Gość: ciekawy
IP: *.internetdsl.tpnet.pl
14.08.14, 14:25
Wizytówką miasta jest jego rynek, jest też jego naturalnym centrum w szczególności w zakresie życia kulturalnego i towarzyskiego. Również turysta, zwiedzając najciekawsze obiekty Tarnobrzega, musi trafić na Plac Bartosza Głowackiego. I co tam zobaczy w dniach wolnych, w sobotnie popołudnia i niedziele? Pustki, jakby Tarnobrzeg był miastem wymarłym. Jeden czy dwa piwne ogródki i plac rozgrzany latem do czerwoności ;) Czy to jest oferta dla turystów? A mieszkańcy – czy tarnobrzeżanom nie należy się jakiś sympatyczny, klimatyczny zakątek we własnym mieście? Wiem, że wielu w czasie weekendów wyjeżdża w poszukiwaniu rozrywki już to do Sandomierza, już to do innych ościennych miejscowości.
Jak ja wyobrażam sobie Plac Bartosza?
Po pierwsze trochę cienia i tlenu. To mogą załatwić niezbyt kosztowne pergole ocienione szybko rosnącym winobluszczem.
Po drugie – estetyka, a więc przede wszystkim kwiaty, jak najwięcej kwiatów. O klomby powinno troszczyć się miasto, ale też można rozdać sadzonki kwiatów właścicielom kamieniczek pod jednym tylko warunkiem – że je zasadzą i będą podlewać w ciągu lata, a doniczki zamontują w oknach wychodzących na plac. W taką scenerię wkomponowałyby się znakomicie stylowe stoiska z kwiatami.
Po trzecie – rozrywki. Powinny to być zróżnicowane propozycje, raz np. letnie kino pod chmurką, innym razem jakiś koncert o charakterze bardziej kameralnym niż te wielkie imprezy nad jeziorem czy nad Wisłą. Złożenie sceny i dostawienie kilku ławek to niewielki wysiłek. Na tej scenie mogliby prezentować swoje umiejętności sami mieszkańcy Tarnobrzega, a talentów u nas nie brakuje. Z pewnością można nimi wypełnić kilka weekendowych, letnich wieczorów. W Urzędzie Miasta powinna być taka osoba, która pełniłaby rolę animatora inicjatyw lokalnych również – choć nie tylko – w dziedzinie kultury. Od czasu do czasu mógłby się odbyć recital jakiegoś uznanego artysty (w Sandomierzu niedawno był Soyka, Grębów zaprosił gitarzystę Ścierańskiego). Dla odmiany prezydent miasta nie występowałby tam wcale. Jeśli w ciepłej porze roku wypadną jakieś istotne rozgrywki sportowe, można zorganizować „strefę kibica”.
Jeżeli będzie po co przyjść, pojawią się ludzie i pojawią się też wokoło rynku restauracje i kawiarenki. Rynek odżyje, stanie się swego rodzaju salonem, do którego zaprasza się gości.
A już ideałem byłoby, gdyby zaglądali tam urzędnicy z Urzędu Miasta, również posiedzieli, pogawędzili z mieszkańcami. I gdyby nie musieli się bać, że usiądą przy kimś niemile widzianym przez władze i za to zostaną ukarani obcięciem premii, nagrody czy jakiegoś dodatku (przykład z życia wzięty).
Grzegorz Kiełb