4 XII 1872. Nie ostał się choćby kot

05.12.05, 20:32
Interesują mnie takie dziwne historie.Często zabawiam się w dedektywa
usiłując znależć jakieś racjonalne ich wytłumaczenie.Sprawa "Mary Celeste"
zajmuje mnie już od 20 lat,zapoznałem się ze wszystkimi możliwymi próbami n/t
jej wyjaśnienia (od napadu piratów do ucieczki przed deszczem meteorytów z
rozpadłej komety) ale żadna nie przypadła mi do gustu jako
prawdopodobna.Hipotezy o UFO czy "innym wymiarze" zdecydowanie,jako
materialista, odrzucam.Nawet najbardziej niesamowite zdarzenia MUSZĄ mieć
racjonalne wyjaśnienie!Jeśli pozwolicie,przedstawię poniżej podobną-boodaj
jeszcze bardziej przerażającą- historię,do której po wielu latach udało mi
się doczepić sensowne wyjaśnienie.Oto ona...
11 czerwca 1890 roku z portu Lytletton (Nowa Zelandia) wypłynął
żaglowiec "MARLBOROUGH" należący do kompanii handlowej ALBION.Na pokładzie
była załoga i kilku pasażerów (łącznie 32 osoby) oraz ładunek mrożonej
baraniny.Celem było Glasgow w Wlk.Brytanii.Podróż miała zająć ok.90 dni i
prowadziła ryzykownym szlakiem koło Cape Horn.Ale statek nigdy do celu nie
dotarł...Po kilku miesiącach uznano go za utracony.Przykre,ale zdarza się-jak
wiadomo rejon Przylądka Horn jest bardzo niebezpieczny i wiele statków poszło
tam na dno.Rok póżniej nadeszła wiadomość że niedaleko Cape Horn widziano
statek podobny do "MARLBOROUGH",podobno szedł pod pełnymi żaglami nie
reagując na sygnały-uznano to jednak za zmyślenie.
MINĘŁY 23 LATA...
W 1913 roku statek towarowy (niestety zapomniałem jego nazwy) napotkał na
wysokości Punta Areneas (Ziemia Ognista) dziwny żaglowiec stary i zniszczony
z częsciowo zwalonymi masztami.Sprawiał wrażenie opuszczonego.Pogoda była
zła,morze spienione i wiał silny wiatr-mimo to kapitan wysłał na zwiady
szalupę z kilkoma marynarzami i 2im.oficerem.Udało im się zacumować do burty
obcej jednostki i wejść na pokład.Opuszczony żaglowiec był cały przegniły i
zardzewiały pokryty zielonkawym nalotem glonów.Pocżątkowo nie zauważono śladu
załogi,ale potem znaleziono na pokładzie 3 ludzkie szkielety.Dalsze odkryto
pod pokładem-łącznie było ich 16.W kajucie kapitana leżał dziennik
okrętowy,na skórzanej okładce był napis MARLBOROUGH...Niestety papier był
zjedzony przez pleśń a przy probie podniesienia wszystko rozleciało się na
drobne kawałki.Nic innego nie znaleziono.Ponieważ wiatr się wzmagał a statek
wyglądał jakby miał się za moment rozlecieć zwiadowcy opuścili jego
pokład.Wkrótce "MARLBOROUGH" zniknął za zasłoną szkwału i nikt więcej go już
nie zobaczył...
CO MOGŁO SIĘ TAM STAĆ..?Oczywiście same napraszają się scenariusze w
stylu "Strefa Mroku" czy "Archiwum X".Jeśli jednak wykluczyć duchy,kosmitów
czy potwory to jak wytłumaczyć los "Marlborough"? Długo nad tym medytowałem
aż zupełnie przypadkiem natrafiłem na opis tragedii duńskiego statku
badawczego "Jednorożec" który w XVIII wieku usiłował znależć drogę z
Płn.Atlantyku na Pacyfik.Kiedy zimą uwiązł w lodach Zatoki Hudsona prawie
cała załoga zginęła w męczarniach na jakąś tajemniczą chorobę.OCALAŁO TYLKO
TRZECH LUDZI Z 64, którzy pochowali zmarłych i zdali potem relację z całej
tragedii.Gdyby i oni umarli "Jednorożec" zostałby statkiem-widmem z martwą
załogą na pokładzie.Gdyby jakimś cudem przetrwał i po kilku latach został
odnaleziony byłby drugim "MARLBOROUGH"-jeśli pominąć kolejność czasową.
