem rozne piski a on podrecal potencjometry aparatu. W pewnym momencie
                          wykrzynkal "tam!!!!, wskazujac palcem"... Znieruchomialem a on zaczal rozbijac
                          cegly muru kilofem i
                          sie w koncu do tego zmurszalego pomieszczenia dostal po omacku bo latarka gdzie
                          sie nam zawieruszyla.... A ja polecialem na wierzcholek gory gdzie mialem
                          zapasowe zrodlo swiatla jednak nic nie widzac jak tylko dziure w murze, ale po
                          chwili dostrzeglem zarysy sylwetki ksiedza Edwarda, ktory sie a to tarzal a to
                          rzucal, zmienial kierunek i ruchy ciala i widac bylo, ze badal odlegle mury
                          owej piwnicy i byl tym niezwykle podekscytowany w tej jak by nie bylo
                          przestrzeni, czasem historii nienaruszonej.....
                      • Gość: Izotop Re: Dlaczego w Brodnicy jest ul. Św. Jakuba? IP: *.dsl.chcgil.ameritech.net 01.05.05, 16:03
                        A Rypin to onegdaj ciekawym miasteczkiem byl co sie powiatowego stopnia
                        administracyjnie dorobil. Jedna droga wylotowa na Sierpc-Warszawe druga na
                        Skrwilno, trzecia na Brodnice, czwarta na Torun a piaty wylot z miasteczka na
                        Plock prowadzil. Pelno w okolicy najrozmaitrzych jezior gdzie
                        Rypinianiewybudowali nad brzegami ktorych, swoje letnie rezydencje - nie do
                        pomyslenia wtedy jeszcze, za czasow Rzeczpospolitej Ludowej, no bo za PRL-u
                        kazden obywatel mial miec po rowno, czyli nic jak tylko ta komunistyczna
                        utopie, czyli swiadomosc ze w przyszlosci bedzie okrutnie majetny. I mnie te
                        utopijne obietnice sie udzielaly ale ksiadz Edward sprowadzal mnie na ziemie
                        wyjasniajac na prywatnych lekcjach filozofii, ze nie muskuly napedem i rozwojem
                        swiata jak tylko intelekt i koncepcyjne myslenie. "Popatrz", mawial,"ile na
                        swiecie muskul; wChinach, w Afryce, w Rosji czy w Krajach Arabskich, Indiach???
                        I co te kraje oferuja przecietnemu czlowiekowi????? Nedze!!!!" - gniewnie
                        konkludowal ksiadz. Mocne naciski na tych tajnych kompletach ksiadz Edward
                        kladl w nauczaniu,na takie pojecia jak wolnosc, jednostka, czlowiek,glos
                        rozsadku, cenzura a zwlaszcza na takie zagadnienia filozoficzne jak Metafizyka,
                        Epistemologia, Etyka,Estetyka, Polityka, Ekonomia a nawet i Psychologia. Z
                        poczatku bylem zupelnie przytloczony nieznanymi mi zupelnie terminami i juz
                        planowalem sie wycofywac z tych tajnych kompletow jednak ksiadz Edward
                        niezwykle ciekawie budowa lancuch nowej zupelnie dla mnie wiedzy,o ktorej to
                        wogole prawie nie slyszalem na lekcjach w Liceum Ogolnoksztalcacym mieszczacym
                        sie przy ulicy Kosciuszki u wylotu szosy na Torun, chociaz tam bylo grono
                        wyjatkowo dobrych profesorow, jednak trzeba pamietac, ze bylyto czasy scislej
                        kontroli umyslu, za wyrwanie sie spod ktorej grozily profesorom kary
                        pozbawiania nauczania jak i kary pozbawienia wolnosci.
                          • Gość: Izotop Re: Dlaczego w Brodnicy jest ul. Św. Jakuba? IP: *.dsl.chcgil.ameritech.net 02.05.05, 04:57
                            Czy ja wiem Hrabia, ze ja szczesciaz? Takie byly realia, takie byly wtedy
                            okolicznosci, jedni pili na umor, inni sie uczyli a jeszcze inni zabiegali o
                            komunistyczne posady, albo wogole o posady, bo przecie nie bylo zadnych innych
                            wyborow, wiec jestem dosyc ostrozny jezeli chodzi o krytyke mieszkancow tak
                            Brodnicy jak i Rypina. Humorystycznie czasami podchodze do egzystencji tamtych
                            czasow, starajac sie jednak aby nikogo z zyjacych nie obrazic, nie oczernic. I
                            gdybym mlodosc swoja przezywal w obecnych czasach to tez bym znalazl jak i
                            zaobserwowal cos ciekawego, cos raczej pozytywnego, niz negatywnego i nie
                            wartego uwagi. W kazdym zyciu, bez wzgledu na okolicznosci, mozna zawsze
                            zauwazac pozytywne aspekty. A Brodniczanie, to juz inna kategoria ludnosci bo
                            to ludzie nie az tak skorzy do zwad jak np. Rypinianie, ktorzy tez maja te
                            swoje zalety przedsiebiorczosci a czesto i talentu pisarskiego. Jednak skorosc
                            do zwad i niesnasek Rypinian, nie pozwala im na taki rozwoj, jaki osiagaja
                            Brodniczanie. Wiec moze Hrabio, aby wilk byl syty i owca cala, aby z jednej
                            spolecznosci wziac to co najlepsze i z drugiej to samo, to zalecajmy aby
                            rypsinianki wychodzily za maz za Brodniczan, albo na odwrot, tzn. niech sie
                            Rypinianie ogladaja za Laskami z Brodnicy, i oby nie wynikla tylko z tego
                            kiedys jaka Wojna Tojanska... Ale kto wtedy polozy (zainwestuje) na brodnicka
                            Helene a kto na rypsinskiego Kooonia???
                        • Gość: Izotop Re: Dlaczego w Brodnicy jest ul. Św. Jakuba? IP: *.dsl.chcgil.ameritech.net 01.05.05, 18:43
                          Uuuupps, cos tu pokrecilem, chociaz nie zupelnie, bo wszagze ekonomia nie jest
                          przeciez zagadnieniem filozoficznym jednak z filozofia ma wiele wspolnego z
                          ekonomia no bo jak w narodzie bedzie dominowala filozofia - swiadomie lub
                          podswiadomie- taka bedzie i polityka. A jaka polityka taka i ekonomia,
                          wyjasnial mi wtedy ksiadz Edward i do dzisiaj to mam utrwalone. Jednak jak to
                          on mnie przekonywal przykladami i wnioskami, ze cokolwiek bym od niego nie
                          uslyszal to sam mam sie odwolywac do swojego najwyzszego autorytetu tj. do
                          autorytetu wlasnego Rozumu. Bo jak mawial ksiadz "Stworca obdarzyl Cie darem
                          niezwyklym a dar ten nazwal Rozumem nie naprozno, a do tego daru dodal jeszcze
                          Ci Wolna Wole, wiec kieruj sie nia. I mimo, ze niewola tak mysli jak i wolnej
                          woli jest nam czasowo przez komununistow narzucona, to jednak nadejdzie czas
                          kiedy dyktatura ta padnie a to dlatego iz stoi ona na zupelnie blednych
                          przeslankach, ktore podwazaja to Naturalne (Boskie) Prawo Przyczyny i Skutku.
                          Wiec logicznie a przeto i ekonomicznie to komunizm nie ma szans na dluzsze
                          przetrwanie, przekonywal mnie ksiadz. A jak zawali sie ekonomicznie to zawali
                          sie tez i politycznie. Mowie do niego; "nie za moich to czasow nastapi, prosze
                          ksiedza", a on mi na, ze pewnie sie wkrotce zdziwie... Jakos nie moglem
                          uwierzyc ksiedzu w te bajkowe, jak mi sie wtedy wydawalo, przepowiednie. Jednak
                          teraz, po latach, jeszcze bardziej podziwiam niezwykla sile poznawcza intelektu
                          ksiedza Edwarda, bo kto wtedy mogl sobie wyobrazic, ze komuna w koncu i to juz
                          niedlugo, padnie.
                          Pewnego wieczoru,kiedy zjawilem sie na plebanii z zeszytami, zaczalem nekac
                          ksiedza Edwarda tematem cudow, ktorego to tematu ksiadz nie chcial
                          podtrzymywac, ale ja nie dawalem mu spokoju, no bo tak sobie pomyslalem, ze
                          jezeli ksiadz tak usilnie jest przekonany do Prawa Przyczyny i Skutku to jak
                          wytlumaczyc "Cuda", ktore przecie poza tym Naturalnym Prawem. Jednak ksiadz,
                          jak gdyby bawil sie ta moja dociekliwoscia, az wrescie opowiedzial mi o cudzie
                          Przyszlosci. Otoz, zaczal mi mowic, ze juz istnieja cuda, chociazby Cud
                          czlowieka w przestworzach, czyli loty kosmiczne. I dalej mowi, "wiesz, z
                          pewnoscia ludzkosc, wlasnym dorobkiem i sila Rozumu, dorobi sie do takiego
                          poziomu cywilizacyjnego, ze zbuduje taki kosmiczny pojazd, ktory pozwoli
                          czlowiekowi, zamiast po smierci do za zycia dostawac sie do Nieba i sobie u
                          dobrego Pana Boga o audencje prosic i moze dowie sie od Stworcy czegos o
                          tajemnicy tworzenia. Bedzie sie, byc moze, mozna wybrac w podroz kosmiczna do
                          Raju aby sie spotkac z Wszystkimi Swietymi. Ksiadz zbyl mnie tym, rozesmial sie
                          wesolo a mnie spokoju te jego zarty nie dawaly, bo wcale nie bylem przekonany,
                          ze byly to zarty, bo coraz bardziej zaczalem sobie zdawac sprawe o potedze i
                          rozwojowym potencjale cywilizacyjnym i z tego rowniez, ze ludzie zyja z roku na
                          rok dluzej i lepiej w zachodnich kulturach. I powiedzial mi jeszcze ksiadz
                          Edward na koniec naszej lekcji-dyskusji; "Izotopie, kto wie, jednak ty bedziesz
                          mial byc moze szanse na zycie do 150 lat a za twoich jeszcze czasow juz beda
                          ludzie z szansami na dozycie do 200 lat, kiedy to czlowiek nauczy sie budowac w
                          laboratoriach czesci zamienne do organizmu, jak i nauczy sie higieny dobrego
                          odzywiania bo jak narazie to pokarmy, ktore spozywa nie pokarmem sa ale czesto
                          tez i truciznami. Ksiadz, zawsze mi przypominal, ze jedna z najwiekszych
                          trucizn, ktore czlowiek spozywa to cukry i nie tylko cukry proste (rafinowane)
                          ale tez i cukry zlozone jak pieczywa z bialej, rafinowanej maki.

                          Mialem z ksiedzem rowniez i wesole momenty. Otoz w podziemnym bunkrze-pokoju,
                          przylegajacego do newego domu, ktory to moj ojciec wybudowal, mialem tam
                          tajemny warsztat jak i laboratorium, o ktorego to bunkru historii i koncepcie
                          mojego ojca napisze innym razem. Ksiadz Edward chcial mnie przekonac o
                          szkodliwosci palenia jak i o szkodzliwosci picia alkoholu bo wiedzial, ze
                          kurzylem pokryjomu a i pociagalem sobie w Malpim Gaju czesto wina patykiem
                          pisane z licealnymi kolegami. Wiec w tym laboratorium-warsztacie, do probowki
                          wrzucil tlacego sie papierosa,nakryl go gazikiem i wrzucil tam jakiegos
                          insekta. Dawka dymu tytoniowego byla dosyc silna, ze po czasie insekt ten
                          przestal sie ruszac, a ja mialem za zadanie opisywac moje obserwacje. Nastepnie
                          ksiadz Edward wzial nastepnego insekta ze szklanego sloiczka, wlozyl do innej
                          probowki i zalal go naparstkiem spirytusu. Oczywiscie insekt szybko
                          znieruchomial... Kazal mie wiec ksiadz Edward nie tylko moje obserwacje opisac,
                          ale tez i wlasne wnioski udokumentowac. Wiec napisalem to moje wnioski w takiej
                          oto wtedy formie "Kto pije i pali ten nie ma robali", ha ha ha.. I sie tak z
                          tego obydwoje z kiedziem Edwardem rechotalismy, ze nawet jak to pisze obecnie
                          to zbiera mnie na smiech, bo ksiadz Edward byl czlowiekiem o wyjatkowym
                          poczuciu humoru. Oczywiscie, ze palenie szybko rzucilem a picie uprawiam tylko
                          i wylacznie rekreacyjnie dobrymi zazwyczaj winami lub tez koktajlami - no bo
                          przecie trza sobie od czasu organizm odrobaczyc he he he....
