j.polski w V klasie szkoły podst.

22.11.11, 00:10
Jestem zdesperowaną matką ucznia V klasy. Moje dziecko już drugi rok uczone jest przez osobę, która:
- od IV klasy zadaje samodzielne przygotowanie notki biograf. autorów;
- wypracowania zadaje z dnia na dzień, często w połączeniu z innymi pracami, typu wspomniana notatka;
- w klasie V z dnia na dzień kazała opracować szczegółowo 17 pytań dotyczących treści "W pustyni i w puszczy", które bardzo drobiazgowo sprawdzała i surowo oceniała;
- podaje skomplikowane, akademickie definicje takich pojęć jak: onomatopeja, matafora, porónanie, epitet i na klasówce każe wypisać wszystkie z 2 podanych fragmentów "Pana Tadeusza" (odpowiednio 7, 11, 7, 12), do tego szczegółowy opis ukladu rymów itp.;
- sprawdzając wypracowania tropi wyrażenia, które w najmniejszym choć stopniu można uznać za potoczne, i obniża za nie ocenę;
- wypracowanie, w którym co prawda nie było błędów, ale: "nie zaciekawiło, brakowało refleksji, przemysleń" (tematem był "Mój dzień", miała to być kartka z pamiętnika) ocenia na 3-;
- każe w ciągu 30 min. lekcji przygotować 10 min. prezentację w grupach, mimo tego, że nigdy nie uczyła dzieci przygotowywania prezentacji;
i mogłabym tak jeszcze długo.
Czy program tak się zmienił od czasów mojego dzieciństwa? Czy wszyscy nauczyciele tak piłują i zarzynają przedmiot, który należał do moich ulubionych?
    • morekac Re: j.polski w V klasie szkoły podst. 22.11.11, 10:04
      A rozmawiałaś z nauczycielką?
      • amancjuszka Re: j.polski w V klasie szkoły podst. 22.11.11, 22:57
        Zawod nauczyciela uprawiaja rozni ludzie. Tacy ktorzy uwazaja wylacznie za wazny swoj przedmiot i ktorzy chca bardzo wiele rzeczy przekazac. Po 1) porozmawiaj z nauczycielka, dluzsze prace domowe jak opowiadanie, powinni miec na okolo tydzien, reszta to juz ok, natomiast co prezentacji powinna najpierw powiedziec jak i co...zrobic by dzieci wiedzialy czego ona oczekuje. Nastepna rzecz to encyklopedyczne, trudne do rozumienia tresci coz, raczej w sposob przystepny powinny byc opisane na przykladach niestety regulka to regulka tego przeskoczyc sie nie da, ale pozniej na przykladzie sie mowi o co dokladnie chodzi. Jezeli chodzi o te wypracowania to raczej powinny byc tresciwe a nie wodolejstwo. Niemniej trzeba porozmawiac z nauczycielka, jedyne co w tej sytuacji mozesz zrobic.
        • agridulce Re: j.polski w V klasie szkoły podst. 22.11.11, 23:27
          Kilka osób już z panią rozmawiało, podobnego zdania jest połowa klasy. Niestety, grochem o ścianę. Pani jest osobą zamkniętą na sygnały z zewnątrz, a rodziców uważa za niewykształconych kretynów. Regułki to nie rozbudowane definicje rodem prawdopodnie z podręcznika akademickiego (są znacznie dłuższ ib.skomplikowane od tych ze słownika terminów literackich). Popieram nauczycieli z pasją, którzy uważają swój przedmiot za najważniejszy. Mam wrażenie, że dzieci są po prostu źle uczone - w sposób nieodpowiedni do ich wieku.
          • ewa9717 Re: j.polski w V klasie szkoły podst. 23.11.11, 09:57
            No to pozostaje grzeczna, ale stanowcza rozmowa z dyrektorką/dyrektorem. Najlepiej grupy rodziców.