Załogę "Jednorożca" zabiła trychninoza,pasożytnicza choroba wywołana przez
włośnie.Jak wynikało z dziennika pokładowego wszyscy-za wyjątkiem tych trzech-
upolowali i zjedli na surowo polarnego niedżwiedzia zakażonego
pasożytami...Ludzie z "MARLBOROUGH" nie polowali na białe niedżwiedzie ale
mogli struć się czym innym,ktoś z załogi był nosicielem jakiejś zabójczej
infekcjii lub coś w tym stylu.Na pokładzie znaleziono 16 kościotrupów a
załoga liczyła 32 osoby-prawdopodobnie epidemia rozwijała się stopniowo i
zmarłych wcześniej wyrzucono za burtę.Potem już nikt nie miał siły na
usuwanie kolejnych trupów...Dość że nikt nie przeżył.
Pozostaje pytanie czy statek bez załogi mógłby sam żeglować przez 23 lata po
oceanie.Mało prawdopodobne ale możliwe.Czytałem o kilku takich przypadkach-w
jednym z nich żaglowiec wpadł na skały i po ewakuacjii załogi jakoś się z
nich uwolnił.Mimo dziury w kadłubie nie zatonął bo w ładowni wiózł ładunek
balsy.Potem przez 4 lata widywano go w okolicy (raz omal nie doszło do
zderzenia z inną jednostką).Przy szczęsliwym zbiegu
okoliczności "MARLBOROUGH" mógł przetrwać,nie wiadomo czy przez 23 lata
krążył w koło Cape Horn czy zwiedził z prądami kawał świata wracając w końcu
w okolice tego miejsca.
******
Wydaje mi się że jest to racjonalna próba wyjaśnienia
zagadki "MARLBOROUGH".Czy tak było naprawdę nie wiem.Nie wiem co stało się z
załogą "Mary Celeste" ale JESTEM PRZEKONANY że los jej załogi ma jakieś
racjonalne wytłumaczenie które-być może-zostanie kiedyś odkryte.
    • valeron Re: 4 XII 1872. Nie ostał się choćby kot 05.12.05, 21:26
      to piekna historia. o mary celeste i innych tragicznych historiach zwiazanych z
      morzem czytalem w ksiazce 'tragiczne wody' angelo solmi. czytalem te ksiazke
      kilkanascie razy, polecam wszystkim..
    • marchewky Mam hipoteze 03.01.06, 15:51

      Historia bardzo ciekawa, z „dreszczykiem”, bardzo interesujące komentarze...

      Myślę, że tajemnicze znikniecie wiąże się z przewożonym przez "Mary Celeste"
      ładunkiem. Widziałem kiedyś 200 litrową beczkę spirytusu, nie jest wcale taka
      duża, ale ilość alkoholu zatrważająca. Taka ilość jak w ładowni tego statku nie
      mieści mi się wprost w głowie. Tam mogło być ponad trzysta ton łatwopalnego,
      lotnego spirytusu. Słyszałem kiedyś o człowieku, który wpadł do kadzi ze
      spirytusem i tyle go wchłonął przez skórę, że umarł z powodu przedawkowania.
      Nie wiem dokładnie jak groźne są opary, ale zastanówmy sie...

      Mogło się zdarzyć tak, że jedna lub kilka beczek uległo rozszczelnieniu i
      pomieszczenia statku spowiły opary alkoholu. Członkowie załogi wdychają te
      opary, zaczynają zachowywać się nieracjonalnie, niektórzy tracą może nawet
      przytomność. Wyrwany luk może nie dał się w prosty sposób otworzyć, gdy w
      pośpiechy próbowano wentylować statek, lub była to najkrótsza droga ucieczki
      dla zagrożonego oparami pod pokładem członka złogi... Być może załoga
      zamierzała przeczekać na pokładzie zagrożenie, jednak pojawiło się kolejne
      zagrożenie: nadciągnęła burza i istniało niebezpieczeństwo uderzenia pioruna,
      który mógł spowodować wybuch oparów spirytusu. Nawet niekoniecznie piorun,
      elektryczność statyczna. marynarze nazywają to (nazywali?) ogniami św.