                            • Gość: Izotop Re: Dlaczego w Brodnicy jest ul. Św. Jakuba? IP: *.dsl.chcgil.ameritech.net 01.05.05, 23:58
                              Moj ojciec byl przekonany, ze dojdzie wkrotce do nuklearnego konfliktu pomiedzy
                              wschodnim blokiem komunistycznym a zachodnim NATO. Ojciec byl
                              wysokowykwalifikowanym chemikiem i zazwyczaj nie bylo go w domu przez kilka
                              tygodni, bo byl wzywany do roznych fabryk tak w kraju jak i w krajach
                              osciennych bloku komunistycznego. Kilka razy nawet byl w Moskwie na
                              konferencjach naukowych, ale sam do partii nigdy nie nalezal, chociaz go
                              nekano, a nawet go i kiedys wywieziono i zamknieto w wiezieniu, nawet nie
                              wiedzialem co sie z nim stalo i nie moglem sie nigdzie dowiedzic. Ojca zawsze
                              tlumaczyl sie tym, ze jest osobo gleboko wierzaca i ze nie moze byc
                              jednoczesnie ateista-komunista i wierzacym. Z wiezienia wyszedl i pozniej juz
                              nie chcial do pracy zawodowej wrocic. Jednak przyjezdzaly do domu do nas rozne
                              osobistosci z Warszawy gdzie, mnie ojciec kazal wyjsc z domu do wojostwa a sam
                              z nimi prowadzil ostre czest rozmowy. Az wreszccie go widocznie udobruchali i
                              od tego czasu przyjezdzal po niego kierowca ze sluzbowym samochodem i juz nie
                              musial podrozowac pociagiem w delegacje. Ojciec byl sam i po smierci matki juz
                              sie nie ozenil. Czesto dyskutowal on z ksiedzem Edwardem polityke jak i razem w
                              trojkie wysluchiwalismy zagluszonych audycji Radia Wolna Europa jak i Glosu
                              Ameryki. Ojciec spotykal sie na roznych konferencjach z roznymi osobistosciami,
                              jak rowniez i z oficerami wojskowymi wysokiej rangi. Od nich sie wiele rzeczy
                              podowiadywal a zwlaszcza, ze oficerowie ci lubili sobi tego popic i wtedy im
                              sie czesto jezyk rozwiazywal. Mieszkalismy w starym, drewnianym domu za miastem
                              gdzie posiadalismy rowniez troche uprawnej ziemi. Ojciec zajal sie planami
                              budowy nowego domu murowanego, a przy tym pomagali mu jego mlodsi bracia. Wiec
                              bedac przekonanym, ze konflikt nuklearny rozegra sie nad Polska, w starciu z
                              Zachodem, ojciec zapobiegawczo i w tajemnicy, wybodowal, przylegajacy do domu i
                              gleboko w ziemi bunkier z roznymi urzadzeniami, pompami, lodowka, spizarnia jak
                              i woda pitna w zbiornikach. Budowal go z betonu ale przedtem gdzie nazwoscil
                              cale arkusze-zwoje, cienkiej olowianej blachy,ktore mialy chronic pomieszczenie
                              przed promieniowaniem. Byla tam tez i specjalna apteczka z lekarstwami a
                              zwlaszcza sporo Jodyna, juz teraz nie pamietam dokladnie tego zwiazku
                              chemicznego, ale razem z ksiedzem Edwardem doszli do wniosku, ze napicie sie
                              jodyny uchronic mialo gruczol bodajze tarczycy przed napromieniowaniem, ktore
                              to promieniowanie doprowadziloby do jakiejs tam paskudnej formy raka. Nie bylo
                              to tajemnica wielka wtedy, bo nawet nauczano tego na niektorych programach
                              wojskowych, obowiazywanych na studiach, ze ZSRR wraz z calym blokiem wschodnim
                              przygotowywuje sie powoli do ataku "obronnego" na Europe, czyli na NATO i ze
                              wlasnie ten atak jest podyktowany obronnoscia bloku sowieckiego. Natomiast co
                              rozsadniejsza, i inteligentniejsza czesc oficerow podleglego komunistom Wojska
                              Polskiego, zdawala sobie sprawe, ze jak Komunistyczna Nawala ruszy na Europe,
                              to NATO, w celach wlasnej samoobrony bedzie zmuszone zrzucic ladunki nuklearne
                              gdzies na srodek pasa Polski, co pozostawiloby tylko po ojczyznie smierc i
                              zgliszcza. Do twardoglowych taka doza zdrowego rozsadku nie dochodzila, no bo
                              byli oni slepo oddani Religii Komunistycznej samozaglady. Spostrzezenia mojego
                              ojca podzielal i ksiadz Edward, jednak on mial nadzieje, ze do takiej opcji nie
                              dojdzie. Pozniej, po latach dowiedzialem sie, ze ktos z wewnatrz sztabu, dawal
                              poufne i szczegolowe informacje dla CIA i dlatego Zachod ostrzegal Moskwe i
                              dawal jej do zrozumienia, ze zna koncepcje tego, rzekomego "ataku obronnego" na
                              Europe. Amerykanie grozili, ze kazdy taki krok bedzie samobojstwem calego bloku
                              wschodniego, i dlatego byc moze, do konfliktu nuklearnego nie doszlo. Rowniez i
                              Watykan, za czasow Pawla II, dostarczal cennych informacji o Wschodnim Bloku,
                              dostajac je tajnymi, watykanskimi kanalami, z roznych pouwnych zrodel. W tym
                              czasie do Rzymu, po kilka razy w miesiacu przyjezdzal owczesny Dyrektor CIA,
                              na "audiencje" do polskiego papieza. Komunisci zdawali sobie z tego dobrze
                              sprawe i dlatego tak intensywnie pracowali nad zgladzeniem, naszego dzielnego i
                              nieustraszonego papieza. Zaden papiez przedtem, nieodwazylby sie na zadna
                              wspolprace z CIA. Jednak papiez zdawal sobie sprawe z niebezpieczenstwa
                              konfliktu nuklearnej zaglady i korzystal z najlepszych "narzedzi", aby do
                              takiego konfliktu nie dopuscic, jak i po to aby w kocu doprowadzic do
                              wyeliminowania Imperium Zla.
                              • Gość: Izotop Re: Dlaczego w Brodnicy jest ul. Św. Jakuba? IP: *.dsl.chcgil.ameritech.net 02.05.05, 04:14
                                Bylo to wtedy kiedy ojca, zabrali tajniaki ze Sluzby Bezpieczenstwa tuz po
                                Nowym Roku. Ojciec nie wracal ranki i wieczory, nie pisal i nie telefonowal,
                                ani tez nie wysylal zadnego do mnie telegramu a zawsze, gdy przedluzano mu
                                delegacje to mnie zaraz telegramem a przewaznie telefonicznie powiadamial.
                                Zdawalismy sobie sprawe z tego, ze telefony w Rypinie byly na ciaglym
                                podsluchu nadgorliwcowow z bezpieki. Pieniadze mi sie juz zaczely wyczerpywac
                                jak i prowiant w lodowce. Ksiadz Edward przynosil mi jedzenie ale w koncu mowi
                                do mnie, ze czas na polowanie. Zalozylismy na nogi narty biegowki, do plecakow
                                wzielismy troche prowiantu jak i goracej herbaty do termosow i udalismy sie
                                rano o godzinie 3 ciej w 10 kilometrowa wedrowke po okolicznych polach,
                                zamarznietych jeziorach, szuwarach, wawozach gdzie krzyzowaly sie sarnie
                                sciezki, gdzie bylo sporo tropow zajeczych jak i bazancich, kuropatw i lisow..
                                Zima owego roku byla wyjatkowo mrozna jak rowniez nawalilo sporo sniegu a
                                zadymki i wichury porobily najrozmaitsze zaspy sniegu w okolicy. Nasze tureckie
                                luki wsunelismy do bialych pokrowcow, jak i mielismy na sobie cieple ubrania na
                                ktore narzucilismy biale kombinezony co to je nam moja ciotka uszyla z
                                przescieradel, tak ze przedzieralismy sie po snieznej polaci jak duchy noca,
                                ktorych trudno bylo dostrzec. Kazdy z nas mial w bialym kolczanie po dwa tuziny
                                strzal. Jedne byly z ostrymi grotami na sarny, inne mialy groty ostre a za
                                grotami stopery na zajace, bazanty jak i na kuropatwy. Bo jak sie strzelilo do
                                bazanta ostra strzala bez stoppera, to strzala momentalnie przeleciala przez
                                bazanta i juz jej nie mozna bylo znalezc a duzy, tlusty bazant jeszcze byl w
                                stanie przeleciec dluga droge w krzaki i szuwary wawozow gdzie go sie
                                przewaznie tez juz nie znalazlo. Na kuropatwy nie trzeba bylo wcale ostrych
                                grotow, wystarczyl na koncu strzaly luski od poniemieckich pistoletow, z
                                olowianymi wkladkami aby im nadac wiekszego ciezaru a przeto i wieksza sile
                                uderzenia, ktorej to szybkosc lotu strzaly z jej znacznym ciezarem wystarczyla
                                aby kuropatwe wytracic z lotu, czy tez powalic na ziemi. A zajac to juz byla
                                trwardsza sztuka. Na zajaca najskuteczniejsze byly wlasnie ostre groty z taka
                                kolczatka za grotem (stoperem) co to uderzyla bazanta ale na wylot przewaznie
                                strzala nie przeszla, ale zatrzymywala zajaca natychmiast w biegu albo powalala
                                go na ziemie stojacego. Moze to sie obecnie wydawac niezbyt przyjemne i krwawe
                                zajecie, jednak aby przetrwac ciezka zime to trzeba bylo sie i na to decydowac
                                a ksiadz Edward przytaczal mi fragmenty z bibli gdzie polowanie, jak i uboj
                                zwierzat byly Bozym zezwoleniem. Polowanie z luku zupelnie rozni sie od
                                polowania z broni palnej. Z broni palnej strzela sie na znaczne odleglosci,
                                badz to to w pojedynke czy tez zbiorowo a zwlaszcza z nowoczesnych sztucerow z
                                lunetami. Wiec mysliwemu z karabinem nie zalezy specjalnie na zachowaniu ciszy,
                                tropieniu i skradaniu sie. Z luku aby oddac pewny strzal i aby nie zranic
                                zwierzyne to trzeba tropic zwierza jak i podchodzic na jak najmniejsze
                                odleglosci gdzies do 15 najwyzej 30 metrow, a sarne do 40 metrow. Lucznik nigdy
                                nie poluje zbiorowo. Lucznik poluje samotnie, tropi i skrada sie samotnie. Wiec
                                zatrzymalismy sie z ksiedzem Edwardem przy szuwarach niewielkiego wawozu u
                                skraju lasu, zjedlismy kanapki i rozgrzalismy sie herbata a po tym on
                                powedrowal w swoja strone a ja w swoja, kazdy z dala od siebie i ciagle pod
                                wiatr aby nas zwierzeta nie zwietrzyly. Umowilismy sie w tym samym miejscu o
                                godz. 10 tej przed poludniem. Na razie ja podazalem niewielka iloscia tropow
                                roznego ptactwa, gdzie krzyzowaly sie tropy lisie zanim zobaczylem po sladach i
                                odchodach, ze przechodzla tedy spora grupka saren......