          • amancjuszka Re: j.polski w V klasie szkoły podst. 23.11.11, 14:20
            To mozecie sprawe zglosic do dyrektora.
    • hanna_sty Re: j.polski w V klasie szkoły podst. 23.11.11, 18:51
      A ja bym sie zastanowiła czy nie trafiliście przypadkiem na DOBRĄ nauczycielkę, która zamiast gładzić po główkach i stawiać 6 po prostu wymaga, uczy samodzielnej pracy, przygotowuje do nauki w szkołach na wyższym poziomie edukacji, ale po kolei
      - samodzielne przygotowywanie notek biograficznych autorów- w dobie internetu, bibliotek to żaden problem. Wystarczy, że raz pokazała jak to robić i uczeń nie powinien mieć kłopotów
      - wypracowania z dnia na dzień- w zasadzie nie powinno się tego robić, ale jak znam życie to i tak najczęściej wspomniane dziełą powstają w ostatniej chwili. Proponuję rzeczową rozmowę-ale bez podnoszenia głosu i obrony "maluchów". Argument, że na następny dzień jest dużo zadane powinien poskutkować.
      - Rozwiń te myśl. Jeśli dziecko PRZECZYTAŁO jakąkolwiek lekturę- książkę a nie opracowanie- to pytania dotyczące treści nie powinny zaskoczyć. Ciekawe jakie to były te szczegółowe pytania. Napisz jeśli możesz.
      - definicje "onomatopeja", "epitet" itd są na sprawdzianie po VI klasie. Przerabiając testy z moim dzieckiem musiałam sama je podawać, bo niestety nasza polonistka nie robiła tego. Poszukaj w arkuszach egzaminacyjnych.
      - to samo dotyczy rymów, rytmów itd. są to pytania egzaminacyjne. Egzaminu czy jak ktos woli sprawdzianu po VI klasie. Można mieć, ewentualnie pretensje do autorów pytań czy jest to odpowiednie dla 12 latków, chociaż ja osobiście nie uważam, żeby taka wiedza przerastała mozliwości intelektualne ucznia V czy VI klasy.
      - "tropi" wyrażenia czy sprawdza pracę uczniów według klucza. Klucz egzaminacyjny jest może idiotyczny, ale jest i obowiązkiem nauczyciela jest tak nauczyć, aby zdał jak najlepiej. Niestety dziś jest tendencja nauki pod egzamin- długo by mówić i pisać dlaczego.
      - Co do wypracowania się nie wypowiadam, bo go nie czytałam. Racja może być po każdej ze stron.
      - przygotowanie prezentacji jest ważne, ale powinna przedtem nauczyć jak to robić. To też temat do rozmowy. Niech powie dlaczego nie pokazała.
      Tak od naszego Twojego/mojego dzieciństwa czy też lat szkolnych program się zmienił i bezustannie zmienia. Zmieniają się kryteria egzaminacyjne, programy nauczania, kanon lektur itd. Zmieniają się też uczniowie, rodzice, nauczyciele.
      Może warto zamiast zarzucać nauczycielce wszystkie mozliwe grzechy po pierwsze zastanowić się dlaczego to robi a jeśli gdzieś nie ma racji - porozmawiać. Doradzałabym rozmowę rzeczową, spokojna , nie naładowaną emocjami bo skończy się awanturą. I zacząć od przejrzenia obowiązujących wymagań na sprawdzianie.
      Pozdrawiam - Hanka
      P.S. Jestem nauczycielem, ale akademickim.
    • randybvain Re: j.polski w V klasie szkoły podst. 23.11.11, 21:25
      Ale w czym problem? Obniżyć poprzeczkę można, będziesz szczęśliwą matką wyluzowanego głupka? Mom zdaniem lepiej, że nauczycielka wymaga wiele od dzieci, bo to przygotowuje je do życia w przyszłości. W dorosłym życiu nikt nie będzie głaskał ich po główce i zdesperowana mamusia nie będzie się skarżyć do prezesa, że synkowi dał pracę, która go przerasta. Jedynie, czego ja wymagałbym w tej sytuacji, to tego, żeby nauczycielka pokazała, jak robić to, czego wymaga.
