Gość: HISTORYK
IP: *.smsiarkowiec.pl
28.06.14, 18:53
Urodziłem się w głębokiej komunie, poczęty zostałem jeszcze przed odwilżą październikową 1956 roku. Ssałem mleko z robotniczej piersi matki, oraz z państwowej komunistycznej mleczarni, waliłem kupy w pieluchy wyprodukowane w państwowych, czyli w komunistycznych zakładach Polski Ludowej. Czasaminadużywałem bezpłatną państwową służbę zdrowia, łażąc po państwowych dentystach i państwowych przychodniach. Ojciec nie był żołnierzem AK, nie był też żadnym oficerem, tylko szeregowym wcielonym z poboru do armii Berlinga, co to ze wschodu szli, niosąc jak to się teraz określa zniewolenie na ponad 45 lat. Wtedy to też odbył najdłuższą podróż „swojego życia” idąc z karabinem na piechotę z dzisiejszej Białorusi aż na ziemie zachodnie. W 1945 roku został po demobilizacji na tych „ziemiach odzyskanych”, bo taki był rozkaz rozwiązania jednostki wojskowej, a i tak naprawdę to nie miał do czego wracać na wschód, bo za najjaśniejszej II-giej RP z całą rodziną niczego się na kresach nie dorobili i klepali biedę jak miliony podobnych mu obywateli, zwanych biedotą. Zresztą, tamte tereny przegraliśmy w 1939 i zachód wcale się o nie nie upominał, a tym bardziej bić się nie chciał. Razem ze swoją matką i resztą rodziny co też tutaj dojechała za nim po wojnie, zajęli jeden z opuszczonych poniemieckich domków, może nie najlepszy, ale murowany, z dachówką, z elektrycznością i gazem z miejskiej gazowni. Potem się ożenił, przeniósł z żoną na „lokatorne”, bo tam już za ciasno się robiło i tak mieszkali „u kogoś” na wynajmie, aby dopiero później, po śmierci ojca, mama to wykupiła od sąsiadki (była mi ta właścicielka staruszka jak rodzona babcia). Poszedłem w latach 60-tych do nowo zbudowanej szkoły zwanej „tysiąclatką”, ładnej, z lekarzem i dentystą na etacie, czego teraz dentystów i lekarzy w szkołach publicznych nie uświadczysz. Uczyłem się nieźle, nie tylko dlatego że chciałem wyjść z tej biedy, w jakiej żyli rodzice ale również dlatego że miałem młodych nauczycieli po miejscowym komunistycznym Liceum Pedagogicznym co to potrafili w nas zaszczepić chęć do bycia kimś i mieć jakieś wykształcenie. Oboje moi rodzice byli po przedwojennych podstawówkach, mieli nadzieję że mi będzie lepiej po ukończeniu szkół. Ojciec umarł jak miałem 16 lat, po prostu za późno trafił do szpitala, a matka nie miała znajomości jak to się dzisiaj określa, może to było przyczyną śmierci, może co innego, nie wiem. Nawet nie wiedziałem że należy mi się jakaś renta po ojcu, bo ojca dopiero co Gierek ubezpieczył jako rzemieślnika. Poszedłem na studia, zdałem egzamin i zostałem przyjęty, dano mi akademik, stypendium i bieda znikła jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, bo mama nie musiała do mnie dokładać, kasy ze stypendium socjalnego, a potem dodatkowo i z naukowego za dobre oceny starczało mi na wszystko. Nie interesowała mnie polityka, zresztą na tej uczelni byli tacy sami biedacy jak ja, bo to typowa techniczna szkoła o ścisłych umysłach, gdzie jak nie nauczyłeś się wzorów, to żadne „pływanie” nie pomogło. Do NZSu, ani do ZSP nie należałem, nie należałem nigdzie, bo szkoda mi było tych ciężko zarobionych pieniędzy i stypendium na składki. Wolałem za to kupić coś sobie (radio stereo, magnetofon, ciuchy) bo pomimo tego ze w sklepach był tylko ocet, jak to teraz piszą, to ja mogłem kupić wszystko, nawet płyty zachodnich zespołów muzycznych i to bez kolejek, szczególnie w większych miastach. Wtedy też był „Empik” z płytami zachodnich zespołów i to lepszy niż teraz. Były też inne sklepy z towarem wcale nie za dolary tylko za zwykłe złotówki, a zresztą dolara można było kupić za cenę jednej flaszki „żytniej”, bo taki był przelicznik (100 zł), więc kto chciał to miał dostęp do „PEWEXÓW”.