                                • Gość: Izotop Re: Dlaczego w Brodnicy jest ul. Św. Jakuba? IP: *.dsl.chcgil.ameritech.net 02.05.05, 22:39
                                  Wyciagnalem luk z pokrowca, jak i kolczan z strzalami, ktory zarzycilem na
                                  plecy. Na lewej rece mialem ciepla skorzana rekawice a na prawej mialem po
                                  przyszywane do palca wskazujacego i dwoch nastepnych palcow rekawicy, grubsze
                                  kawalki skory do naciagania cieciwy aby cieciwa nie uwierala palcow a rowniez
                                  po to aby sie z tych dodatkowych latek skorzannych dobrze zeslizgiwala. Zreszta
                                  i ksiadz Edward mial podobnie przygotowana rekawice. Kije do nart ukrylismy juz
                                  uprzednio z ksiedzem w krzakach. Zalozylem strzale na cieciwe i zaczalem sie
                                  bardzo powoli posowac na nartach wzdluz krzewow iglastego i lisciastego lasu.
                                  Sarny reagowaly bardzo szybko na odlosy krokow, na sniegu, na skrzypienie
                                  sniegu, jednak to co zauwazylismy z ksiedzem wybierajac sie czesto zimowe
                                  wedrowki na nartach, ze sarny nie bywaly wyploszone gdy posuwalismy sie wlasnie
                                  na nartach, z pewnoscia i biale okrycie pomagalo jako dobry kamuflarz do
                                  snieznego otoczenia. Czekalem przez jakis czas ukryty za chojniakiem, ale sie
                                  nic nie dzialo.... Zaczelo sie juz powoli przejasniac wiec zaczalem badac pole
                                  jak i obrzeze lasu lornetka, ktora mialem zawieszona na szyi. Dytychczas bylo
                                  bardzo cicho no i wciaz mrozno, jednak po chwili drzewa zaczely sie kolysac i
                                  poczulem chlodny wiatr na policzkach. Byla to dobre zjawisko, jako ze odglosy
                                  poruszania sie na sniegu jeszcze bardziej tlumil nadchodzacy wiatr. Po chwili
                                  uslyszalem za soba jak gdyby trzask lamiacej sie suchej galazki, pozniej drugi
                                  dochodzacy z lasu..... Opuscilem lornetke, strzale ponownie nalozylem na
                                  cieciwe, ktora to lekko naciagnalem trzema palcami aby byc dotowy do oddania
                                  strzalu, pozniej juz slyszalem jak leci wyploszone stadko saren z glebi lasu.
                                  Odpialem narty i schowalem sie w szuwarach. W pewnym momencie nastapila cisza
                                  a ja juz widzialem jedna sarne nastawiajaca uszu, ktora sie po chwili uspokoila
                                  jednak ostroznie stapala... Serce zaczelo mi walic w piersi jak oszalale, jakos
                                  na polowaniach nigdy sie tego podekscytowania nie moglem pozbyc. Sarny byly ode
                                  mnie chyba ze 40 metrow a ja obserwowalem je peryferialnym widzeniem bo
                                  uwazalem, ze patrzenie wprost zwraca uwage saren, tak jak patrzenie
                                  drapieznikow. Sarny szly blizej i blizej i byly juz jakie dwadziescia krokow
                                  ode mnie...... Zaczalem wiec powoli naciagac cieciwe upatrzywszy sobie
                                  stosunkowo najwieksza sarne kiedy to nagle zwierzeta zerwaly sie do biegu wciaz
                                  w moim kierunku.... i juz przelatywaly kolo mnie ukrytego moze z 15 krokow a ja
                                  nie mialem innego wyboru jak tylko strzal w biegu. Naciagnalem wiec cieciwe do
                                  policzka i prowadze strzale na sarne koncetnrujac sie na malenkiej ciemej
                                  plamce, gdzies w okolicy pluc, tak jak mnie uczyl ksiadz Edward przypominajac
                                  aby sie nie koncertowac na calej sarnie jak tylko skupic sie i wypalic dziure
                                  wzrokiem bo jak nie to spudlowanie bedzie pewne. W pewnym momencie poczulem ta
                                  pewnosc siebie, ten nie do opisania stan psychiczny calkowitej harmoni zmyslow
                                  i ciala, gdzie blyskawicznie wyobrazalem sobie jeszcze nie wypuszczonej
                                  strzaly, ktora kieruje sie do tego punktu i przeszywa sarne na wylot....
                                  Zwolnilem strzale, ktora poleciala ciuchutko, jednak z wielka szybkoscia w
                                  zamierzonym kierunku, utkwila w ciele sarny i wyleciala z drugiej strony,
                                  padajac na sniegu co wskazywalo, ze strzal byl w miekka tkanke a nie w
                                  zebra......., Reszta saren uciekla w krzaki kierujac sie do wawozu. Przeszyta
                                  strzala sarna rzucila sie do ucieczki jak szalona, jednak gdzies po dziesieciu
                                  metrach zaczela wyraznie slabnac az w koncu runela na ziemie...... Czekalem
                                  jeszcze chwile, kedy uslyszalem z glebi lasu trzesk lamiasych sie galazek, wiec
                                  szybko wyciagnalem nastepna strzale i nalozylem na cieciewe i bylem pewien, ze
                                  to dalsza czesc stadka saren... Czekalem w napieciu i korcilo mnie zeby w
                                  krzaki na oslep strzelic, za co mnie ksiadz Edward zawsze ganil i temperowal
                                  moje zakusy..... Po chwili slysze jednak, ze to musial isc czlowiek..... Wiec
                                  sie przerazilem bo myslalem, ze to gajowy jaki w lesie klusownikow szuka albo
                                  drugi klusownik poluje gdzies w poblizu... Jednak go rozpoznalem.... Szedl
                                  powoli i badal powloke sniezna a jednoczesnie strzale mial na cieciwie, wiec go
                                  zawolalem, on drgnal i skinal zebym do niego przyszedl..... Okazalo sie, ze
                                  ksiadz Edward strzelal z wiekszej odleglosci, trafil w sarne ale gdzies
                                  zginela mu w krzakach... Podeszlismy do mojej sarny, ktora juz nie zyla...
                                  Strzal byl prosto w pluca.. Ksiadz mi pogratulowal, wciagnelismy sarne glebiej
                                  w las, zeby jej nikt nie zobaczyl przypadkowo i zaczelismy szukac sarny
                                  ksiedza .... Po chwili ksiadz mnie wola.... Podszedlem i widzialem jak wyciagal
                                  z szuwarow niezywe zwierze.. Jego strzal byl tuz za lopatka, a jednak sarna
                                  jeszcze potrafila uleciec jakies 40 metrow..... Pogratulowalem i ja ksiedzu
                                  Edwardowi doskonalego strzalu. P chwili wyciagnal on ze skorzanne pchwy
                                  wlasnorecznie zrobiony noz i zabral sie do patroszenia.. Ja rownie wyciagnalem
                                  moja ostra finke i tez zabralem sie do tej krwawej koniecznosci......
                                  • Gość: Izotop Re: Dlaczego w Brodnicy jest ul. Św. Jakuba? IP: *.dsl.chcgil.ameritech.net 03.05.05, 02:54
                                    Wypatroszone sarny powiesilismy na drzewach w gestwinie lasu a sami udalismy
                                    sie na poszukiwanie innej zwierzyny a glownie kuropatw i bazantow. Widzilismy
                                    kilka razy zajace ale byly z dala i niezwykle plochliwe, tak ze nie bylo szans
                                    na zblizenie sie do nich na odleglosc strzalu. Plecaki jak i kije i narty
                                    zostawilismy krzakach i zaczelismy zchodzic w doline gdzie sporo bylo krzakow i
                                    szuwarow i widac bylo rowniez tropy kuropatw a dalej i tropy bazantow.
                                    Porszualismy sie tak chyba z dwie godziny po nierownosciach, dolkach
                                    zaglebieniach kiedy mi nagle spod nog prawie wylecialy dwa spore bazanty.
                                    Zlozylem sie do strzalu, szybko wypuscilem strzale ale strzala przeleciala obok
                                    jednego bazanta hybijajac, jednak zauwazylem, z zdrugiego, wiekszego koguta
                                    posypaly sie piora, ptak jak gdyby zawisnal na chwile w powietrzu i zaczal
                                    spadac na ziemie. Obejrzalem sie za siebie a ksiadz Edward sie usmiechal - to
                                    byl jego strzal i jego bazant. Stoper (kolnierzyk) za grotem zrobil sporego
                                    balaganu w wnetrnosciach ptaka. Ksiadz przypial bazanta rzemykiem do
                                    szerokiego pasa wojskowego i dalej kontynuowalismy polowanie... Nagle...
                                    unislem reke i dawalem znac ksiedzu aby sie nie ruszal.. Przedemna w dolku
                                    przykucnely kuropatwy, bylo ich chyba ze siedem sztuk. Pochylilem sie do ziemi
                                    i zaczalem sie na kolanach i rekach skradac w kierunku ptakow i mialem wciaz
                                    dobra oslone tak ze mnie kuropatwy nie widzialy.. Strzale na luku mialem z
                                    tepym grotem z luski od pistoletu. Naciagnalem plynnym ruchem luk skosnie do
                                    ziemi, strzale do grotu, jej koniec do uch i spuscilem cieciwe... Kuropatwy
                                    nawet sie nie poderwaly a strzala z mocny impaktem udezyla w srodek grupki..
                                    Teraz juz spoloszne ptaki gwaltownie i glosno sie poderwaly a jeden zaczal sie
                                    trzepotac w sniegu... Szybko do niego podlecialem i cierpienia jego ukrocilem.
                                    Ksiadz obserwowal to cale zajscie i mnie skarcil. "Pewnie mierzyles do calej
                                    gromadki kuropatw", spytal sie. Skinalem mu, ze tak. "To blad,blad, blad
                                    powtarzal. "Musisz nabrac nawyku w swoja podswiadomosc i wylapywac najmnieszy
                                    punkt na ptaku, na piorach i tam i tylko tam "wypalic" cala swoja koncentracje
                                    na tym punkcie na nie nie strzelac do grupy, czy do kuropatwy". Z pewnoscia
                                    mial racje, bo od dobrej techniki strzelania jak i dyscypliny w tym przepieknym
                                    sporcie nie powinno sie odstepowac a zwlaszcza wlasnie w strzelaniu
                                    instynktownym, bez celownikow, metodada tradycyjna, odruchowa. Ja rownie
                                    przypialem sobie kuropatwe rzemykiem do paska i tak hasalismy az do poznego
                                    popoludnia po dolinkach, pagorkach, po szuwarach i u skraju lasu az
                                    wrocilismy tam gdzie zostawilismy narty i kije do nart. Ja juz po wtedy nic nie
                                    upolowalem jak tylko stracilem okolo dziesieciu strzal chybiajac a to w bazanty
                                    a to w kuropatwy a nawet skusilem sie na dlugi bo 80 metrowy strzal do zajaca,
                                    ale tez chybilem nie odnajdujac juz w sniegu zadnej ze strzal. Ksiadz Edward
                                    mi na dwie godziny zniknal, a kiedy mnie odnalazl mial jeszcze jednego bazanta
                                    i kuropatwe przypiete do paska przy biodrach. Dotarlismy w koncu tam gdzie
                                    zostawilismy sarny, ktore juz zesztywnialy. Zaczelismy razem z ksiedzem
                                    Edwardem zdzierac skory ze zwierzat i je cwiartowac. Wszystko co wartosciowe
                                    wsadzilismy do wielkich plecakow a reszte zostawilismy lisom, krukom i wronom.
