Gość: Someone
IP: 217.8.186.*
09.02.04, 09:22
Wszystko pięknie i cacy dopóki, dopóty grupa liczy jakieś 6-12 osób. Jeżeli
część porezygnuje (a co właściwie się zdarza b.często), robią się schody.
Schody w postaci niezdrowej relacji między wykładowcami a uczniami. Chodzi
głównie o tzw. "opłacalność". Jeżeli w grupie jest 10 osób, to wykładowca,
jak i cała "szkoła" biorą dość pokaźne gaże. Jeżeli spada liczba
uczęszczających (a więc płacocących), to po odliczeniu kosztów stałych
zostaje nie tyle, ile by sobie życzyli nasi "instruktorzy". Zaczynają się
docinki w stylu: "musimy kogoś do was dołożyć", bądź szczere
wypowiedzi: "jeżeli nie podniesiemy stawki, to będziemy musieli rozwiązać
grupę, bo przestaje się nam to opłacać". Studenci czują się oszukani,
lektorzy niedopieszczeni... ludzie zmieniają szkoły i tak w koło Macieju.
Szkoły językowe jak politycy przed wyborami rzucają obietnicami, zapewniają
sukcesy, darmowe lekcje, wszystko aby przekonać jak największą ilość osób.
Jednak żadna ze szkół nie liczy się z sytuacją tracenia swoich pupili (z
różnych powodów) i wychodzi z brutalnego założenia, że jakoś (dobrze dla
szkoły) to będzie a jak nie hmmm cóż ... znajdą się inni.