      Wawrzyna, o ile dobrze pamiętam. Skaczące po masztach iskierki, które są
      wynikiem dużej różnicy potencjałów miedzy okrętem a chmurą. Wobec czego kapitan
      decyduje się na opuszczenie statku i podróż szalupą do Azorów. Ich pozycja nie
      była zbyt odległa. Szalupa mogła być wyposażona w żagiel, wiec wcale ni
      musialiby wiosłować przez te kilkadziesiąt mil. Zabierają wszystkich członków
      załogi, rodzinę kapitana, pomoce nawigacyjne, kota oczywiście też. Płaszczy
      przeciwdeszczowych nie zabierają z powodu zagrożenia oparami pod pokładem. Może
      zresztą nie są im zbyt potrzebne, bo jeszcze nie pada. Czytałem kiedyś książkę
      żeglarza opływającego samotnie świat i pisał, że temperatura na pokładzie
      zależała od tego czy płynął w ciepłym, czy w zimnym prądzie oceanicznym.
      Różnica taka, że w ciepłym wychodził w nocy na pokład w koszulce w której spał,
      a w zimnym był ubrany w sztormiak, do tego szczelnie pozapinany, ubieranie sie
      zajmowało mu masę czasu. Nie mam teraz atlasu pod ręką, by sprawdzić jaki prąd
      płynie koło Azorów. Możliwe jednak, że ochrona przed deszczem (ceratowe
      płaszcze załogi) wcale nie była im zbytnio potrzebna do przetrwania.

      Na burzę wskazują moim zdaniem porwane żagle i woda w ładowniach. Załoga
      opuszczająca okręt nie będzie przecież refować żagli, tylko zostawi je tak, jak
      były, szczególnie, że na statku było niebezpiecznie. Ta sama burza mogła
      sprawić, ze zatonęła szalupa z ludźmi i nigdy nie dotarli do Azorów. Po
      alkoholu nie zostało po 11 dniach ani śladu, bo wyparował, a żaden piorun nie
      spowodował wybuchu.

      Co myślicie o moich domysłach?
      • rudy102_t_34_85 Re: Mam hipoteze 27.01.06, 15:09
        Taka hipoteza była rozpatrywana podczas dochodzenia (Lockhart).Uznano ją za
        mało prawdopodobną gdyż wszystkie beczki ze spiryusem były szczelne i w dobrym
        stanie.Jedna była odpieczętowana i opróżniona w ok.20% ale także nie miała
        przecieków.Przy załadunku wszystkie beczki były zamknięte a więc ktoś musiał ją
        otworzyć już na statku w sposób kontrolowany i zamierzony.Jeśli doszło do
        zatrucia alkoholem to raczej w ramach...chmmm...konsumpcji a nie wdychania
        oparów.Czy pijani załogi mogli porzucić statek w delirium,porywając lub
        zabijając pozostałych..? To też mało prawdopodobne choć do końca nie
        wykluczone.Pokrywa luku wyglądała jakby coś ją wywaliło od środka ale nie było
        śladów rąbania czy wyważania.Raczej nie był to wybuch oparów spirytusu bo taki
        silny wybuch musiałby wywołać lawinową eksplozję całego ładunku.Na obu burtach
        statku były dziwne,symetryczne nacięcia których nie było gdy wypływał z
        portu.Nie wyjaśniono skąd się wzięły.Główny kompas statku był rozbity też nie
        wiadomo czemu.W sumie więcej pytań niż odpowiedzi.
        Osobiście uważama że zniknięcie załogi ma jakiś związek z rodzajem ładunku,ale
        zatrucie oparami raczej bym wykluczył.
        • marchewky A taką miałem fajną hipoteze! ;-P 11.08.08, 09:31
          no to może Marsjanie... :D
    • 666siwy Re: 4 XII 1872. Nie ostał się choćby kot 02.02.06, 14:39
      Cześć!
      Chciałbym zapytać, dlaczego hipoteza o spadających odłamkach komety (którą ponoć zauważyli astronomowie) nie trzyma się kupy? Wygląda dosyć logicznie i prawdopodobnie.
      • rudy102_t_34_85 Re: 4 XII 1872. Nie ostał się choćby kot 04.02.06, 14:41
        Nie napisałem że "nie trzyma się kupy" tylko że uważam ją za mało prawdopodobną.