                                    Spalaszowalismy kanapki popijajac herbata i udalismy sie w dluga droge do domu,
                                    juz o zmieszchu tak zeby nikt nas nie widzial z bliska i sie za bardzo nie
                                    dopytywal co mamy w plecakach......
                                    • Gość: Izotop Re: Dlaczego w Brodnicy jest ul. Św. Jakuba? IP: *.dsl.chcgil.ameritech.net 03.05.05, 05:41
                                      Do Brodnicy ciagnelo mnie tak jak do zadnego innego miasta na swiecie, gdzie do
                                      liceum uczeszczala tam moja przesliczna, niebieskooka, czarnowlosa Nina K,
                                      najbardziej seksowna,ta z najbardziej romantycznych lasek, jakakolwiek i
                                      kiedykolwiek w zyciu spotkalem. Nina uwodzila mnie w zyta pelne niebieskich
                                      habrow latem, i z nia doswiadczalem nawspanialszych powabow glebi jej ciaaala.
                                      Dopiero jak poznalem Nine, zycie mialo dla mnie ten szczegolny sens i bez
                                      wzgledu na to co ksiadz Edward gadal o sensie istnienia, o Bogu i o Niebie to
                                      jednak Nina byla Nadewszystko bo Ona byla moim Rajem, moim uniesieniem, moim
                                      ciaglym marzeniem i natchnieniem.......
                                      • Gość: Izotop Re: Dlaczego w Brodnicy jest ul. Św. Jakuba? IP: *.dsl.chcgil.ameritech.net 03.05.05, 16:58
                                        Musze sie tutaj troche usprawiedliwic. Przeczytalem kilka ostatnich moich
                                        wpisow i widze, ze pelno tam roznych bledow. Niestety tak to ja juz pisze,
                                        szybko wszystkimi palcami, niestarannie, bez ogladania sie do tylu, nie robiac
                                        zadnych przewaznie poprawek, nie piszac na brudno, po prostu z przyjemnoscia
                                        wspominam tamte, mlodziencze lata, rekreacyjnie,chociaz wiele miejsc juz mi sie
                                        zaciera, jednak glowne pryncypia wiedzy zycia, czy tez ramy odniesienia,
                                        ktorych to sie uczylem tak w Liceum rypinskim, od ojca, czy ksiedza Edwarda, od
                                        Rypinian, od Brodniczanm, wciaz pamietam, wciaz ta wiedze praktykuje, co
                                        pozwala i na w miare dostatnie zycie, ktore i duchowo jest niezwykle bogatym. W
                                        tym tygodniu bede dosyc intensywnie zajety, wiec bede kontynuowal moje
                                        wspomnienia w nastepnym tygodniu. Do milego zobaczenia. Izotop
                                        • Gość: Izotop Re: Dlaczego w Brodnicy jest ul. Św. Jakuba? IP: *.dsl.chcgil.ameritech.net 05.05.05, 06:35
                                          Moj ojciec mial obsesje sluchania Radia Wolna Europa a zwlaszcza sluchania
                                          programow radiowych na falach krotkich Glosu Ameryki. W czasie gdy wracal z
                                          dlugich delegacji na kilkudniowe wolne to razem z ksiedzem Edwardem siedzieli
                                          przy czeskim odbiorniku radiowym marki Tesla albo niemieckim Grounding i do
                                          poznej nocy wsluchiwali sie w zagluszane przez Ruskich fale eteru. Czasami sie
                                          obydwoje denerwowali bo zagluszenia tych fal byly dosyc skuteczne i nic nie
                                          mogli uslyszec. A ja razem z nimi, kiedy odrobilem lekcje zadane z liceum,
                                          przysuwalem sie z krzeslem do odbiornika z "magicznym okiem", czyli
                                          dostrojeniowa neonowka i wsluchiwalem sie w zupelnie inna rzeczywistosc niz ta
                                          ktora istniala i Utopie, ktora nam sowieccy i polscy komunisci obiecywali. Jak
                                          zaklocenia byly zbyt mocne, to ojciec z ksiedzem szukali Glosu Ameryki po
                                          angielsku jako, ze tak jeden jak i drugi jezykiem tym wladali biegle. Mnie
                                          angielski nie szedl z poczatku tak dobrze, ale ojciec kladl scisly rygor,
                                          zwracajac szczegolna uwage na gramatyke i byl nieublagalny, niewybaczalny a na
                                          mentora nie tylko z filozofii ale i z angielskiego wyznaczyl mi ksiedza
                                          Edwarda. Ojciec znal dobrze tez i jezyk niemiecki i zmuszal mnie do uczenia sie
                                          tego jezyka rowniez, ale ja sie opieralem,buntowalem, bo ile mozna bylo w koncu
                                          jezykow sie uczyc na raz; w liceum francuski, ksiadz Edward wymagal lacine a
                                          ojciec angielski i niemiecki az powiedzialem dossssccc!!!! Angielskiego sie
                                          chetnie uczylem, sluchalem tez czesto Glosu Ameryki po angielsku, rozumialem
                                          juz niezle niemiecki ale jakos mnie te rozglosnie radiowe niemieckie draznily
                                          bo zauwazalem u Niemcow te ciagoty do socjalizmow, pod pokrywa ich rzekomej
                                          socjal-demokcracji. I tak sobie rozwazalem wtedy co to je ta demo-kracja i
                                          wychodzilo mi ze demo to lud, czyli racja-ludu, racja wiekszosci, ludokracja.
                                          Mowie wiec ojcu, ze przecie to nic innego jak opresja wiekszosci nad
                                          miejszoscia, ze jak wiekszosc wyda wyrok, to mniejszosc nie ma nic do gadania,
                                          tak jak Sokratesa wiekszasc Atenczykow w sadzie skorupkowym, skazala na smierc
                                          mimo iz Sokrates nic zlego nie robil..... Ojciec byl wsiekly, ksiadz Edward
                                          lagodzil a ja sie rzucalem jak kogut mowiac do ojca, ze przecie Niemcy w
                                          demokratycznym glosowaniu wiekszosci, legalnie i demokratycznie wybrali
                                          opentanca Hitlera do wladzy, kiedy nawet ten opentaniec nie kryl swoich
                                          zaborczych i antysemickich planow, ktore to jasno i wyraznie przedstawil w
                                          ksiazce Main Kampf. Ojciec nie mogl sie mi sprzeciwic, bo wiedzial, ze
                                          wszystkie atuty po mojej stronie i chyba sie zorientowal, ze jajko robi sie
                                          madrzejsze od kury... A do tego jeszcze dorzucilem.. " popatrz, wszyscy poparli
                                          opentanca tak Luteranie, jak Katolicy razem z komunistami. Wszyscy oni sie
                                          domagali swoich racji a Hitler im gadal; i wy Luteranie macie racje i wy
                                          Katolicy nie wylaczajac was komunisci/socjalisci i podsumowal
                                          wszystkich "zrobmy wiec totalna kontrole....." No i zrobili, krzyczalem do
                                          ojca, i zrobili..... kicham na demokracje, na opresje wiekszosci, nie dla mnie
                                          taka idea, nie dla mnieee. Ojciec sobie zara kielicha wodki nalal, jednego,
                                          drugiego, ksiadz go lagodzil a ja polecialem na gore do swojego pokoju
                                          rozdygotany..... Nie gadal do mnie przez kilka dni i bez slowa wyjachal w
                                          delegacje... Tym razem do Dani, na jakies tam nastepne sympozjum naukowe
                                          odnosnie paliw, w towarzystwie nieodlacznych "aniolow strozow", jak zawsze.

                                          Ja sie zaczalem zaniedbywac w Liceum bo glowe zaprzatnieta mialem Nina K.
                                          zamiast do lekcji to wsiadalem w autobus i jezdzilem do Brodnicy. Nina na mnie
                                          zawsze czekala a w soboty kiedy to jej zamozni rodzice wyjezdzali z willi
                                          samochodem na dwudniowe przyjecia do adwokactwa to caaaala chata byla do naszej
                                          dyspozycji; zarcie, picie ale zaspokojeniom zadzy naszych cial nie bylo konca
                                          bo Niny hormony sie gotowaly a moje wrzaly i wystarczyl nastepny dotyk,
                                          nastepny szept aby znowu doprowadzac siebie do ilorazowych, szalonych Odlotow
                                          na Ksieeeezyc....
                                          • Gość: Izotop Re: Dlaczego w Brodnicy jest ul. Św. Jakuba? IP: *.dsl.chcgil.ameritech.net 05.05.05, 19:51
                                            Ojciec, wracajac z delegacji zawsze przywozil mi nie tylko zylki, chaczyki na
                                            ryby, kolowrotki, noze mysliwskie, czasami cos z ubioru. Przywozil mi rowniez
                                            zagraniczna prase. Jednak byly to fragmenty artykulow, w formie okladki do
                                            ksiazek albo gazet, w ktorych owiniete mial rozne mierniki laboratoryjne.
                                            Pewnego razu przywizl mi zbior niezwykle ciekawych artykulow a zwlaszcza jeden
                                            z nich zwrocil moja uwage i pamietam do dzisiaj jak sie zaczynal bo go tyle
                                            razy czytalem, ze az w koncu zapamietalem caly ten artykul.. I juz nie pamietam
                                            autora ale wiem ze tytul tego byl "Man's Rights", czyli "Prawa Czlowieka". A
                                            zaczynal sie od slow:
                                            The most profoundly revolutionary achivement of the United States of America
                                            was THE SUBORDINATION OF SOCIETY TO MORAL LAW.... i moglbym odworzyc ten
                                            artykul w agnielskim bez zajakniecia. Jednak przeloze go luzno na jezyk polski.

                                            "Najbardziej zasadniczym i rewolucyyjnym osiagnieciem Stanow Zjednoczonych
                                            Ameryki bylo PODPORZADKOWANIE SPOLECZENSTWA MORALNEMU PRAWU. Pryncypium praw
                                            jednostki reprezentowalo rozszerzenie moralnosci w sfere systemu spolecznego -
                                            jako ograniczenie wladzy rzadu, celem ochrony czlowieka przed brutalna sila
                                            kolektywu, czyli przeciwko podporzadkowaniu prawa sile wladzy. Historycznie,
                                            Stany Zjednoczone byly pierwszym MORALNYM spoleczenstwem na swiecie.

                                            Wszystkie poprzednie systemy uwazaly czlowieka jako srodek do poswiecania go
                                            dla celow innych ludzi, a cel spoleczny byl celem ostatecznym. Stany
                                            Zjednoczone uwazaly czlowieka, iz jest on sam w sobie celem celem ostatecznym a
                                            spoleczenstwo mialo sluzyc jako srodek do pokojowego, uprawomocnionego i
                                            OCHOTNICZEGO wspol-istnienia jednostek. Wszystkie uprzednie systemy uwazaly, ze
                                            zycie jednostki nalezy do spoleczenstwa, ze spoleczenstwo moze dysponowac
                                            jednostka w taki sposob jaki uwaza, i ze jakakolwiek wolnosc czlowiek ma, to
                                            wynika to z laski i przyzwolenia spolecznego, ktore to przyzwolenie moze byc
                                            odwolane w kazdej chwili. Stany Zjednoczone utrzymywaly, ze zycie czlowieka
                                            nalezy do niego, i ze wynika to z moralnego prawa i z Natury czlowieka. Ze
                                            prawo jest wlasnoscia jednostki, ze spoleczenstwo, jako takie, nie posiada
                                            praw, i ze jednynym moralnym celem rzadu jest ochrona praw jednostki."

