rudy102_t_34_85
05.12.05, 20:32
Interesują mnie takie dziwne historie.Często zabawiam się w dedektywa
usiłując znależć jakieś racjonalne ich wytłumaczenie.Sprawa "Mary Celeste"
zajmuje mnie już od 20 lat,zapoznałem się ze wszystkimi możliwymi próbami n/t
jej wyjaśnienia (od napadu piratów do ucieczki przed deszczem meteorytów z
rozpadłej komety) ale żadna nie przypadła mi do gustu jako
prawdopodobna.Hipotezy o UFO czy "innym wymiarze" zdecydowanie,jako
materialista, odrzucam.Nawet najbardziej niesamowite zdarzenia MUSZĄ mieć
racjonalne wyjaśnienie!Jeśli pozwolicie,przedstawię poniżej podobną-boodaj
jeszcze bardziej przerażającą- historię,do której po wielu latach udało mi
się doczepić sensowne wyjaśnienie.Oto ona...
11 czerwca 1890 roku z portu Lytletton (Nowa Zelandia) wypłynął
żaglowiec "MARLBOROUGH" należący do kompanii handlowej ALBION.Na pokładzie
była załoga i kilku pasażerów (łącznie 32 osoby) oraz ładunek mrożonej
baraniny.Celem było Glasgow w Wlk.Brytanii.Podróż miała zająć ok.90 dni i
prowadziła ryzykownym szlakiem koło Cape Horn.Ale statek nigdy do celu nie
dotarł...Po kilku miesiącach uznano go za utracony.Przykre,ale zdarza się-jak
wiadomo rejon Przylądka Horn jest bardzo niebezpieczny i wiele statków poszło
tam na dno.Rok póżniej nadeszła wiadomość że niedaleko Cape Horn widziano
statek podobny do "MARLBOROUGH",podobno szedł pod pełnymi żaglami nie
reagując na sygnały-uznano to jednak za zmyślenie.
MINĘŁY 23 LATA...
W 1913 roku statek towarowy (niestety zapomniałem jego nazwy) napotkał na
wysokości Punta Areneas (Ziemia Ognista) dziwny żaglowiec stary i zniszczony
z częsciowo zwalonymi masztami.Sprawiał wrażenie opuszczonego.Pogoda była
zła,morze spienione i wiał silny wiatr-mimo to kapitan wysłał na zwiady
szalupę z kilkoma marynarzami i 2im.oficerem.Udało im się zacumować do burty
obcej jednostki i wejść na pokład.Opuszczony żaglowiec był cały przegniły i
zardzewiały pokryty zielonkawym nalotem glonów.Pocżątkowo nie zauważono śladu
załogi,ale potem znaleziono na pokładzie 3 ludzkie szkielety.Dalsze odkryto
pod pokładem-łącznie było ich 16.W kajucie kapitana leżał dziennik
okrętowy,na skórzanej okładce był napis MARLBOROUGH...Niestety papier był
zjedzony przez pleśń a przy probie podniesienia wszystko rozleciało się na
drobne kawałki.Nic innego nie znaleziono.Ponieważ wiatr się wzmagał a statek
wyglądał jakby miał się za moment rozlecieć zwiadowcy opuścili jego
pokład.Wkrótce "MARLBOROUGH" zniknął za zasłoną szkwału i nikt więcej go już
nie zobaczył...
CO MOGŁO SIĘ TAM STAĆ..?Oczywiście same napraszają się scenariusze w
stylu "Strefa Mroku" czy "Archiwum X".Jeśli jednak wykluczyć duchy,kosmitów
czy potwory to jak wytłumaczyć los "Marlborough"? Długo nad tym medytowałem
aż zupełnie przypadkiem natrafiłem na opis tragedii duńskiego statku
badawczego "Jednorożec" który w XVIII wieku usiłował znależć drogę z
Płn.Atlantyku na Pacyfik.Kiedy zimą uwiązł w lodach Zatoki Hudsona prawie
cała załoga zginęła w męczarniach na jakąś tajemniczą chorobę.OCALAŁO TYLKO
TRZECH LUDZI Z 64, którzy pochowali zmarłych i zdali potem relację z całej
tragedii.Gdyby i oni umarli "Jednorożec" zostałby statkiem-widmem z martwą
załogą na pokładzie.Gdyby jakimś cudem przetrwał i po kilku latach został
odnaleziony byłby drugim "MARLBOROUGH"-jeśli pominąć kolejność czasową.
Załogę "Jednorożca" zabiła trychninoza,pasożytnicza choroba wywołana przez
włośnie.Jak wynikało z dziennika pokładowego wszyscy-za wyjątkiem tych trzech-
upolowali i zjedli na surowo polarnego niedżwiedzia zakażonego
pasożytami...Ludzie z "MARLBOROUGH" nie polowali na białe niedżwiedzie ale
mogli struć się czym innym,ktoś z załogi był nosicielem jakiejś zabójczej
infekcjii lub coś w tym stylu.Na pokładzie znaleziono 16 kościotrupów a
załoga liczyła 32 osoby-prawdopodobnie epidemia rozwijała się stopniowo i
zmarłych wcześniej wyrzucono za burtę.Potem już nikt nie miał siły na
usuwanie kolejnych trupów...Dość że nikt nie przeżył.
Pozostaje pytanie czy statek bez załogi mógłby sam żeglować przez 23 lata po
oceanie.Mało prawdopodobne ale możliwe.Czytałem o kilku takich przypadkach-w
jednym z nich żaglowiec wpadł na skały i po ewakuacjii załogi jakoś się z
nich uwolnił.Mimo dziury w kadłubie nie zatonął bo w ładowni wiózł ładunek
balsy.Potem przez 4 lata widywano go w okolicy (raz omal nie doszło do
zderzenia z inną jednostką).Przy szczęsliwym zbiegu
okoliczności "MARLBOROUGH" mógł przetrwać,nie wiadomo czy przez 23 lata
krążył w koło Cape Horn czy zwiedził z prądami kawał świata wracając w końcu
w okolice tego miejsca.
******
Wydaje mi się że jest to racjonalna próba wyjaśnienia
zagadki "MARLBOROUGH".Czy tak było naprawdę nie wiem.Nie wiem co stało się z
załogą "Mary Celeste" ale JESTEM PRZEKONANY że los jej załogi ma jakieś
racjonalne wytłumaczenie które-być może-zostanie kiedyś odkryte.