        Rój meteorów który miałby tak wystraszyć kpt.Briggsa i jego załogę to
        tzw.Andromeidy powstałe po rozpadzie komety Bieli.Kometa Bieli odkryta w XVIII
        stuleciu powracała w okolice słońca co 6 lat.W 1846 roku zamiast jednej
        pojawiły się dwie mniejsze komety a po następnych 6 latach zaobserwowano w
        radiancie Andromedy piękny deszcz "spadających gwiazd" który odtąd pojawiał się
        zawsze w 6 letnich odstępach.Pojawia się zresztą do dzisiaj choć jego aktywność
        znacznie osłabła.Pod koniec 1872 roku przypadało jego kolejne maksimum
        obserwowali je nie tylko astronomowie ale i zwykli ludzie (jak dopisała
        pogoda).Odłamki wielkości kilku miligramów spalały się w atmosferze dając
        świetlne smugi.Ich gęstość była pozorna,w istocie były odległe o siebie o 40-80
        km.W 1872 roku znano już wiele okresowych rojów meteorytowych
        (Drakonidy,Lenoidy,Perseidy itp.) i wiedziano wiele o ich naturze,astronomowie
        potrafili precyzyjnie określić kiedy się pojawią.Wiedziano że zjawisko jest
        efektowne ale całkiem niegrożne.Kapitanowie (i oficerowie) statków musieli
        wówczas posiadać rozległą wiedzę z zakresu astronomii (wymagała tego
        astronawigacja).Jeśli nawet dowództwo "Mary Celeste" nie wiedziało o terminach
        nadejścia Andromeid to samo zjawisko "spadających gwiazd" MUSIAŁO im być dobrze
        znane.Nocą na morzu pewnie sami je obserwowali i to nie raz.Przerazić ich
        mogłoby tylko to,gdyby dookoła statku do wody spadał cały deszcz płonących
        meteorytów.TO OCZYWISTY NONSENS.Przecież miligramowe bryłki które palą się w
        atmosferze bez śladu są w takim roju oddalone o dziesiątki kilometrów.Większe
        kawałki które mogłyby dolecieć do Ziemi są oddalone od siebie o dziesiątki
        tysięcy kilometrów.Prawdopodobieństwo że COKOLWIEK spadnie na Ziemię jest
        minimalne.Gdyby było inaczej,to np. periodyczne przejścia Lenoidów obserwowane
        nad Polską byłyby klęską żywiołową a meteoryty zbieralibyśmy szufelkami ( i
        nikt nie dawałby w e-bay 500$ za mały kawałek)...
        • rudy102_t_34_85 Re: 4 XII 1872. Nie ostał się choćby kot 04.02.06, 14:44
          Oczywiście "periodyczne przejścia LEONIDÓW" od radiantu w gwiazdozbiorze Lwa-
          tfu..!
        • 666siwy Re: 4 XII 1872. Nie ostał się choćby kot 06.02.06, 10:47
          Zainteresowała mnie ta historia i trochę poszperałem. Fakt, że nie było szalupy usuwa masę nieprawdopodobnych teorii. Tutaj jest duże opracowanie hipotezy trzęsienia dna morskiego: www.deafwhale.com/maryceleste/ . Co ty na to?
          • rudy102_t_34_85 Re: 4 XII 1872. Nie ostał się choćby kot 09.02.06, 18:28
            O hipotezie "sejsmicznej" słyszałem już wcześniej.Wydaje się być jednym z
            bardziej sensownych wytłumaczeń ale...Jeśli tąpnięcie dna na styku płyt
            Afrykańskiej i Euro-Azjatyckiej miałoby wywołać opisane efekty,musiałoby być
            BARDZO silne (magnituda co najmniej 8 R.).Jednak w czasie gdy zaginęła
            załoga "Mary Celeste" ani na pobliskich wyspach ani na innych statkach tam
            przepływających niczego nie zauważono ani nie odczuto.W 1775 roku takie
            tąpnięcie wywołało potężną falę tsunami która zatopiła wybrzeża Portugalii i
            Afryki Pn.-najbardziej ucierpiała Lizbona (ok.30.000 zabitych).Efekty
            sejsmiczne zaobserwowano w całej Europie i Afryce.W wypadku "Mary Celeste"
            hipotetyczne epicentrum znajdowaloby się dalej od od lądu stałego,ale wydaje
            się nieprawdopodobne aby przeszło w ogóle nie zauważone.
            Intrygująca w tym opisie jest informacja że aż 9 beczek z spirytusem było
            pustych!Żadne żródła dostępne dotychczas w Polsce (np."Widma Morskie"
            czy "Historie Niewiarygodne") o tym nie wspominały,była mowa tylko o 1
            częściowo opróżnionej.Nie napisano w jakim stanie były te puste beczki.Czy były
            odpieczętowane i opróżnione czy dziurawe lub popękane..? A jeśli dziurawe to
            czy na tyle by spirytus wyciekł z nich w jednym momencie czy wydostawał się a.
            ulatniał powoli? To mogłoby rzucić nowe światło na hipotezę oparów i zatrucia.