                                            Powyzsze slowa zrobily na mnie wtedy tak piorunujace wrazenie, ze zaczalem
                                            sobie od razu robic notatki do poznej nocy. Zaczalem sie przygotowywac do
                                            intelektualnego boju tak z ojcem jak i z ksiedzem Edwardem bo przecie mysli te
                                            wyrazaly i gloryfikowaly nic innego jak tylko Egoizm tj. szczegolna forme
                                            egoizmu, ktora to ja okreslalem Rozsadnym Egoizmem, Rozumnym Egoizmem albo i
                                            Zdrowym Egoizmem, ktory bez wzgledu jak by go nie nazwac klocil sie i
                                            sprzeciwial sie tak moralnosci jak i etyce kazdej religi, wlacznie z katolicka,
                                            jak rownie byl w dychotomi z moralnoscia i etyka komunistow jak i socjalistow.
                                            W moich szybkich notatkach, dochodzilem do wniosku ze przeciwienstwem
                                            moralnosci Zdrowego Egoizmu jes moralnosc altruistyczna, ktora to moralnosc
                                            jest nadrzedna moralnoscia tak komunistow jak i religii. Jedni kazali sie
                                            poswiecac dla blizniego swojego tak jak i drudzy. Jedni uznawali moralnosc i
                                            etyke samoposwiecania na ziemi a nawet i narazania zycia dla blizniego swego,
                                            obiecujac najwyzsza nagrode po smierci a inni nakazywali sie poswiecac teraz,
                                            za zycia, dla nastepnych pokolen. Dreczyly mnie te pytanie o ktorych sie
                                            zwierzalem Ninie K. ale ona uwazala, nie rozumiejac niczego, ze chcialem jej
                                            zaimponowac moja filozoficzna madroscia i mnie glaskala wtulala sie i zupelnie
                                            czego innego ode mnie oczekiwala, wiec szybko temu nieboskiemu aniolowi
                                            najwspanialszych wdziekow, ulegalem. Zapewne Nina, bezwzglednie byla
                                            przekonana o sile i wyzszosci potrzeb ciala nad jakimkolwiek intelektem.....
                                            • Gość: Izotop Re: Dlaczego w Brodnicy jest ul. Św. Jakuba? IP: *.dsl.chcgil.ameritech.net 06.05.05, 04:48
                                              I sila by gadac nata, anaiss, toja i soter, jakich to czlowiek doswiadczal
                                              wtedy Podrywow Wiosen, tam w Brodnicy i Rypinie gdzie spedzalo sie te swoje
                                              najlepsze lata i gdzie wspomnieniom wciaz nie ma konca. I wystarczyl niewinny
                                              wpis Kuby, o ulicy Sw. Jakuba, ktory to spowodowal lawine niekonczacych sie
                                              mysli. Wspomnienia jednak, zawsze byly i sa motorem do dalszych moich,
                                              zyciowych przedsiewziec, do dalszych marzen, zmagan sie z zyciem, co nie znaczy
                                              iz jest to jakims cierpieniem. Zmaganie sie z zyciem to dazenie do polepszenia
                                              wlasnego zycia, a przeto i postep, to kontynuacja kultury, a przete i
                                              kontynuacja zachodniej cywilizacji. I jak mowie zachodniej to mam na mysli
                                              Odrodzenie jak i Oswiecenie. A wogole to koncze bo staje sie zbyt powaaaazny.
                                              Pozdrawiam Serdecznie. Izotop.
                                                  • Gość: Izotop Re: Dlaczego w Brodnicy jest ul. Św. Jakuba? IP: *.dsl.chcgil.ameritech.net 07.05.05, 06:55
                                                    Ksiadz Edward byl zapalony wedkarzem i tak wiosna jak i latem a zwlaszcza
                                                    jesienia, pakowalismy sprzet wedkarski do ram rowerow jak i plecaki do
                                                    rowerowych bagaznikow i udawalismy sie w kierunku albo Huty Nadroskiej albo do
                                                    odleglego Urszulewa, szosa sierpecka z namiotami ale tam to juz na kilkudniowe
                                                    wypady. Ja lubilem Hute-Sitnice bo tam bylo niewielkie ale przezroczyste,
                                                    glebinowe jezioro z bogata fauna i flora, moczarkami, kaczencami gdzie nurkujac
                                                    w masce widzialem pletore bogatego zycia biologicznego. Jezioro to wtedy bylo
                                                    zupelnie ignorowane przez Rypinian z wyjatkiem doktora Nielewodzkiego, ktory to
                                                    wybudowal tam sobie wlasnie letnia rezydencje z przystania kajakowa, a ja, z
                                                    ksiedzem Edwardem rozbijalem oboz nad piaszczysta gora jeziora gdzie byl ten
                                                    suchy, iglasty las, posrod mchow. Stawialismy tam zielony, dwuosobowy, wojskowy
                                                    namiot z przedsionkiem , gdzie kazdy z nas mial tam dmuchany materac, jak i
                                                    przedsionek, ktory sluzyl jako prowizoryczna jadalnia. Jednak nie tak wygody
                                                    biwakowe nas interesowaly, jak lowienie ryb.... Wiec wczesnie rankiem, gdzie
                                                    tafla jeziora, jak i otoczenie bylo, jak by zamrozone totalnym spokojem,
                                                    stapalismy z ksiedzem po piaszczystym dnie jeziora, w majtkach i podkoszulkach,
                                                    brodzadzac coraz to glebiej i zarzucajac wedki z dzdzownicami na haczykach,
                                                    dalej w glebie, w kaczence, gdzie ukwialy, gdzie ...I zaraz ksiadz podrywal
                                                    leszczynowy kij... a na koncu haczya trzepotala sie juz duuuza ploc, ktora to
                                                    ksiadz wkladal do wiklinowego koszyka u boku. Nagleee... I ja zauwazylem
                                                    drgania i wariacje splawika,... zacialem .. i tez walczylem z duuuza plocia...
                                                    Ale pozniej, jakos zarzucalem wedke a to z robakami, a to z okolicznymi
                                                    drewniakami (kludkami) i nie mialem zadnego brania... Po chwili jednak
                                                    uderzyla niewielka plotka, bo widzialem ja blyskajaca sie w czasie gdy ja
                                                    ciagnalem.. Az tu nagleee brrrrm... ., Woda sie zagotowala, zawirowala, zylka
                                                    sie napiela i juz czulem, ze mam cos wielkiego na malym, plotkowym haczyku....
                                                    I sam nie wiedzialem co poczac....., ale widzialem jak sporej wielkosci
                                                    szczupak zaatakowal plotke, polykajac ja i zaczal walczyc z moim miekkim kijem
                                                    leszczyznowym i ta walka drapieznika trwala chyba z 45 minut, zanim on oslabl,
                                                    zanim poddal sie, zanim go nie wciagnalem prawie martwego do wedkarskiej
                                                    siatki.
                                                  • Gość: Izotop Re: Dlaczego w Brodnicy jest ul. Św. Jakuba? IP: *.dsl.chcgil.ameritech.net 07.05.05, 18:02
                                                    Na drugim koncu jeziora Sitnica, Huty Nadroskiej,posrod bialych kaczencow i
                                                    wodorostow, odkrylismy z ksiedzem Edwardem istne krolestwo linow i dorodnych
                                                    karasi. Dno tutaj bylo juz muliste a woda juz nie taka przejrzysta jak tam
                                                    gdzie sie dojezdzalo od strony drogi na Lipno i Rypin. Do polowu linow
                                                    uzywalismy sztywniejszych koncowek leszczynowych, grubszych, mocniejszych zylek
                                                    jak i wiekszych haczykow, na ktore to zakladalismy grube, dlugie dzdzownice
                                                    albo i cale peczki mniejszych robakow. Splawki na liny robilismy sobie z kory
                                                    debowej, dlugie i pomalowane czerwona, wodoodporna farba z bialymi, dobrze
                                                    widocznymi paskami dookola. Liny nie braly tak szybko i gwaltownie jak plocie
                                                    leszcze, czy okonie. Liny "bawily" sie dlugo z przyneta bo a to kladly splawik
                                                    na wode albo go prowadzily w jedna lub w druga strone. Jednak gdy lin polknal w
                                                    koncu przynete to zaglebial wyraznie i stopniowo splawik, ktory odplywal od
                                                    wedkarza i ginal gleboko w wodzie. Trzeba bylo jeszcze odczekac chwile a
                                                    nastepnie dopiero zaciac, podrywajac gwaltownie ale z odpowiednim wyczuciem
                                                    wedke. Pierwszego, sredniej wielkosci lina, zacialem wierzgajacego sie na
                                                    leszczynowce w pozne i parne, sobotnie popoludnie kiedy to w lipcu wybralismy
                                                    sie na nastepna eskapade wedkarska z ksiedzem Edwardem tam wlasnie na Sitnice.
                                                    Ksiadz stal ode mnie dalej, po pas w kaczencach i dlugo nie mial zadnego
                                                    brania, wiec sie w wodzie powoli przesuwal wzdluz lini wodorostow. Gdzies po
                                                    godzinie chyba, widzialem jak zacial i zaczal walczyc z duza ryba. Leszczynowe
                                                    wedzisko wyginalo sie do granic wytrzymalosci, ale wtedy wlasnie ksiadz
                                                    popuszczal zylke z kolowrotka aby za chwile znowu ja nawijac na szpule.
                                                    Ryba nie dawala za wygrana i wydawalo sie, ze mijaja godziny, jednak w napieciu
                                                    obserwowalem zmagajaca sie faune z przewielebnym, ktory to w takich
                                                    okolicznosciach wydawal sie byc nieustepliwym homo sapiensem. I juz widac bylo,
                                                    gdy rybe wydostawal na powierzchnie, ze byl to okazalej wielkosci lin, ktory
                                                    znowu znikal w glebinie jeziora, jednak coraz bardziej slabl....W koncu ksiadz
                                                    Edward, wyczerpanego zupelnie lina wiodl leszczynowka na plycizny do brzegu i
                                                    tam wciaz sie trzepoczacego wyciagnal na brzeg....
                                                    Liny jak i karasie braly tego popoludnia wspaniale, wiec mielismy z ksiedzem
                                                    sporo wtedy zabawy. On zlowil cztery spore liny i kilkanascie garbatych karasi
                                                    a moja wedkarska siatka tez wypelniona byla tlustymi linami jak i karasiami.
                                                    Zwinelismy wedki przed zmrokiem i udalismy sie wzdluz brzegu jeziora, a pozniej
                                                    wspinajac sie po piaszczystej skarpie do gory spod podnoza lasu gdzie bylo
                                                    nasze obozowisko. Ksiadz Edward byl mistrzem w przygotowawaniu posilkow. Liny i
                                                    karasie wypatroszylismy, karasie z luski oskrobalismy a ja sie zabralem do
                                                    skrobania linow, jednak ksiadz mnie powstrzymal wyjasniajac, ze nie trzeba bo
                                                    luska na patelni sie przypiecze i skurszeje nadajac skorce lina chrupiacego
                                                    smaku. Pod czterema polnymi kamieniami palilo sie juz ognisko a na kamieniach
                                                    lezala druciana siatka na ktora ksadz polozyl patelnie z podgrzewajacym sie
                                                    olejem do ktorego dodal sporo wiejskiego masla. Liny umyl w wodzie,
                                                    posolil,obtoczyl w mace kadac je na goracy i pryskajacy tluszcz patelni. Obok,
                                                    tuz przy patelni gotowala sie woda w niewielkim czajniku na herbate. Zapach
                                                    smazacych sie ryb wywolywal istne soki z zoladka a przewielebny kucharz
                                                    przekladal widelcem kawaki pokrojonych ryb a to na jedna a to na druga strona a
                                                    ja kroilem juz swiezutki pachnacy bochenek chleba naleczowskiego z rypsinskiej
                                                    piekarni rodziny Kowalskich. W koncu doczekalem sie chrupiacych kawalkow lina i
                                                    karasi, ktore to ksiadz widelcem nalozyl mi na plaski, polowy talez.... I
                                                    powiem wam, ze nawet teraz po latach, czuje te nie do opisania kulinarne
                                                    zapachy polowej kuchni na lonie natury - istne Niebo w gebie!!!!!