      • agridulce Re: j.polski w V klasie szkoły podst. 24.11.11, 01:56
        Prezes, zakładanie z góry, że przepotworne trudności moje dziecko spotkają, stawianie nadmiernie wysokich wymagań pod hasłem "przygotowania do życia" czy też "co nas nie zabije to nas wzmocni" - inaczej to sobie wyobrażam. Moim marzeniem jest przygotować je do życia tak, aby nie musiało być pracownikiem korporacji, dopasowującm się do nieistotne jak bardzo absurdalnych wymagań. Jak rozumiem, nigdy nie pojawiły się w Twojej głowie wątpliwości co do prfesjonalizmu i dobrej woli nauczyciela?
        • hanna_sty Re: j.polski w V klasie szkoły podst. 24.11.11, 09:08
          Co prawda to nie do mnie, ale pozwolę sobie zabrać głos.
          Czy nam się to podoba czy nie obecnie uczniowie od (prawie) zerówki do matury są poddawani róznego rodzaju sprawdzianom zewnętrznym- "Trzeciaczki", sprawdzian po VI klasie, egzamin gimnazjalny, matura. Jakie one są każdy może zobaczyć choćby na stronach OKE lub CKE, a dzis pisze się o przeraażeniu nauczycieli stopniem możliwych trudności na egzaminie gimnazjalnym.
          Zadaniem szkoły jest m.in. przygotowanie do egzaminów. I im skuteczniej to zrobi tym większe prawdopodobieństwo, że dziecko będzie w lepszej szkole. Taki jest system rekrutacji po gimnazjum ( konkurs) i często wybierając inne niż rejonowe gimnazjum bierze się pod uwagę wynik sprawdzianu.
          Tak więc , nawet jeśli jesteśmy temu przeciwni, nasze dzieci podlegają określonym procedurom rekrutacyjnym . W związku z tym powinno nam zależeć, żeby do wszelkiego rodzaju testów, sprawdzianów szkoła ( nauczyciele) przygotowała jak najlepiej. A dziś najlepiej oznacza- niestety- pod egzamin, sprawdzian. Piszę "niestety" bo wolałabym innego typu rekrutację, ale nie mam na to wpływu. Nie ma wpływu też dyrektor szkoły, Rada Rodziców, ba nawet senat wyższych uczelni publicznych.
          Innym zadaniem szkoły jest przygotowanie do życia. Tak, chodzi o to, żeby 20 latek wiedział jak załatwić sprawę w dziekanacie, gdzie poszukać wiadomości i studiując nie domagał się, aby wykładowca mu dyktował, potrafił zrobić notatki, korzystać z literatury, szukać. Tego nie uczy się w pół roku, to cały proces.
          Szkoła powinna uczyć także, że życie nie jest pasmem sukcesów i obok ludzi sympatycznych, życzliwych, miłych, dobrych spotyka się ich odwrotność. Jak wspomniałam pracuję na uczelni i zdarzało mi się spotykać ludzi 20+ którzy reagowali płaczem, histerią na niepowodzenie, nieprzystosowanych do znoszenia porażek. A stąd prosta droga- znów się z tym spotkałam na uczelni- do używek i autodestrukcji.
          Oczywiście celowo nieco przesadzam, ale tylko niewiele.
          Nie każdy rzecz jasna pracuje w korporacji, ma szefa -tyrana, wyścig szczurów i poddawany jest na co dzień torturom. Dobra szkoła, dobrzy i mądrzy rodzice, profesjonalni nauczyciele potrafią przygotować WSPÓLNIE bo gdy jedno z ogniw pęka, peka też łańcuch przygotowań, do życia w otaczającej nas rzeczywistości. A może być to wspomniana przez Ciebie korporacja, ale może tez być kasa w Tesco, sklep z zabawkami, redakcja, sąd itd.
          Z nauczycielami ( zresztą nie tylko, ale tu skupmy się na tej profesji) trzeba umieć rozmawiać. To są ludzie. Nie zakładajmy ich złej woli. Tez mają rodziny, dzieci, gorsze dni. Trzeba im przedstawić problem, ale nie na zasadzie "Pani źle uczy, ma absurdalne wymagania i moja Kasia nie będzie opracowywała 17 bezsensownych pytań z W pustyni i puszczy". Proponowałabym zasugerować , aby raz jeszcze przerobiła np. sporządzanie biogramów, bo Kasia, Basia, Marysia i Wojtek ( oczywiście po uzyskaniu zgody ich rodziców) mają z tym problem. Odradzam skomasowany atak na nauczycielkę, bo efekt będzie odwrotny.
          I żeby było jasne- są rózni nauczyciele, jak wszędzie. Może się zdarzyć, że dyrektor , zeby mieć z głowy rodziców i problem zmieni nauczyciela polskiego i da Wam "olewacza", który nie będzie miał ochoty się przemęczać, wymagać a efekt jego nauki zobaczycie już za 1,5 roku - po sprawdzianie szóstoklasisty.
          Piszę to z życzliwości. Przemyśl moja wypowiedź.
          Pozdrawiam - Hanka
          • agridulce Re: j.polski w V klasie szkoły podst. 25.11.11, 19:04
            Witaj Hanko! Mogłabym podpisać się pod większą częścią Twojej wypowiedzi.
            W poprzedniej napisałas o głaskaniu po głowkach - z tym się nie zgodzę, uważam, że pozytywna motywacja jest skuteczniejsza od zaniżania stopni "żeby się leń wziął do pracy".
            > Zadaniem szkoły jest m.in. przygotowanie do egzaminów.
            Oczywiście.
            > Innym zadaniem szkoły jest przygotowanie do życia. Tego nie uczy się w pół roku, to cały proces.
            Właśnie - proces. I zgadzam się on zaczyna się wcześnie, już w przedszkolu, ale "nasza pani" postanowiła przeskoczyć pewien etap w edukacji i traktuje uczniów jak gimnzjalistów lub też licealistów. Zakłada, że 10-latki ( w zeszłym roku) po prostu potrafią napisać notatkę bio czy kilkustronicowe wypracowanie, w którym nie pojawi się język potoczny (bo dla niej to zbrodnia, a wg programu w szkole podst. dzieci dopiero uczą się rozpoznawać rejestry jęz.), a umiejętność przygotowywania prezentacji zapewne wyssali z mlekiem matki. Sądząc po sposobie oceniania ona ma spore braki w tej dziedzinie.
            > Szkoła powinna uczyć także, że życie nie jest pasmem sukcesów i obok ludzi sympatycznych, życzliwych, miłych, dobrych spotyka się ich odwrotność.
            To prawda, ale też trzeba reagować, kiedy spotykają osoby złośliwe i rozładowujące swoje negatywne emocje na uczniach, wykorzystujące swoją przewagę wobec dzieci.
            > Dobra szkoła, dobrzy i mądrzy rodzice, profesjonalni nauczyciele potrafią przygotować WSPÓLNIE bo gdy jedno z ogniw pęka.
            Zawsze starałam się mówić z szacunkiem o nauczycielach dzieci i mieć z nimi dobry kontakt. Dotychczas się to udawało ku obopólnemu zadowoleniu i z korzyścią dla dzieci. Niestety, wspomniana polonistka nie chce rozmawiać, próby kontaktu, sugestie i pytania odbiera jak atak osobisty.
            > Z nauczycielami ( zresztą nie tylko, ale tu skupmy się na tej profesji) trzeba
            > umieć rozmawiać. To są ludzie. Nie zakładajmy ich złej woli.
            Nie zakładałam. Zaobserwowałam brak znajomości psychologii dzieci i niechęć do jej poznania. Od początku informowała nas, że ona dzieci nie ma, nie zna, że literatura to Dostojewski, a co tam taki Brzechwa. I może dlatego do analizy daje Przerwę-Tetmajera, a nie utwory pisane bardziej współczesną polszczyzną, dodając tym dodatkowe utrudnienie.
            > Tez mają rodziny,dzieci, gorsze dni.
            Akurat ona rodziny nie ma i to chyba też jest problemem.
            >Trzeba im przedstawić problem, ale nie na zasadzie uczy, ma absurdalne wymagania i
            > moja Kasia nie będzie opracowywała 17 bezsensownych pytań z W pustyni ipuszczy". >Proponowałabym zasugerować , aby raz jeszcze przerobiła np. sporządzanie biogramów, >bo Kasia, Basia, Marysia i Wojtek (oczywiście po uzyskaniu zgody ich rodziców) mają z tym >problem.
            Te pytania to przykład obszernej pracy domowej zadawanej z dnia na dzień. Mimo wielu próśb nie zadała sobie trudu, żeby lepiej planować i rozkładać w czasie takie zadania. A "moja Kasia" wie, że lekcje musi odrobić, nawet jeżeli są absurdalne. Dzieci czegoś nie rozumieją - ich wina, pewnie są leniwi. Tego typu prośby również odbierane są jako "wtrącanie się" i wchodzenie w jej kompetencje.
            >Odradzam skomasowany atak na nauczycielkę, bo efekt będzie odwrotny.
            Pani przypomina pewnego znanego polityka - wszystko odbiera jako atak i sytuacja faktycznie ulega pogorszeniu. Rodzice też są różni, niektórzy może zbyt emocjonalnie podchodza do zagadnienia, ale nie brak ludzi opanowanych i o sporej wiedzy i doświadczeniu. Nie jesteśmy jednak traktowani jak partnerzy - i nie chcemy się na to godzić.
            > I żeby było jasne- są rózni nauczyciele, jak wszędzie. Może się zdarzyć, że dyrektor , zeby mieć z głowy rodziców i problem zmieni nauczyciela polskiego i da Wam "olewacza", który nie będzie miał ochoty się przemęczać, wymagać a efekt jego nauki zobaczycie już za 1,5 roku - po sprawdzianie szóstoklasisty.
            Nie musi dawac olewacza - na szczęście są też dobrzy nauczyciele, skuteczni i nie tak kontrowersyjni, w tej szkole. Bądźmy optymistami ;-)
            > Piszę to z życzliwości.
            I tak tez traktuję Twoją wypowiedź :-). I pozdrawiam
            A.
            • hanna_sty Re: j.polski w V klasie szkoły podst. 25.11.11, 20:47
              Witaj,
              Jest problem, i chyba poważniejszy,jeżeli jest dokładnie tak jak piszesz a nie mam powodu, żeby Ci nie wierzyć.
              Jestem zwolenniczką i jako mama i jako osoba mająca kontakt ze ludźmi i nauczyciel akademicki metody kija i marchewki. Czasem trzeba dać marchewkę, ale z daleka trzymać i kij. I być dobrym psychologiem, żeby dawkowac sprawiedliwie co nie oznacza równo. Zaniżanie stopni jest najgorszą możliwą metodą. Ocenianie jest najtrudniejszym aspektem pracy nauczyciela, ale z dwojga złego wolę zawyżanie niż zaniżanie.