            Nowością są też te tajemnicze tratwy ze zwłokami znalezione długo po
            katastrofie.Załoga "M.Celeste" opuściła prawdopdobnie pokład w pojedyńczej
            dużej szalupie.Jeśli to byliby oni to jakim cudem zamienili tę łódż na 2 tratwy?
            Czy były one zrobione z resztek łodzi? Czy takiej przeróbki można dokonać na
            pełnym morzu gdy łódż jest popsuta czy raczej rozbitkowie musieliby gdzieś
            wylądować.A jeśli tak,to czemu tam nie pozostali? Dokładne odpowiedzi na te
            pytania mogłyby coś wyjaśnić...
            W sumie wydaje się że prawdopodobnie po drodze stało się coś co zagroziło
            bezpieczeństwu ładunku i załogi.Jej członkowie podjęli decyzję o czasowej
            ewakuacjii ale z jakiegoś powodu nigdy na statek nie wrócili.Byłbym jednak
            ostrożny z wyciąganiem wniosków "z pewnością padli ofiarą
            trzęsienia".Stawiałbym na jakieś zjawisko gwałtowne ale o lokalnym zasięgu.
            • 666siwy Re: 4 XII 1872. Nie ostał się choćby kot 10.02.06, 13:02
              Wydaję mi się, że należy zwrócić szczególną uwagę na fakt, że kapitan płynął wespół z żoną i córką. Obecność najbliższych mu ludzi na pewno determinowała jego zachowanie, człowiek taki musiał postępować rozważnie, ograniczając do minimum ryzyko na jakie może być wystawiona rodzina. Choćby dlatego teorie o kradzieży, czy wyłudzeniu ubezpieczenia wydają mi się nieprawdopodobne. Myślę, że cała załoga opuściła pokład w szalupie dosyć pospiesznie, ale nie w panice, pytanie brzmi: dlaczego? :)
              I jeszcze jedno pytanie: jak dokładnie wygląda wątek wzmiankowany w art. "Gazety" o dziwnym zachowaniu oficera przy przeszukiwaniu kajut po wejściu na pokład "Maryi Niebiańskiej" (na polski chyba "Matka Boska"???:)
              • xvqqvx Re: 4 XII 1872. Nie ostał się choćby kot 11.03.07, 22:19
                Pozwolę sobie przedstawić kilka faktów.
                1. Kapitan Briggs z rodziną długo przemieszkiwał w Europie i się tam czuł
                lepiej niż w prowincjonalnych ówcześnie Stanach.
                2. Po tym rejsie oficjalnie mieli też pomieszkać w Europie - wzięli
                oszczędności.
                3. Marynarze byli Europejczykami.
                4. Z "Mary Celeste" zginęła kasa ze sporą sumą pieniędzy.
                5. Towarzystwo żeglugowe nie najlepiej płaciło Briggsowi, który też dobrze znał
                kapitana i załogę "Dei Gratia".
                6. Wtedy w Europie paszporty jeszcze nie były powszechne.
                7. Niedługo potem u wybrzeży Hiszpanii bądź Portugalii znaleziono resztki
                szalupy.

                Hipoteza.
                Kapitan Briggs postanowił z rodziną osiąść w Europie "dopłacając" sobie z kasy
                staku. W tym celu wszedł w porozumienie ze swoją załogą (która też "zarobiwszy"
                trochę mogła chcieć wrócić do Europy) i załogą "Dei Gratii". Na wschód od
                Azorów kapitan Briggs spotkał się z "Dei Gratią", której załoga za trochę
                pieniędzy zgodziła się podwieźć załogę "Mary Celeste" do Hiszpanii/Portugalii
                (i po cichu wysadzić ich na lądzie), gdzie wykorzystując swoje pieniądze etc.
                mogła ona zniknąć i zamieszkać w Europie (pod przybranymi nazwiskami). Wszystko
                poszło zgodnie z planem, tyle tylko, że załoga "Dei Gratia" połakomiła się na
                znaleźne za "Mary Celeste", więc zamiast zatopić statek na Atlantyku (nic
                trudnego dla 2 załóg), przyholowała go do portu pozorując "zniknięcie" załogi.
                • rudy102_t_34_85 Re: 4 XII 1872. Nie ostał się choćby kot 17.03.07, 13:49
                  Problem w tym,że w kajucie kapitana zostały nie tylko pieniądze (w/g większości
                  źródeł była to cała suma zdeponowana przez armatora) ale również biżuteria
                  należąca do jego żony...
Pełna wersja