                                                    Ksiadz Edward jednak niczego nie zaniedbywal ani niczego nie marnowal.
                                                    Wczesniej, zaraz po rozbiciu biwaku, znikal mi w lesie a jak wrocil to mial w
                                                    torbie troche bialawych grzybow jak i roznych ziol lesnych. Grzyby od razu
                                                    wymyl, pokroil, ugotowal i odcedzil z wody. Niespotykane to byl grzybobranie w
                                                    Lipcu no ale ksiadz zawsze potrafil cos tam w starych mchach odnalezc.
                                                    Pokrojona cebule wrzucil na olej w patelni po smazonych rybach, dodal ziol,
                                                    soli, pieprzu i dodal ugotowanych grzybow. Tak smazyl kilkanascie minut a
                                                    poznie dusil to wszystko pod pokrywa. Na koniec dodal kwasnej smietany i
                                                    wymieszal. Obok w garnku gotwal wywar z rybich glow tez z dodatkiem lesnych
                                                    ziol jak i przypraw. Po godzinie gotowania wrzucil do wywaru umyte i pokrojone
                                                    ziemniaki. Jak ziemniaki bylu juz miekkie to ksiadz zalal wywar rowniez kwasna
                                                    smietana..... I co to byla za rozkosz ucztowania na lonie natury gdzie ogarnial
                                                    nas dym z tlacego sie ogniska, gdzie w dole blyszczala znikajaca poznym
                                                    wieczorem, tafla jeziora Sitnicy Nadroskiej, przy akompaniamiencie kumkajacych
                                                    zab i pohukiwaniu nocnych sow. Jeszcze klepnalem kilka kasajacych komarow,
                                                    zanim nie zmorzyl mnie sen, a ja, jak pod wplywem jakiegos narkotyku, rzucilem
                                                    sie bezwladnie na materaz w namiocie i zapadlem w glebooooki sen.
                                                  • Gość: Izotop Tajemnica zakonu w Oborach IP: *.dsl.chcgil.ameritech.net 13.05.05, 08:15
                                                    Za komunistow, wioska Obory (Zbojne), teraz czesc Szwajcarii Dobrzynskiej,
                                                    wydawala sie byc odpustowym zasciankiem, bo do takiej roli komunisci spychali
                                                    nie tylko religie katolicka ale tez i koscioly z ich najciekawszymi zabytkami
                                                    sakralnymi. Drogi wiejskie do klasztoru Karmelitanow w Oborach, bez wzgledu na
                                                    wieki, nigdy nie zanikaly. Wciaz pielgrzymki z Brodnicy, Rypina, Kutna,
                                                    Wloclawka i Warszawy tam docieraly. Bo klasztor w Oborach byl czyms wyjatkowym
                                                    w podziemniach ktorego, na pergaminowych ksiegach, zapisane byly nie tylko
                                                    historie ziemi brodnickiej, dobrzynskiej czy rypinskiej, ale rowniez i
                                                    tajemnice brodnickiego kosciola pod wezwaniem Swietego Jakuba, po ktorym to
                                                    kosciele slad calkowity zaniknal. I gdyby nie 95 letni ojciec Karmalita z
                                                    klasztoru w Oborach, to nigdy bysmy sie nie dowiedzieli wogole o istnieniu
                                                    kosciola pod wezwaniem Swietego Jakuba, bo on skopiowal recznie te pergaminy i
                                                    powysylal je do sasiednich kosciolow, a przede wszystkim do plebani kosciola
                                                    katolickiego w Rypinie w Marcu 1936 roku, krotko przed wybuchem Drugiej Wojny
                                                    Swiatowej, gdzie o dziwo, Niemcy, chociaz znali doskonale tak polozenie jak i
                                                    historie kosciola i klasztoru w Oborach to jednak pomineli te sakralne miejsce
                                                    i jak sie okazuje teraz to z wieeelkiej, mistycznej obawy i to bez wzgledu na
                                                    militarna strategie.
                                                    Otoz Hitler, jakimkolwiek byl realista to byl tez i bezgranicznym mistykiem.
                                                    Opentanca tego Globalnego panowania, w prywatnym zyciu interesowaly stare
                                                    zamki, koscioly, klasztory a jego oczkiem w glowie byl wlasnie tak kosciol jak
                                                    i klasztor w Oborach.. Jednak tak plany wojny, jak i losy tego zbrodniarza
                                                    nigdy nie pozwolily mu zajac sie tak naprawde sakralnymi zabytkami polskimi a
                                                    zwlaszcza dobrzynskimi Oborami. I nie sadze aby tam mial plany wybudowania
                                                    nastepnych obozow koncentracyjnych. Obsesja Hitlera byly podziemia
                                                    sredniowiecznych kosciolow, zamkow, tunelow, klasztorow...... I nie na prozno,
                                                    kilka razy w roku zachecal mnie ksiadz Edward do wycieczek rowerowych polnymi
                                                    drogami, przez zabytkowa wioske Zale, dolinami i gorkami do klasztoru
                                                    Karmelitanow wlasnie w Oborach, gdzie po cichu zakonnicy nam staaaary miod
                                                    podlewali, gdzie opowiadali, gdzie sie modlili, gdzie rozaniec odmawiali, gdzie
                                                    noca gwiazdy blyszczaly....cdn.
                                                    ,
                                                  • Gość: Izotop Re: Tajemnica zakonu w Oborach IP: *.dsl.chcgil.ameritech.net 13.05.05, 19:31
                                                    Nie tylko ludzie mdleli Soter, ale byli tez i cudownie w kosciele jak i w
                                                    klasztorze tam ozdrawiani. Tak, Obory to piekna okolica o ciekawej tak florze
                                                    jak i faunie. I pomyslec,ze ludziska jezdza na zagraniczne wczasy i urlopy,
                                                    wydajac kupe pieniedzy a pomijaja tak przepiekny zakatek Polski w sasiedztwie;
                                                    raj dla wedkarzy, dla grzybiarzy, fotografikow, malarzy, dla przyrodnikow tak
                                                    jak i dla mysliwych. Nie daleko przecie od Brodnicy a blizej Golubia Dobrzynia
                                                    w Gminie Zbojno. Ukryta posrod pol, lasow i jezior, wymarzona ucieczka od
                                                    klopotow, zgielku miejskiego jak i od tlumow ludzi. To wlasnie tam zobaczylem
                                                    ja po raz pierwszy jak szla boso posrod falujacych zboz w upalne lato...
                                                    Plynela jak gdyby w zwolninym tempie unoszac sie ponad habrami, leciutko z
                                                    dlugimi, bialymi wlosami, smukla, wesola, zakrecajac sie co chwila, jak w tancu
                                                    i smiejac sie na cala okolice.... Skowronki wysoko na niebie wyspiewywaly cale
                                                    swoje kompozycje a ta piekna zjawa a to znikala w dolinkach a to sie ukazywala
                                                    i widzialem jej juz tylko ramiona i glowe z rozwianymi cieplym wiatrem wlosami,
                                                    az zniknela na dobre...... A mnie, samcowi nie wystarczal juz tej sexy nimfy
                                                    wizerunek na tle przyrody, bo mysli szalone przechodzily mi do glowy jak
                                                    wpisy do daaaawnych pamietnikow "lubie cie w sukni jasnej, wole cie w skorce
                                                    wlasnej"....Moje hormony wtedy wrazliwe byly na widok, na zapach, na slowa, na
                                                    dotyk a i bogata wyobraznia nieoczekiwanie doprowadzala krew do istnego ukropu
                                                    wrzenia!!!!!!!!!!!!!!!!
                                                  • naata Re: Tajemnica Zakonu Karmelitanow w Oborach 14.05.05, 15:45
                                                    Niko, piszesz, opowidasz, tak ciekawie, że i moja wyobraźnie pracuje na pełnych
                                                    obrotach ;-) Nigdy nie byłam w tamtych stronach, aż chce się pojechać
                                                    zobaczyć.. na pewno wspomniałabym Twoje opowiadanie!
                                                    Myślę, że jednak piszesz książki ;) Pozdrawiam, niesamowitego Izoptopa
                                                  • Gość: Izotop Re: Tajemnica Zakonu Karmelitanow w Oborach IP: *.dsl.chcgil.ameritech.net 15.05.05, 20:00
                                                    Gdybym kiedys napisal ksiazke, to nie w ten sposob. Przylozylbym sie bardziej
                                                    do jej zorganizowania, rozplanowania, staranniej zwracalbym uwage na budowanie
                                                    zdan, gramatyke, stylistyke, charakteryzacje na lepsza konkretyzacje
                                                    abstrakcji. Lepiej przylozylbym sie do akcji, do fabuly, lepiej bym przedstawil
                                                    wazne momenty kulminacyjne a zwlaszcza romans. Ale przecie to jest tylko
                                                    niewinne pisanie i wspomnienia do podzielenia sie. Nic wiecej, a raczej cos w
                                                    rodzaju forumowej przygody ha ha ha. Z Pozdrowieniami. Izotop.
                                                  • Gość: Izotop Re: Tajemnica Zakonu Karmelitanow w Oborach IP: *.dsl.chcgil.ameritech.net 19.05.05, 07:29
                                                    Profesor Buras nie tylko byl zdolnym matematykiem ale w przeciwienstwie do
                                                    innego tego przedmiotu pedagoga w owym czasie, byl oddany nauczaniu, byl on
                                                    ambitnym profesjonalista. Nie straszyl ale wyjasnial, nie karal a raczej
                                                    wynagradzal. Profesor Suszynski bedzie dla mnie zawsze przykladem czlowieka
                                                    Oswiecenia, przykladem czlowieka dobrej woli, czlowieka o okreslonych
                                                    Pryncypiach, czlowieka ktorego wartosci chce sie zawsze nasladowac.
                                                  • Gość: Izotop Re: Tajemnica Zakonu Karmelitanow w Oborach IP: *.dsl.chcgil.ameritech.net 22.05.05, 08:32
                                                    Bylo to Roku Panskiego kiedy wybralem sie z ksiedzem Edwardem nad jezioro
                                                    ostrowicke, jednak od strony Borzymina. Jezioro to bylo dosyc gleboke, nie
                                                    dojezdzajac do Ostrowitego od strony Rypina, po lewej stronie szosy. A na
                                                    tamtej, borzyminskiej stronie byly rowniez i torfniaki w ktorych to torfniakach
                                                    bylo dosyc sporo linow jak i szczupakow. Jechalismy rowerami, polnymi drogami
                                                    do jeziora z samej gory, gdzie wystrzeliwaly nam przed kolami rowerow, zajace.
                                                    W koncu znalezlismy dobre miejsce z ksiedzem na biwak, pomiedzy jeziorem a
                                                    szeregiem torfniakow jak i stawow. Lowienie linow w stawach jak i dorodnych
                                                    szczupakow na zywcowki w torfniakach uprzyjemnialo nam tam pobyt, gdzie ksiadz
                                                    kucharzyl jak i czytal mi bez konca stary jak i nowy Testament. Namiot,
                                                    plomienie ogniska, naftowa lampa. A mnie sie chcialo, powiem ja Wam dzisiaj do
                                                    dziewczat. Chcialo mi sie i marzylo aby sie nie tylko z nimi calowac ale i
                                                    zaglebiac sie rowniez w ich romantyczna psychike, glebie ciala jak i rozkosze
                                                    ciala szczegolow. Ksieza pewnie mnie potepia, a moze sie tez i rozmarza, bo
                                                    przecie ksiadz to nic innego jak czlowiek z krwi i kosci.. ha ha ha.