              [nie ustosunkowuję się do tych kwestii, w których się zgadzamy, bo po co:)]'
              Traktowanie ucznia V klasy jak gimnazjalisty może być korzystne w okreslonym kontekście. Np. "daję wam zadanie, które będzie oceniane dodatkowo. Jest ono z podręcznika do gimnazjum. Zwykłej V klasie bym nie dała, ale wiem, że wy dacie sobie radę. Do dzieła". Ale sztywne regułki rodem z internetu są nieporozumieniem, chociaż czasem trudno coś inaczej sformułować. Mozna natomiast i trzeba wymagać od nauczyciela, żeby nim zacznie oceniać i egzekwować pokazał, nauczył, wskazał źródła.
              Na negatywne emocje nie ma miejsca w pracy. Jakiejkolwiek. W szkole szczególnie. I jeśli dochodzi do złośliwości i to powtarzającej się, jest to temat do rozmowy z wychowawcą i dyrekcją. Jesli tak jest zwróciłabym się do trójki klasowej, żeby zwołać spotkanie wychowawcy z reprezentacją rodziców. Jesli to nie pomoże poprosić , aby nauczycielka polskiego przyszła na zebranie i ustosunkowała się do uwag. Podkresliłabym, że nie chcę aby sprawa dotarła do dyrekcji, ale trzeba coś zmienić. I wiedzieć co ( przykłady, świadkowie, zeszyty itd). I rzeczą równie zła jak złośliwość jest odbieranie próby zmian jako atak na jej osobę. Niestety znam takich ludzi, Szwankuje poczucie własnej wartości i empatii połaczonej w odpowiednich proporcjach z asertywnością. Jeśli tak jest to abstrahując od procesu nauczania potrzebny jest negocjator ( może psycholog, może charyzmatyczny rodzic - lepiej ojciec).
              Pani może kochać Dostojewskiego, Kafkę czy Tołstoja, ale program przewiduje Brzechwę, Chotomską i Sienkiewicza i tego trzeba się trzymać. Można zaproponować nawiązanie do omawianego problemu podługując się fragmentami ulubionej literatury, ale bez przesady. Mozna zaproponować wspólny wypad do teatru ( może pani zmieknie, pozna klasę i pokaże coś nowego, zainteresuje swoim hobby).
              To, że pani jest samotna i bezdzietna nie oznacza, że nie ma problemów domowych. Może mieć chorą matkę, upośledzoną siostrę, szwagra pijaka czy poważną lecz niewidoczną chorobę . Teoretycznie nie ma to związku z pracą i nie powinno obchodzić rodziców, ale ludzie są tylko ludźmi. [ moja koleżanka złosliwa wobec studentów aż do nieprzyzwoitości była taka, bo od lat opiekowała się babcia po udarze. inni członkowie rodziny się wypięli.Koleżanka ejjjjjjj dużo by trzeba pisać].
              I jeszcze rzecz trudna- powinno się rodziców, ludzi dorosłych traktować jak partnerów w procesie nauczania i wychowania. I rodzice powinni tak traktować nauczycieli. Zwykle w młodszych klasach "pani" jest autorytetem, potem bywa gorzej. A już bardzo źle jeśli obie strony nie traktują się poważnie i z szacunkiem. Skomasowany atak rodziców na nauczyciela nauczyciel odbiera fatalnie i reaguje agresją. Atak nauczyciela na rodziców i traktowanie ich jak nieuków też powoduje negatywne reakcje. Proponowałabym rzeczową rozmowę- patrz wyżej, a jak się nie da to w obecności negocjatora, jednak nie zakładając, że druga strona ma zła wolę. Może być niepewna siebie.
              Rozpisałam się, ale sama przerabiałam z własnym dzieckiem kontrowersyjnych nauczycieli, niezrównoważonego dyrektora szkoły, rozwścieczonych rodziców, histerycznie reagująych dziadków, poniżanych uczniów itd. Byłam negocjatorem na linii nauczycielka- rodzice jednego z uczniów ( i zarazem tego ucznia). Były długie rozmowy, prosby, groźby i.......każdy trochę się zmienił. Nie było idealnie, ale jakoś dotrwaliśmy. W przypadku dyrektora-furiata zmieniliśmy szkołe, ale to zupełnie inna opowieść.
              Pozdrawiam - Hanka
        • randybvain Re: j.polski w V klasie szkoły podst. 25.11.11, 22:01
          A mogę się zapytać, czy twoja opinia wzięła się z osobistej wizytacji na lekcji, czy też znasz to tylko z opisu dziecka/dzieci?
          Po pierwsze, jak już napisałem, jeśli nauczycielka nauczyła dzieci jak wykonać to, czego od nich wymaga, to wszystko jest OK. Nieporozumieniem, ba, nadużyciem, jest wymaganie czegoś nienauczonego/nieobecnego w programie nauczania
          (Przy okazji: czy widziałaś może jakie zadania czekają uczniów według tego programu? To znaczy, czy nauczycielka pracuje zgodnie z założeniami zatwierdzonymi przez dyrekcję i znanymi przez rodziców?)
          Po drugie, dzieci są oceniane za swoją pracę. Jeśli są to zadania powyżej ich możliwości, oceny będą negatywne, więc jest to informacja, którą można wykorzystać w celu skłonienia nauczycielki do dostosowania wymagań do poziomu dzieci. Jednak jeżeli większość dzieci daje sobię radę, to znaczy, że zadania są na ich poziomie.
          (Więc jak: większość dzieci daje sobie radę z jej zadaniami, czy nie?)
          Po trzecie, dlaczego cała ta sytuacja cię tak martwi? Przecież ważniejsze jest, aby twoje dziecko coś wiedziało i umiało, a nie, żeby miało dobre oceny, które poza szkołą nie mają żadnego znaczenia. Psa z kulawą nogą nie będzie obchodziło, jak oceniane było twoje dziecko i ile wypracowań napisało, kiedy będzie ono już pracować. Jak chcesz uczyć dziecko po swojemu, to ucz, nie ma przymusu skończenia szkoły na celujących i bardzo dobrych.
          • ewa9717 Re: j.polski w V klasie szkoły podst. 25.11.11, 22:59
            randybvain napisał:
            > Po trzecie, dlaczego cała ta sytuacja cię tak martwi?

            Bo jest się czym martwić. Katując dziesięciolatki analizami młodopolskich wierszy czy nawet tylko ględzeniem o Dostojewskim i deprecjonowanie w ten sposób np. Brzechwy i literatury bliższej fazie rozwojowej dzieci,nauczycielka może skutecznie obrzydzić wielu dzieciakom chęć sięgnięcia po książkę, przyjemność czytania.

            Przecież ważniejsze jest,
            > aby twoje dziecko coś wiedziało i umiało, a nie, żeby miało dobre oceny, które
            > poza szkołą nie mają żadnego znaczenia.
            Jasne, jasne, tylko po co np. rozbudowane definicje tzw. środków artystycznych. Może od razu żądać tylko ze słownika Głowińskiego, Sławińskiego and co? Na egzaminie gimnazjalnym, a więc oczko wyżej, od lat dzieciaki mają wskazać w jakimś fragmencie przenośnię, epitet, porównanie i chyba apostrofę.
            Tak naprawdę egzamin po podstawówce i po gimnazjum zupełnie dobrze może zdać dziecko, które czyta ze zrozumieniem i potrafi się wypowiedzieć w swoim ojczystym języku.
            Psa z kulawą nogą nie będzie obchodził
            > o, jak oceniane było twoje dziecko i ile wypracowań napisało, kiedy będzie ono
            > już pracować.
            Ale teraz obchodzi mądrą matkę, bo przed nią i dzieckiem jeszcze dwa lata z pańcią, co może odebrać sporo radości życia.

            Jak chcesz uczyć dziecko po swojemu, to ucz, nie ma przymusu skoń
            > czenia szkoły na celujących i bardzo dobrych.
