Gość: fun
IP: *.lubin.dialog.net.pl
30.10.04, 23:26
1. Córka nauczycielki skończyła LO, w którym pracuję, na II miejscu ze
średnią 5,... Wszystkim było wiadomo, że mamusia wymuszała na koleżankach
oceny. Wcześniej mamusia dobrała sobie do klasy nauczycieli (wiele mogła i
nie wiem, jakich instrumentów do tego używała), sama została wychowaczynią a
córka przewodniczącą samorządu klasowego (czysty nepotyzm). Po pierwszej
klasie mamusi po cichu zabrano wychowawstwo, bo działy się niedobre rzeczy -
córka przy pomocy mamusi rządziła w klasie lub odwrotnie. Nauczycielka ta
głośno i bez rzenady twierdziła, że skala ocen dla dzieci nauczycieskich
zaczyna się od 3. Wyszło to przy okazji, gdy postawiłem synowi pewnej
nauczycielki a wychowankowi wyżej wymienionej jedynkę na koniec roku.
2. Córka innej nauczycielki z tegoż LO (o o wiele mniejszych możliwościach)
nie była już wybitna. Po pisemnej maturze z pewnego przedmiotu matka dostała
od liberalnego nauczyciela pracę córki do "sprawdzenia". Na sprawdzaniu sie
nie skończyło - matka przyniosła całkiem nową pracę.
3. Córka innej nauczycielki a syn jeszcze innej otrzymywali z przedmiotu,
którego uczyły ich matki zaledwie "koleżeńskie" tróje.
Na podstawie tych czterech przykładów spośród wielu zadaję pytanie: CZYM
DZIECKO NAUCZYCIELA ZAWINIŁO, ŻE NIE MOŻE DOSTAĆ UCZCIWEJ OCENY ?
Jaka jest jego wina w tym, że jest dzieckiem nauczyciela (tylko nominalnego,
moim zdaniem)?
Jakim nauczycielem jest osoba, której dziecko zalicza się do powyższych
przykładów? Moim zdaniem żadnym.
A co Wy na to, drodzy czytelnicy?