                                                    Pozdrawiam. Izotop
                                                  • Gość: Izotop Re: Tajemnica Zakonu Karmelitanow w Oborach IP: *.dsl.chcgil.ameritech.net 22.05.05, 17:44
                                                    Dojscie do wody torfniakow bylo dosyc trudne i nie wiele bylo dobrych miesc na
                                                    zarzucanie wedek. Jednak ksiadz Edward od razu zaczal sie uwijac. Gdzies
                                                    znalazl troche gliniastej, tlustej ziemi. Wysypal dzdzownice na gazeta i zaczal
                                                    je nozem kroic. Z ziemi i robakow porobil kulki wielkosci kotletow i te kulki
                                                    powrzucal do wody w oka gdzie byly wolne miejsce od wodorostow torfniaka a
                                                    zwlaszcza od moczarek. Po tym zabral sie do przygotowywania posilku w czasie
                                                    ktorego skladalismy nasze bambusowe juz teraz wedki z ruskimi, prymitywnymi
                                                    kolowrotkami. Po 3 godzinach tuz przed zachodem slonca, kazdy z nas z wedka,
                                                    przynetami i wiklinowymi koszykami udal sie nad sporej wielkosci torfniak w
                                                    miejsca gdzie ksiadz Edward powrzucal gliniano-dzdzownicowe zanety. Bylo parno
                                                    i zbieralo sie na burze. Ciemne chmury nadchodzily z okolic wsi Zale jak i z
                                                    wsi Obory. Co chwila slychac bylo jeszcze odlegle grzmoty i juz a to zaczal
                                                    popadywac cieply deszczyk a to przestawal. Zarzucilem wedke, z dlugim i
                                                    wysmuklym splawikiem na spokojna tafle wody torfniaka. Ksiadz Edward znalazl
                                                    wygodne miejsce po drugiej stronie i kilka razy probowal zarzucic wedke z
                                                    peczkiem dzdzownic na haczyku. Nie uplynelo dziesiec minut kiedy mialem juz
                                                    pierwsze branie, i wydawalo mi sie, ze lina. Ryba bawila sie przyneta, co widac
                                                    bylo po plynacym w rozne strony splawiku. Splawik a to odplywal a to przyblizal
                                                    sie, czasami kladl sie zupelnie plasko na wodzie, zeby po chwili stanac pionowa
                                                    i znowu odplywac. Jednak po czasie ryba widocznie zdecydowala sie na
                                                    skonsumowanie calego peczka robakow bo splawik zaczal powoli zanurzac sie w
                                                    wodzie. Jeszcze przez jakis czas koniec niego odplywal lub sie przyblizal az
                                                    zniknal calkowicie w ciemnej otchlani torfniaka. Byl to dobry moment na
                                                    zaciecie, wiec szybkim ruchem wedki, a raczej szczytowki poderwalem........
                                                    Szczytowka bambusowki wygiela sie od razu w palak i poczulem, ze na haczyku
                                                    mam duza rybe, ktora nie bardzo chcialem popuszczac z kolowrotka jako, ze
                                                    wszedzie bylo pelno wodorostow, przez ktore moglem stracic rybe. Chociaz tym
                                                    razem na kolowrotkach mielismy z ksiedzem dosyc grube zylki jak i wiekszych
                                                    rozmiarow haczyki. Wiec a to popuszczalem troche zylke z kolowrotka, gdy
                                                    wedzisko wyginalo sie do granic wytrzymalosci, a to popuszczalem gdy ryba sie
                                                    poddawala. I w pewnym momencie zobaczylem na powierzchni wody sporego bo chyba
                                                    z 2 kilogramowego lina, ktory natychmiast ginal pod powierznia wody. Ta walka z
                                                    linem trwala jeszcze nastepne pietnascie minut gdy wkoncu wyczerpanego lina
                                                    dociagnalem do brzegu torfniaka. Sliskiego, zlapalem przez szmate i staralem
                                                    sie wyciagnac mu haczyk ktory wbil sie w rybe gleboko w paszczy z boku. W tym
                                                    czasie widzialem jak ksiadz Edward walczyl ze swoja zdobycza gdzie kij mambusa
                                                    wyginal mu sie do granicy pekniecia. Jednak ksiadz Edward byl doswiadczonym
                                                    wedkarzem i umiejetnie walczyl ze ryba. Nagle.... buuuum...!!!!!!, jak nie
                                                    rabnelo glosnym loskotem gdzies w srodek jeziora, ktore znajdowalo sie tuz za
                                                    torfniakami....Za tym piorunem od razu lunela istna nawalnica deszczu...
                                                    Zrobilo sie ciemno a niebo pokrywaly blyskawice nastepnych piorunow i wydawalo
                                                    mi sie wtedy, ze to juz koniec swiata..... W pospiechu zaczelismy zwijac wedki
                                                    na lapu capu udajac sie szybko w strone naszego obozowiska gdzie wsunelismy sie
                                                    obydwoje do namiotu. Namiot jednak byl lichutki i zaczelo z niego przeciekac.
                                                    Mimo wszystko bylo to lepsze niz stanie na deszczu a i bezpieczniejsze niz
                                                    chowanie sie pod drzewami jako, ze pioruny w drzewa mialy tendencje uderzania.
                                                    I wydawalo sie, ze zemscie Natury nie bedzie juz konca..... Za jakie grzechy
                                                    mruknalem do ksiedza????? Chyba nie za te moje sex igraszki z brodnicka Nina,
                                                    pomyslalem sobie, nie czekajac na odpowiedz przewielebnego, chociaz wtedy to
                                                    liczylem w okrutnej obawie na Milosierdzie Boze, ktore jak mi tlumaczyl kiedys
                                                    ksiadz Edward, rzekomo nie mialo miec granic......
                                                  • Gość: Izotop Re: Tajemnica Zakonu Karmelitanow w Oborach IP: *.dsl.chcgil.ameritech.net 24.05.05, 08:42
                                                    W czasie gdy hymny pierwszomajowe wywolywaly pijanstwo narodowe roku Panskiego
                                                    1975- go, wtedy to moj ojciec, sluchajac radia Glosu Ameryki, wdal sie w
                                                    polityczna zwade z ksiedzem Edwardem - i nie bez przyczyny, jako, ze obydwoje
                                                    byli zwolennikami takiego samego, politycznie systemu, jednak nie tak ich
                                                    filozofia sie roznila jak tej filozofi etyka, a przeto, ekonomia jak i
                                                    ewentualne, funkcjonowanie wolnego panstwa.... Ale o tym, postaram sie
                                                    kontynuowac dalej. Izotop.
                                                  • soter_mlodszy Re: Tajemnica Zakonu Karmelitanow w Oborach 24.05.05, 16:11
                                                    oj, tak, matematycy to ludzie bardzo inni niż wszyscy...
                                                    bardzo oddaniswej dyscyplinie...silnie melancholijne romantyczni...
                                                    cudonie inni nałogowcy wiedzy, zgłębiają tajemnice wszechświata, człowieka i
                                                    duszy...!...

                                                    oj, tak uber alles MATEMATYKA!;-)))

                                                    pozdrawiam serdecznie podróżnika po wspomnieniach niko...!;-)
                                                  • Gość: Izotop Re: Tajemnica Zakonu Karmelitanow w Oborach IP: *.dsl.chcgil.ameritech.net 25.05.05, 06:15
                                                    O tak Soter, matematyka nie musi byc sztywnymi liczbami a raczej
                                                    przewidujacymi przyszlosc liczbami, jak na przyklad kalkulacje wloskiego
                                                    Fibonacciego, i nie wiem czy dobrz pisze, ale te princypia, odnosza sie do
                                                    konktretnego zycia, a spekulatorzy gieldy tak towarowej jak i rynku papierami
                                                    wartosciowymi, uzywaja systemu liczb Fibonacciego, z wielka dokladnoscia. A
                                                    propos; moj swietej pamieci ojciec uwazal Fibonacci, za geniusza, ale o tym
                                                    napisze, kiedy znajde wiecej czasu. Pozdrawiam Serdecznie Izotop.
                                                  • Gość: Izotop Tajemnica zakonu, moralnosc a religia. IP: *.dsl.chcgil.ameritech.net 26.05.05, 20:08
                                                    Bylo to wpiatek, tuz przed Bozym Cialem, kiedy do ksiedza Edwarda przyjechal
                                                    jego przyjaciel ze studiow seminaryjnch, ksiadz, wikary Henryk S. Poznalem tego
                                                    milego i oczytanego ksiedza i zaprosilem do siebie na gospodarstwo w sobote
                                                    porozumiewajac sie z ojcem przedtem, ktorego sie spodziewalem wlasnie
                                                    nastepnego dnia tj. w sobote z delegacji w Kopenhadze. Ojciec juz byl w domu
                                                    rano, a ja lasy zagladalem mu do teczek bo nie moglem sie doczekac prezentow -
                                                    zylek, haczykow, splawikow i dwoch kolowrotkow, jako iz marzylem miec w koncu
                                                    dobry, nowoczesny kolowrotek. I tym razem sie na tacie nie zawiodlem bo
                                                    przywiozl mnie i ksiedzu Edwardowi po jednym, srebrzystym, nowoczesnym
                                                    kolowrotku sredniego rozmiaru. Kiedy po poludniu przyszli ksieza i pokazalem
                                                    ksiedzu Edwardowi te cacka i oznajmilem, ze jeden jest jego, to sie bardziej
                                                    wzruszyl niz niz nowym testamentem, w tekstach ktorego, czesto zastawalem go
                                                    zaczytanego. Cieszyl sie jak dziecko, oczy mu plonely, policzki sie rumienily.
                                                    Ksiadz ogladal uwaznie, pozniej probowal, odkrecal szpule, zakladal zapasowa,
                                                    znowu zmienial, przymierzal do bambusowego kija, ktore to kije zawsze mialem
                                                    pod reka rogu pokoju. Machal, wywazal, znowu krecil ta maszynka po czym schowal
                                                    kolowrotek do firmowego pudelka w ktorym byly uformowane do ksztaltu kolowrotka
                                                    dwie polowki steropianowe. Ksiadz wikary ogladal moj kolowrotek tez z
                                                    zciekawieniem ale juz nie z takim emocjonalnym zapalem jak ksiadz Edward. W
                                                    czasie gdy moja ciotka krzatala sie przy gotowaniu obiadu dla gosci i
                                                    przygotowywaniu stolu do uczty, ja poszedlem do warsztatu i przynioslem dwa
                                                    luki i dwa kolczany w ktorych to bylo po tuzinie strzal z cwiczebnymi grotami
                                                    do tarczy. Wyszlismy z ksiezmi na zaplecze domu gdzie w odleglosci 50 metrow
                                                    ustawilem dwie okragle, duze tarcze zrobione z plecionej slomy a do srodka
                                                    tarcz przymocowalem po jednym niewielkim nadmuchanym baloniku. Ksiadz wikary z
                                                    ciekawoscia obejrzal nasz sprzet luczniczy, bo luki te wygladaly bardzo
                                                    antycznie jak i drewniane strzaly z gesimi i indyczymi piorami, przyciete
                                                    tradycyjnie, co oko cieszylo nie tylko moje i ksiedza ale rowniez i wikarego
                                                    Henryka. Pierwszy zlozyl sie do strzalu ksiadz Edward. Stanal wyprostowany,
                                                    wysoki, spojrzal sie na tarcze i wzrok wbil w balonik po czy bez odrywania
                                                    wzroku plynnym ruchem siegnal prawa reka za siebie i wyciagna z kolczana na
                                                    plecach strzale wkladajac ja z wyczuciem bezposrednio na cieciwe po czym
                                                    plynnymi ruchem zaczal naciagac prawa reka cieciwe a jednoczesnie podnoszac luk
                                                    do poziomu troche wyzszego niz poziom balonika na tarczy. Robil to z wyczuciem
                                                    automatycznie i byl to rezultat czestych trenigow gdzie wypuszczalismy do celu
                                                    z ksiedzem tysiace, tysiace strzal. Czesto nas po tych przesadnych trenigach
                                                    miesnia okrutnie bolaly ale tego kogo lucznictwo tradycyjne, dawne, do
                                                    polowania nie wciagnelo, ten nie zna jaka to szalona pasja strzelania z luku i
                                                    gdyby tylko sil i dni starczylo, to zapalency przestrzalali by chyba cale swoje
                                                    zycie.....
