zla_wrona
08.09.05, 17:25
Jestem zbulwersowana nowinami, jakimi na dzień dobry uraczono nas u progu
klasy III (LO).
Zaznaczę z góry, że celem niniejszego wywodu NIE JEST wylanie żalu do
nauczycieli tudzież bunt wobec szkolnej instytucji.
Chcę się po prostu podzielić refleksjami nt. licealnego bezsensu i
skonfrontować problem w szerszym gronie.
Jestem w klasie humanistycznej i pierwszy absurd, który wlecze się od dwóch
lat - to siatka godzin. "dostaliśmy" 6h historii w całym cyklu nauczania,
ewidentnie dwie godziny w każdej klasie. To chyba "odrobinę" za mało, by
przyzwoicie zdać przedmiot na maturze, na poziomie rozszerzonym? A takie jest
przecież założenie klasy. Ok, uprzedzając riposty - wiem, że to problem
"lokalny" leżący w gestii wychowawcy. Niby leży, ale my zaczęliśmy semestr z
dwiema godzinami. Wych. indagowany o większą częstotliwość lekcji stwierdza
"znam problem". Rzekomo działa w sprawie - szkoda, że bez żadnego efektu.
Efekt? Historyczka oświadczyła, że nie tylko NIE zrobimy powtórzenia przed
egzaminami, ale wręcz - nie dokończymy calego materiału przed maturą! Cudownie.
Sytuacja numer dwa - j. angielski. Nowa nauczycielka przeprowadza wywaid: ile
chętnych na maturę PR. Słownie: trzy na 18-osobową grupę.
Co nauczycielka stwierdza? Że...demokratycznie będziemy tłuc podstawy do
egzaminu PP. Co z ambitną trójką? Wio na korepetycje.
Są świetne szkoły językowe, naprawdę warto... - zasugerowała pani. Jaka
szkoda, że wiadomy aspekt $ jest istotny, a 1400 PLN za rok nauki to dla gros
ludzi bariera nie do przekroczenia. Gdzie jest bezpłatne szkolnictwo?
Zjednanie szans?
Mało tego. Padło pytanie o bezpłatne fakultety (dla grupy chętnych na PR
zebranych spośród wszystkich trzecioklasistów). No niestety...Bezpłatnych
zajęc nie będzie...! Chyba rozumiecie, że nauczyciel mający do wyboru: korki
i nauczanie w czynie społecznym wybierze opcję numer jeden? - westchnęła pani
z nostalgią.
Wiecie co...tajemnica Poliszynela. Jest toto, a niby go nie ma.
Znałam realia. Niemniej po raz pierwszy usłyszałam prawdę wypowiedzianą
dobitnie i bez ogródek.
Jasna cholera. Co to za publiczna szkoła, gdzie nauczyciele wysyłają uczniów
na korepetycje? Btw, dobrze, że nie do siebie...
Sprawa trzecia. J. polski. Ostatnio "zrobiliśmy" Chłopów w 2 godziny lekcyjne.
A może cudzysłów jest zbędny? Bo po co szukać finezji i artyzmu, skoro to
zfabrykowane rzemiosło? Nauczycielka CZYTA opracowanie lektury z Cogito. Nie
posiłkuje się opracowaniem, nie wybiera ciekawsze kawałki. Ona to dyktuje.
Równie dobrze można NIE BYĆ na lekcji i, kosztem własnego czasu, rzecz jasna,
przeczytać cogitową wkładkę.
Rezultat będzie ten sam. Lekcje są nudne, całkowity brak twórczości własnej.
A z drugiej strony... Pędzimy z materiałem, aż spodnie spadają, POLONISTKA NIE
ZGADZA SIĘ NA DYSKUSJE, BO NIE MA NIE CZASU (!!!), a...w poniedziałek cała
szkoła, łącznie z maturzystami idzie potulnie na ulicę kibicować kolarzom z
Tour de Pologne!
Zwolnienie ze wszystkich lekcji (6). Cóż to - patriotyczny obowiązek? Załosne.
A we wtorek - teatr. I znów przepadną cztery godziny. A warto dodać, że nie
wybieramy się na inscenizację lektury - to raz. I dodatkowe spektakle są w
godzinach popołudniowych.
Odechciewa mi się wszystkiego.
Uprzejmie proszę o nienapastliwe odpowiedzi na poziomie.