            Pewnie, można po swojemu, całe gimnazjum poprawiałam po swojemu po polonistce - pańci od 1-3, która w odpowiednim czasie machnęła roczny zaoczny kurs w jakimś CEN-ie i uczyła polskiego w gimnazjum. Nikomu nie życzę, choć to akurat sytuacja prawie odwrotna do opisanej w pierwszym poście.
            >
            • jarkotowa1 a ja ci zazroszczę 14.12.11, 11:05
              Też mam syna w 5 kl i chciałabym być na twoim miejscu.
              Syn od dwóch lat zmierza w kierunku (jak ktoś to trafnie ujął) "wyluzowanego głupka" czy jakoś tak. W 4 klasie nie robili prawie nic. Pani tłumaczyła się tym, że po 3 klasie daje im luz, ale w 5 to się za nich weźmie. Omawianie lektury pt Pinokio polegało na "rozwiązaniu" labiryntu, odpowiedzeniu na 3 pytania, m.in czy widziałeś Pinokia w kinie/teatrze?...Przeczytali również Anię z Zielonego Wzgórza i Spotkanie nad morzem. Druga lektura została omówiona tak ogólnie, trzecia wcale bo się rok szkolny skończył (wieczne absencje nauczycielki).
              Generalnie poziom w klasie 3 był znacznie wyższy niż w 4. Ale jak wzięliśmy się za proces zmiany nauczyciela to już było za późno, bo karty na następny rok już były rozdane.
              W 5 klasie robią trochę więcej, omawiają gramatykę, czytają lektury, ale z ich przerabianiem już gorzej. Do tej pory przeczytali W Pustyni i w Puszczy, Katarynkę. Następne dwie lektury mają terminy do marca, czyli pewnie w maju je przerobią.
              Syn ma dysgrafię a Pani sprawdzając mu zeszyt nie poprawia ortów! Nie zadaje wypracowań, notek biograficznych, prezentacji, żadnych prac, które wymagałyby odrobiny zaangażowania i wysiłku. Generalnie dzieci się cofnęły w polskim. Teraz sprawa się oparła o panią dyrektor, bo z taką wiedzą z języka polskiego marnie widzę dostanie się do gimnazjum innego niż rejonowe (w moim przypadku beznadziejnego). Podstawowym problemem jest zerowy poziom podstawy programowej, którą pani akurat realizuje.
              A to, że dzieci w klasie 3 robiły więcej, pisały więcej, czytały więcej, pani wymagała wiele........to już nasza sprawa i nie ma to związku z tym co jest teraz. Była to inwencja pani i tyle.
              Rozumiem, że każdy nauczyciel uważa, że jego przedmiot jest najważniejszy. I osobiście nie mam nic przeciwko. Z dwojga złego wolę pomagać synowi w notkach biograficznych i robieniu prezentacji niż widzieć jak się cofa w rozwoju. A trudno jest zmusić młodego nastolatka żeby zrobił z polskiego coś sam, z siebie, dodatkowo, dla własnego rozwoju. Bo są ciekawsze rzeczy.
              • 71tosia Re: a ja ci zazroszczę 16.12.11, 00:27
                uczenie musi byc dostosowane do percepcji osoby uczonej, jezeli rodzice sygnalizuja ze dzieci nie bardzo radza sobie z tymi notkami i wyparcowaniami (ciekawe ilu rodzicow nad tym wypracowaniami pracuje ;-) z dzieciakami) to dobry nauczyciel powinien sie nad tym zastanowic. A program tej p nauczycielki mozna porownac do prob uczenia fizyki startujac od mechaniki kwantowej zanim wytlumaczy sie mechnike klasyczna.
                No i dobrze by bylo by dzieciakom nie utrawlio sie ze uczenie to rzecz bardzo nieprzyjemna, trudna a czasami wrecz nie mozliwa.
Inne wątki na temat:
Pełna wersja