                                                    Ksiadz Edward lewa reke mial zawsze wyjatkowo stabilna i bez drgniec, teraz
                                                    dociagal juz cieciwe, srodkowym palcem prawej reki do policzka tuz za kacikiem
                                                    ust. Zawahal sie przez chwile i jak posag bez drgniecia wypuscil strzale,
                                                    pozostajac bez ruchu w takiej samej, kamiennej pozie.....
                                                    Strzala wyleciala prosto, bez kiwania ogonem pior co swiadczylo o idealnej
                                                    formie strzelca, i trafila w srodek balonika, ktory z hukiem sie rozprysl.
                                                    Dopiero teraz ksiadz Edward sie rozluznil.... Poklaskalismy ksiedzu a zwlaszcza
                                                    glosno klaskal moj ojciez bo obserwowal nas z okna domu. Teraz ja sie zlozylem
                                                    do strzalu, szybciej i bardziej emocjonalnie niz ksiadz Edward, jednak strzala
                                                    utkwila w tarczy tuz obok mojego balonika. Wyciagnalem druga strzale, nalozylem
                                                    sprawnym ruchem na cieciwe i plynnie zlozylem sie do nastepnego strzalu,
                                                    strzala niestety utkwila z drugiej strony balonika.... Spojrzalem na ksiedza
                                                    Edwarda i juz widzialem w jego oczach jak mi daje do zrozumienia, ze cos zle
                                                    robie... Oczywiscie celowalem w caly balonik a nie skupialem sie na srodku
                                                    balonika, w ktorym to, jak wkladal mi do glowy ksiadz Edward, mialem "wypalic"
                                                    wzrokiem dziure, zanim jeszcze strzala nie wypuszczona... I zgodnie z
                                                    instrukcja mojego mentora sprawnie wypuscilem trzecia strzale, pozostajac w
                                                    pozycji jak posag, w czasie gdy strzala uderzyla prosto w sam srodek
                                                    balonika... Posypaly sie znowu oklaski przy udziale nawet mojej ciotki, ktora
                                                    odeszla od kuchni aby popatrzec na to wspolzawodnictwo pomiedzy
                                                    zdyscyplinowanym ksiedzem a swieckim, troche narwanym chlopakiem z dziurka w
                                                    nosie. I tak strzelalismy jeszcze przez dwie godziny. Ksiadz wikary tez
                                                    sprobowal, jednak nie szlo mu to najlepiej, bo ciezko, nieprzygotowanemu bylo
                                                    wogole naciagac cieciwe a co strzelil to cieciwa uderzala go w przedramie lewej
                                                    reki. Ksieza byli wprawdzie po cywilnemu jednak spuszczona cieciwa niewprawnemu
                                                    potrafi porobic spore siniaki na przedramieniu.

                                                    Po tych zawodach spuscilismy cieciwy z lukow i wsunelismy je do pokrowcow,
                                                    pozbieralismy strzaly a ciotka z ojcem juz zapraszali gosci do zastawionego
                                                    stolu... Potrawy pachnialy przyjemnie bo moja ciotka byla istna mistrzynia
                                                    kulinarna, wedlug staryc, wyprobowanych czasem i podniebieniami, przepisow.
                                                    Ojciec nalal w kielichy czerwonego wina no i zaczely sie Polakow rozmowy a
                                                    ksiadz wikary Henryk czesto w tych rozmowach odnosil sie do Boga i do niebios.
                                                    I nie bede sie juz rozpisywal dokladnie ale twierdzil wtedy, ze bez wiary w
                                                    autorytet Nadprzyrodzony, nie moze byc moralnych wartosci, zadnych
                                                    absolutyzmow moralnych, rozroznialnosci pomiedzy bialym a czarnym, zadnej lini
                                                    demarakcyjnej pomiedzy Zlem a Dobrem. Moj ojciec mu przytakiwal, ksiadz Edward
                                                    milczal i patrzyl na mnie juz zjezonego i wiedzial co sie swieci..... A ksiadz
                                                    wikary ciagnal dalej i nawiazywal do polityki, ze nawet prawdziwa, wolna
                                                    organizacja panstwowa powinna czerpac swoj autorytet od Boga, poniewaz tylko
                                                    religijna wiara moze zapewnic moralne zachowania w ludzkich przedsiewzieciach.
                                                    Wiec gdy ksiadz wikary nabral oddechu to mialem okazje do rzucenia szybkiego
                                                    pytania. "Czyli zdaniem ksiedza to nie istnieje racjonalna podstawa
                                                    powstrzymania sie od morderstwa, gwaltu, czy tez anarchizmu? Jezeli ksiadz tak
                                                    twerdzi to jest to niczym innym jak tylko irracjonalnym atakiem na sedno
                                                    moralnych wartosci." I tutaj mnie ojciec ostro zmierzyl i zwrocil uwage, ze
                                                    powinienem byc delikatniejszy i ostrozniejszy w wypowiedziach... Ksiadz Edward
                                                    zaczal lagodzic a ja wcale nie ustepowalem i czekalem na reakcje juz nie tak
                                                    asertywnego ksiedza wikarego, ktory tlumaczac sie, nie traktowal juz mnie jak
                                                    licealneg, pograzonego w slepej wiarze prowincjonalnego nastolata.....
                                                    c.d.n.
                                                  • Gość: Izotop Re: Tajemnica zakonu, moralnosc a religia. IP: *.dsl.chcgil.ameritech.net 07.06.05, 05:20
                                                    Dziekuje hrabio, i jak tylko znajde czas to bede kontynuowal sage ziemi
                                                    dobrzynskiej gdzie przecie nie tylko w sadze tej zamek w Dobrzyniu-Golubiu, ale
                                                    i sredniowieczne pozostalosci warowni w Starorypinie, Rypinie, Brodnicy, gdzie
                                                    zapiski na pergaminach w katakumbach rypinskiego kosciola, sugeruja myslenie o
                                                    konekcjach kanalowych laczacych tak miasta jak i osady Brodnicy, Rypina,
                                                    Starorypina, Strzyg i Golubia Dobrzynia....Trudno legende naukowo weryfikowac,
                                                    ale legende trzeba uszanowac a i z legenda da sie tez jakos zyc...Poprawcie
                                                    mnie o ile jestem w bledzie. Izotop.
                                                  • Gość: niko Re: Tajemnica zakonu, moralnosc a religia. IP: *.dsl.chcgil.ameritech.net 12.06.05, 05:37
                                                    To prawda Hrabio, ze w spontanicznosci czesto idealny, w kontekscie
                                                    okolicznosci, porzadek ziemski, ktory daje li tylko matematyka o podwalinach
                                                    arystotelowskiej filozofi nadrzednosci rzeczywistosci. Idealny porzadek jednak,
                                                    w platonskiej nadrzednosci swiadomosc wyklucza to co sie dzieje i to co
                                                    jest.... Hmmmm? A szkoda... Ale tutaj naplotlem, a wolalbym byc bardziej
                                                    przyziemny niz filozoficzny...Hmmm Jeszcze raz zastanawiam sie nad zyciem, ja
                                                    student zycia doczesnego - co bylo a nie jest powinno brac sie w rejestr.
                                                    pozdr. niko
      • Gość: Izotop Re: Dlaczego w Brodnicy jest ul. Św. Jakuba? IP: *.dsl.chcgil.ameritech.net 19.07.05, 06:43
        A jezeli chodzi o dzieje Brodnicy i o spalony, Kosciol Sw. Jakuba, to wiele
        jest jeszcze do powiedzenia, jak chociaz by ten niewielki kosciol parafii w
        Strzygach. Ilez on ten kosciol, kryje tajemnic jak i zapewne wiele miejsce
        geograficznych tunelu, budowanego przez dwa wieki, z Brodnicy do
        sredniowiecznego kosciola w Rypinie, poprzez grodowisko do Gor
        Starorypinskich, niedaleko rozkrzyzowan do Skrwilna, Osieka a nawet i do
        zamku w Golubiu Dorzyniu. Hmmmm?
          • Gość: Izotop Re: Dlaczego w Brodnicy jest ul. Św. Jakuba? IP: *.dsl.chcgil.ameritech.net 23.07.05, 05:12
            Tam sie szlo krok po kroku Soter, ale przewaznie stopa po stopie, po
            zawalinach, po zapasciach, po stechliznie gdzie czesto te fragmenty tunelow
            zalane byly zupelnie woda i blotem. Jednak to minelo sporo wiekow. Stropy
            kamienne jakos przetrwaly, drewniane wieki zzarly. Juz teraz nie bardzo
            pamietam gdzie to bylo, bo jak wyjechalem z Rypina na studia to mi poginely i
            rodzinne zdjecia jak i dawne notatki. Ktos mi ze stajenki podpedzil wszystkie
            narzedzia a poniewaz dom byl niezamieszkaly przez lata po smierci ojca, to i
            zlodzieje powynosili co i cenniejsze rzeczy a wraz z nimi moje ukochane luki,
            kolczany i strzaly - pamiatki po ksiedzu Edwardzie, po ktorym sluch z czasem
            zaginal. Chyba ze dwa lata temu bralem udzial w takim mini festiwalu
            polonijnych filmow amatorskich w N. Jorku. Miedzy innymi, byl i tez film o
            zakonniku, czy ksiedzu Szelidze z Amazoni i wydawalo mi sie, ze widzialem na
            jednym z nich ksiedza Edwarda w habicie zakonnika i z dosyc dluga, siwa broda.
            Jednak nie bylem pewny, bo taki wydawal mi sie juz stary, pomarszczony. Jedynie
            te uwazne i badajace oczy przypominaly mi jego. Ale moze sie zupelnie myle.
            Rozmawialem z autorami filmow ale oni nic mi na ten temat nie mogli powiedziec.
    • Gość: Izotop Re: Dlaczego w Brodnicy jest ul. Św. Jakuba? IP: *.hsd1.il.comcast.net 21.04.14, 08:16
      Nie jest to czas Kuba nad zastanawianiem sie obecnie dlaczego i czy jest ulica Swietego Jakuba na stronie diecezjalnej w informacjach o Brodnicy, gdzie rzekomo nie ma takiego Kosciola obecnie.
      I nie ma co bujac w platonskich, czy tez religijnych oblokach Nadrzednosci Swiadomosci, kiedy realne zagrozenie nie tylko dla Polski, ale i dla Europy obecnie istnieje, tak jak kiedys z bolszewickej Rosji, a teraz z Faszystowskiej, tej Putinowskiej roku Panskiego 2014 stego
      • ifinity Re: Dlaczego w Brodnicy jest ul. Św. Jakuba? 15.12.14, 06:27
        Chcialbym kiedys, tak po latach wrocic tuuu... do tych lat, jeszcze raz
        I nie tylko..
        I zapewne strona ta zupeeelnie juz teraz zapomniana..
        Bez wzgledu to chcialbym uzytkowniom zlozyc Najserdeczniejsze Zyczenia Swiateczne. Nataniel
        A Moze odnowimy ta strone, jeszcze raz, moze ten jedyny raz i nietylko. Nataniel...
        I rozpoczalbym ta strone, chyba np. wagarami z licemu na te niesamowite Gory Starorypinske z udawaniem sie na Gleboczek, na Hute Nadrowska, Na Jezioro Czarownica, Do Urszulewo, na Sitnice i do podnoza, ponad Rypinice, sredniowiecznego Kosciola Katolickego, gdzie niesamowita konstrukcja dzwonnicy, gdzie w w kosciele zabytkowe Organy, na ktorych juz przypuszczalnie nie ma zadnego innego zabytku, ktoren by na nich zagral.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka